Moje najgorsze spotkania z tindera.
Rozdział pierwszy: Piotr.
Kilka wiadomości (jeszcze nie wiedziałam, że trzeba dokładniej weryfikować chorych pojebów) i padła propozycja, że idziemy na piwo.
Na spotkaniu odkryłam, dlaczego zdjęcie było na badboya, a na twarzy mina terminatora. Koledze brakowało dwójek, konkretniej górnych. Chyba stracił je w walce o oceny, bo w pierwszym zdaniu oznajmił, że studiuje prawo.
Po trzech piwach dowiedziałam się, że on w sumie nie wie, czy ma dziewczynę, bo od dwóch dni się do niego nie odzywa, ale jestem wyjątkowo urocza i może mnie przytulić albo możemy pojechać do niego, bo właśnie są u niego koledzy.
Nigdy nie kusiło mnie wpisanie w CV gangbangu jako przykładu umiejętności pracy zespołowej, więc wyszłam bez słowa.
Cześć. Jestem Lola, mam 25 lat. Ogólnie w swoim dotychczasowym życiu miałam około 5 chłopaków (licząc miłości z podstawówki). Najlepsze jest to, że każdy z nich zostawił mnie dla jednej i tej samej kobiety.
Alę znam od dziecka, odbijała mi każdego faceta po kolei.
Za miesiąc Ala bierze ślub z moim eks, może od tej pory będę mogła poszukać kogoś tak "na dłużej". Trzymajcie kciuki :)
Każdy się mnie zawsze pyta, czemu ja, ponoć bardzo przystojny, wykształcony facet jestem ze swoją żoną, która według ich opinii jest mało atrakcyjna, puszysta i głupia. Nikt nie wie, że gdy się poznaliśmy, byłem nieśmiałym, puszystym 18-latkiem, a ona była naprawdę piękną 16-latką, która nie mogła odgonić się od adoratorów. To ona wybrała mnie, ja nie sądziłem, że mogę mieć u niej jakieś szanse. To ona pierwsza wyznała mi miłość, to ona zawsze była obok, kiedy jej potrzebowałem, to dzięki niej osiągnąłem to, co osiągnąłem, a osiągnąłem wiele. Moja D zawsze przedkładała moje potrzeby nad własne, zawsze mogłem na nią liczyć, a kiedy ona potrzebowała mnie, zawiodłem.
Po 10 latach małżeństwa, kiedy dostałem moje wymarzone stanowisko, zaczęło się. Z każdej strony śmiechy z mojej żony, że przecież to przy tuszy, że głupie to, bo skończyła tylko liceum, że jest ze mną tylko dla kasy. Z czasem zaczęło mi to działać na nerwy i odreagowywałem na niej. Niejednokrotnie byłem bardzo nieprzyjemny, odpychałem ją, nie chciałem się z nią kochać, stałem się dupkiem do entej potęgi. Moi rodzice też jej nie lubili, uważali, że ściągnie mnie na złą drogę, tylko dlatego, że jest z Domu Dziecka. Moja matka dokuczała jej na każdym kroku, była naprawdę złośliwa i nieprzyjemna. Przesadziła na weselu mojego brata, na którym jeździła po D po całości, a ja debil nie reagowałem, chociaż wcześniej zawsze ją broniłem. Parę dni później mieliśmy naszą rocznicę ślubu, niestety musiałem pracować, nie mogłem wziąć wolnego.
Nastał dzień naszej rocznicy. Z samego rana D była jakaś nieswoja, ale nie zwróciłem uwagi. Pamiętam, że pocałowałem ją w czubek głowy, powiedziałem, że kocham i wyszedłem. Udało mi się uprosić szefa, aby wyjść 2h wcześniej, chciałem zabrać ją na kolację. W domu nikogo nie było. Zdziwiłem się, moja D powinna już być w domu, pracę zawsze kończyła o 3. Wziąłem szybki prysznic i poszedłem do sypialni. Tego co tam zobaczyłem, nie zapomnę do końca życia. Moja D leżała na łóżku z podciętymi żyłami, wykrwawiała się powoli, kiedy ja brałem prysznic! Resztę pamiętam jak przez mgłę. Karetka, próby reanimacji, szpital i list na stole obok. List, w którym przepraszała mnie za to, że odebrała sobie życie, ale ma już dość ciągłej walki. Ma dość tego, że każdy ma o niej złe zdanie, że każdy sądzi, że jest ze mną dla kasy i dość nienawiści mojej matki, której zachowanie na weselu było kroplą przepełniającą czarę goryczy. Ma dość przynoszenia mi wstydu, a że nie ma nikogo innego, to nikt za nią nie zatęskni i tak będzie lepiej.
Minęły dwa miesiące, a ja codziennie siedzę przy jej łóżku mówiąc, że kocham, błagając, aby do mnie wróciła. Dwa długie miesiące, wyrzucając sobie, że niczego nie zauważyłem i nienawidząc siebie.
Poczekalnia u lekarza.
Dwóch starszych panów sobie rozmawia i nagle jeden do drugiego:
- Tak właściwie to w jakim ty jesteś wieku?
- W tym samym co ty. (Dziadek ewidentnie był dużo starszy)
- Nie wierzę ci!
- Zakład o flaszkę?
- No dobra!
- Oboje jesteśmy w XX! wieku, kolego.
W ten oto sposób dziadziuś wygrał flaszkę, a na poczekalni zrobiło się weselej :)
Postanowiłam, że nadszedł w końcu ten czas, że walentynek nie spędzę samotnie...
Umówiłam się na wizytę do ginekologa.
Siedzę ostatnio z moim chłopakiem w domu, ja czytam książkę, on coś robi na laptopie. Po jakimś czasie przychodzi, siada obok mnie i mówi:
- Misia, mogę wyjść z kolegami na piwo?
- Jaja sobie robisz?
- No dobra, to idę jakiś film obejrzę...
- Idź, co się mnie w ogóle pytasz.
- Naprawdę?
- Naprawdę i baw się dobrze
Zebrał się, pożegnał i wyszedł. Wróciłam do czytania książki, nie katując go żadnymi SMS-ami, telefonami, żeby sobie posiedział spokojnie z kolegami.
Wraca po kilku godzinach do domu, ba! Wtacza się.
Patrzy się na mnie i mówi:
- Misia, ja za ciebie to bym wszystkie żebra mógł oddać.
Kobiety, naprawdę tak ciężko jest "wypuścić" chłopaka z kolegami na piwo? :D
Historia z cyklu: „Rozchwiana emocjonalnie gimbuska”.
Moja mama umarła, gdy miałam ponad roczek, jeszcze nie umiałam mówić. Mój tata strasznie to przeżył, popadł w nałóg (czy raczej go pogłębił. I nie, nie chodzi o alko ani nic podobnego). Przez kilka lat z nikim się nie umawiał. W końcu zaczął chodzić na randki, ale dużo z tego nie wyszło.
Gdy byłam w drugiej klasie podstawówki, poznał panią X. Mieszkała 50 km od naszego miasta, więc często do niej jeździł (lub odwiedzał po drodze, bo tam pracował). Zaczął wyjeżdżać na weekendy. Mnie to szczególnie nie przeszkadzało, nawet nie wiedziałam, że tata ma nową dziewczynę.
No ale się zakochał, więc jak tu nie przedstawić córki?
Na początku trzeciej klasy ją poznałam. Nie ogarniałam, że się w sobie zakochali. Ale w końcu załapałam, że czują do siebie miętę. Razem z tatą zaczęłam Panią X odwiedzać, bardzo ją polubiłam. Ja też jeździłam z mym rodzicielem do jej miasta na weekendy, miałam nawet własną szafkę. Na wakacje, gdy kończyłam nauczanie początkowe, postanowiliśmy się przeprowadzić (tak, postanowiliśmy – tata mnie kilka razy pytał, czy chciałabym mieszkać z panią X (wtedy już po prostu X, mówiłam jej po imieniu), zmienić szkołę.) Zgodziłam się, między innymi dlatego, że była tam moja koleżanka, których nie było za wiele w starym mieście.
No i zamieszkaliśmy. Oświadczyny i ślub są jednymi z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
Na dziecko nie liczyli za bardzo, byli już odrobinę starzy.
…A jednak! Rok temu okazało się, że będę mieć małe rodzeństwo. Kolejny najszczęśliwszy dzień w moim życiu – zawsze chciałam mieć siostrzyczkę. I mam. Malutka przyszła na świat.
Uświadomiłam sobie, że moje wszystkie marzenia się spełniły. Chciałam mieć mamę – mam. Siostrę – mam.
Ale uświadomiłam też sobie, że X „macocha” nigdy nie będzie moją mamą. A siostrzyczki nigdy nie pokocham tak, jakby urodziła ją moja biologiczna matka. Czuję chorą zazdrość, że X ją tuli, całuje, mówi, że ją kocha. A mnie nie. Wiem, że małe dzieci potrzebują o wiele więcej czułości i uwagi.
Ale, do cholery, ja też bym chciała czuć się kochana. Chciałabym, żeby X sama z siebie mnie przytuliła, dała buzi w policzek. Wysłuchała tego, co mam do powiedzenia, a nie urywała w połowie i kazała być cicho, bo ja nic nie wiem.
Bo wiecie, anonimowi, ja ją naprawdę kocham. Ale mam wrażenie, że ona mnie nie. A tak się staram. Staram się pomagać, kiedyś ciągle ją tuliłam i mówiłam, jak ją kocham. Nigdy nie miałam odpowiedzi.
Wiem, że powinnam z nią porozmawiać. Ale za bardzo się boję. Więc po prostu to z siebie wyrzucę i będę żyć dalej. Może kiedyś X nazwie mnie swoją córeczką, może ja nazwę ją mamą.
Chciałabym tego. Bardzo.
Mam ponad 20 lat i nigdy nikogo nie miałem. Nigdy od żadnej kobiety nie usłyszałem "kocham cię", nie poczułem jej bliskości. Czy naprawdę proszę o tak wiele? Za każdym razem jak zdobyłem się na odwagę wyznać swoje uczucie dziewczynie, to albo lądowałem w fz albo stosowała na mnie ghosting albo zrywała całkowicie kontakt, blokując mnie gdzie się tylko dało. Nie pomaga fakt, że jestem nieśmiałym i zamkniętym w sobie introwertykiem. Nie chcę żadnych rad typu "życie przed tobą!" czy "wszystko będzie dobrze". Potrzebowałem się jedynie gdzieś wygadać, bo nie mam z kim o tym porozmawiać.
Przyszłam kiedyś zmęczona ze szkoły. Miałam 18 lat. Wywaliłam się w drodze do domu i strasznie bolały mnie plecy.
Moja mama była po nocnej zmianie. Jest pielęgniarką, pracującą z ludźmi starszymi. Mimo to wstała, ugotowała obiad. Powiedziała, żebym poszła się położyć, a ona zaraz przyniesie mi tabletkę i ciepłą herbatę, pójdzie wyprać pranie, umyje naczynia.
Ja na to, że mogę iść wywiesić to pranie, przecież ona też jest zmęczona, bolą ją plecy, nogi... Odpowiedziała:
- Ja jestem starsza, mnie boli zawsze, a ty... idź się położyć.
Doceniajmy swoich rodziców! Oni tyle dla nas robią.
Pod sklepem w moim mieście często żebrał o "jakiś grosz na jedzenie" pewien bezrobotny. Wiek około 40. Podchodził do każdego, za każdym razem miał jedną śpiewkę, że on głodny, że w życiu mu się nie powiodło, że on nie chce wiele... Przez dłuższy czas dawałam mu po parę złotych, a jak nie miałam pieniędzy, to często dawałam mu bułkę i jogurt. Za każdym razem dziękował, a posiłek zjadał od razu. Czułam się wtedy bardzo dobrze, wiedząc, że swoim niewielkim kosztem mogę komuś pomóc. Do pewnego czasu... Do momentu kiedy się nie poczułam jakbym dostała porządnego liścia w twarz.
Pojechałam któregoś dnia do sąsiedniego miasta, zahaczyłam o budkę z lodami, kupiłam i usiadłam przy stoliku zajadając ze smakiem. Usłyszałam za uszami znajomy głos, odwróciłam się, patrzę... A to gościu spod sklepu chwali się do swojego "spółkowego" kolegi, że on pod biedronką przy dobrym dniu jest w stanie wyrzeźbić nawet 700 zł. Wzajemnie sobie opowiadali, że nie opłaca im się iść do pracy, bo więcej wyciągną od ludzi. Opowiadali także, że muszą w końcu iść do ciucholandu po nowe ''szmaty'' . Spółkowy kolega zaczął się chwalić, że musi nowe wycieraczki do samochodu kupić i dywaniki. Na koniec zaczęli się wyśmiewać, jak to robią ludzi w ciula i że mają więcej kasy na miesiąc niż zwykły pracownik korpo. Planowali gdzie pojadą na wakacje ''odpocząć od tej harówki''. Usłyszałam także coś na swój temat, a brzmiało to mniej więcej tak: "Jest taka jedna, co mi bułki kupuje... No jem to przy niej,,, żeby widziała jaki to ja biedny jestem, ha, ha, ha". W tym momencie nie wytrzymałam, byłam jednocześnie wściekła i smutna. Poszłam stamtąd, nie chcąc więcej tego słuchać.
Następnego dnia pod sklepem znowu ta sama sytuacja, podchodzi i żebra.
Taaak się zaczęłam drzeć na niego i wyzywać, że nawet nie pamiętam co konkretnie mówiłam w nerwach, cały parking się patrzył.
Owego pana nie widziałam już kilka miesięcy, pewnie zmienił miejscówkę na dalsze rzeźbienie. Przykre jest to bardzo, że ludzie potrafią być tak perfidni, moja nadzieja w człowieka upada, niestety.
Dodaj anonimowe wyznanie