Oglądałam jakiś czas temu z mężem, bratem i byłą bratową film „Wałęsa”.
Gdy doszło do sceny, gdzie Wałęsę bili, moja bratowa aż wstała i z oburzeniem pyta:
„Czemu oni go biją? Oni nie wiedzą, że on był prezydentem?”.
Musiałam drugi raz oglądać, bo wyliśmy ze śmiechu do końca filmu.
Kiedyś wyobrażałam sobie, że kościół jest jak teatr – księża i ministranci to aktorzy, którzy robią wszystko według scenariusza, ludzie to widownia, która bierze w tym udział, a opłatą za wejście są pieniądze zbierane na tacę.
W jednej z polskich szkół, do której mam przyjemność uczęszczać, uczy pewien BARDZO surowy pan matematyk. Jego „sesje” odpytywania przy tablicy budzą w każdym uczniu uczucie grozy. Na szczęście istnieje sposób na ominięcie tej przeszkody. Mianowicie ów matematyk zawzięcie kolekcjonuje naklejki na Biedronkowe maskotki. W związku z tym na każdą lekcję ktoś z klasy przynosi mu po kilka naklejek, w zamian za co nie bierze w ten dzień nikogo do tablicy.
Oto jak dyskontowy marketing wpływa na nasz system edukacji.
Zdecydowałam się na napisanie tego tutaj, gdyż takich ludzi co raz mniej i jest to po prostu urzekające.
Pracuję w ośrodku, w którym przebywają dzieci porzucone, niechciane, chore (często nieuleczalnie). Przychodzą do nas wolontariusze, jednak większość po kilku miesiącach rezygnuje – uwierzcie mi, to nie pomaga dzieciakom. Jest jednak taki chłopak, ma 26 lat, na imię Marcin. Przychodzi do nas już półtora roku. Zawsze miły, niewiarygodnie pomocny, dzieciaki w sobie rozkochał. Poświęca im dużo czasu i ogrom serca – uczy, bawi się z nimi, organizuje różne zajęcia, warsztaty, spotkania, śpiewa z nimi piosenki, czyta i mogłabym tak wymieniać i wymieniać...
Jest w tym chłopaku coś, co wywołuje u mnie, jak również u moich koleżanek, chęć „przygarnięcia go”. Chodzi o to, że mimo uśmiechu, jaki posiada, dzięki któremu wszyscy zapominamy o swoich troskach, ma takie dziwne oczy... Takie smutne, mówiące „przytul”, w związku z czym każda miałaby chęć potraktować go jak misia przytulankę. No jest to po prostu chłopak na medal.
Mieliśmy w ośrodku dwójkę dzieciaków, z którą Marcin był jakoś szczególnie związany. Ciągle mówili mu, że go kochają, że chcieliby mieć takiego tatę i nawet kilka razy tak się do niego zwrócili. Piszę mieliśmy, bo chłopiec niestety zmarł... Została dziewczynka, mająca glejaka. Kilka dni temu dostała wysokiej gorączki, strasznie płakała, nikt nie mógł jej uspokoić. Nikt oprócz Marcina. Gdy przyjechał, od razu się do niego przytuliła i nie chciała go puścić. Marcin spędził z nią całą noc, ciągle czuwając. Widok poruszający serce.
Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że Marcin chciałby być prawnym opiekunem dziewczynki i zdecydował o tym właśnie po tej nocy, choć myślał o tym już wcześniej.
Wszyscy wiedzą, że będzie to bardzo trudne, ale trzymamy za niego kciuki!
Przy tej okazji chciałabym powiedzieć, żebyśmy nie byli obojętni wobec innych.
Nawet najmniejsza czynność może wywołać radość, a życie pisze różne scenariusze.
Oby było więcej ludzi takich jak Marcin!
Jestem po studiach wyższych ukończonych 6 lat temu z tytułem magistra, a pracuję jako... ochroniarz w firmie produkującej słodycze. Jako ochroniarz zacząłem pracować już kilka lat temu, wynika to z problemów zdrowotnych uniemożliwiających mi wykonywanie fizycznej pracy. Moja praca to nie tylko siedzenie w dzień i odpowiadanie dzień dobry. Portiernia zajmuje się niemal wszystkim – wydawanie kluczy, kontakt z osobami umówionymi na spotkania, przyjmowanie surowców, kierowanie ruchem tirów, udzielanie informacji kierowcom, no drugi sekretariat.
Praca po 10 lub 12 godzin, nocne patrole, kontakt z ludźmi jako pierwsza linia frontu. Jednak jak ktoś usłyszy gdzie pracuję i co robię, to od razu jestem „cieciem”. Moja rodzina przy każdej nadarzającej się okazji udziela mi złotych rad i krytykuje, że po co ci były studia, tu i tu byś więcej zarobił i tak dalej. Jednak wolę zarobić 5 stów mniej i mieć święty spokój niż utyrać się jak wół i za każdym razem mieć delirkę na myśl o pójściu do pracy.
Nie przejmujcie się i róbcie to, co lubicie, a nie to, co wam każą.
Z Fartem ;)
W liceum poznałam cudownego chłopaka. Mimo kilku przeciwności zaczęliśmy być razem. Spotykaliśmy się często, po liceum poszliśmy razem na studia, w końcu też zamieszkaliśmy razem. Minęło tak ponad siedem lat związku idealnego. Kochaliśmy się, rozumieliśmy, mieliśmy podobne poczucie humoru. Tam gdzie trzeba byliśmy podobni, w innych sprawach się uzupełnialiśmy. Przyszedł czas, że wszyscy zaczęli pytać o zaręczyny. Ba, nawet on planował już naszą wspólną przyszłość. Nie odebrałam żadnego sygnału, że coś jest nie tak, aż nagle ze mną zerwał. Tak po prostu. Niezrozumienie zamieniło się w nadzieję, że będziemy razem, gdy co jakiś czas ponownie pojawiał się w moim życiu, wpadał na wieczór z winem czy prezentem urodzinowym. Ale tematu powrotu nie było.
Po jakimś czasie dowiedziałam się od wspólnego przyjaciela, że mój były nagle zdał sobie sprawę, że byłam jego jedyną partnerką, więc rzucił mnie, żeby sobie poużywać życia. A nasze spotkania? Po prostu nie chciał palić za sobą mostów, bo w głębi ducha wie, że jestem mu przeznaczona. A dodatkowo nie zaakceptowałby faktu, że mogłabym spotykać się lub sypiać z kimś innym (!). Więc z doskoku mnie zaspokajał.
Można być bardziej naiwnym niż ja? Chyba przestaję wierzyć w miłość.
Kojarzycie może lifehack, gdzie aby schłodzić się w upalne dni wystarczy poszewka i wiatrak? Jako człowiek-odkrywca chciałam użyć tego jakże interesującego sposobu.
Nic prostszego, poszewka w dłoń, wiatrak do gniazdka i jedziem z koksem... Otóż nie... Aby to wyszło, wiatrak musi mieć odpowiednie obroty, a poszewka musi być z materiału, który nie przepuszcza powietrza.
Kończąc moje bazgroły i niekończącą się opowieść...
Wiatrak zaczepił się o poszewkę i rozleciał na części (dosłownie, skrzydła rozleciały się na niemalże drobny pył).
Był to jedyny wiatrak w moim domu, na tyle spanikowałam, że winę zrzuciłam na psa. Drugi rok w upalne dni żyjemy bez wiatraka.
Ech, głupota nie zna granic...
Gdy byłem mały, bardzo chciałem być duży – czyli dorosły. Teraz jestem duży i znów chciałbym być mały – czyli dzieckiem.
Dorosłe życie jest do kitu, o wszystko trzeba samemu zadbać. Za dziecka robili to za mnie moi rodzice i dziadkowie.
Szkoda, że podróże w czasie są możliwe tylko w filmach.
Dzisiaj do szkoły zawoził mnie dziadek. Nie byłoby nic w tym dziwnego gdyby nie fakt, że zawiózł mnie do podstawówki.
Jestem w 2 klasie liceum...
Mam 20 lat i studiuję od jakiegoś czasu. U nas w domu nigdy się nie przelewało, więc na dalszą (dość kosztowną) edukację muszę sobie zarabiać. Pochłania to dokładnie 3/4 moich zarobków, doliczając do tego koszt dojazdów, na własne "potrzeby", zostaje mi max 200zł. Dla wielu jest to bez sensu, ale ja zawsze chciałam się uczyć i sprawia mi to przyjemność.
Pracuję w sklepie, jest to praca fizyczna, nierzadko bardzo ciężka. Ostatnio spotkała mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja.
Kiedy tak sobie wciągałam zgrzewkę coli (8 butelek 2,25 litra) na najwyższą półkę, przechodziła obok pani z córką ok. 10/12 lat. Widać było wyższa sfera. Wtedy owa kobieta, zupełnie nie zważając na to, że mogę ją usłyszeć, wypaliła do swojej dziewczynki:
- Widzisz kochanie, jak się nie będziesz uczyć, to skończysz jak ta pani.
Nogi mi zmiękły, a na twarzy rysował mi się bliżej nieokreślony grymas między złością, a smutkiem.
- Widzi pani, pracuję, żeby mieć na studia. - wtedy tylko to powiedziałam.
Kobieta zamarła, tak samo jak ja wcześniej, ale nic nie powiedziała i odeszła. Dopiero później w mojej głowie pojawiło się 10000 innych rzeczy jakie mogłam powiedzieć tej pindzie z zadartym nosem...
Chciałabym tylko prosić, nie oceniajcie wszystkich pracowników fizycznych jedną miarą. Skoro są takie zawody, znaczy że są potrzebne. A dzieci słysząc takie słowa z ust rodziców, niczego dobrego się nie uczą....
Dodaj anonimowe wyznanie