Przypomniały mi się ostatnio częste wizyty w starym domu babci, gdzie przyjeżdżała również moja ciocia z kuzynem (moim rówieśnikiem).
Miałam prawie 9 lat, on - nieco ponad osiem. Bawiliśmy się całymi dniami z licznym kuzynostwem (młodszym), a gdy ono poszło spać, oglądaliśmy filmy na strychu.
Nie pamiętam, jak to się zaczęło, ale wpadliśmy na pomysł, aby się pocałować, jak w tych wszystkich amerykańskich filmach, które widzieliśmy. Zaczęło się niewinnie, od "cmoknięcia", tudzież buziaka w policzek, ale im więcej czasu od tego zdarzenia mijało, tym bardziej nam się to podobało. W końcu doszliśmy do tzw. pocałunku z języczkiem, który nazywaliśmy "tak, jak to robią dorośli". Czasami nawet przestawaliśmy się bawić z kuzynostwem na jakiś czas, żeby zamknąć się razem w toalecie i móc się całować.
Ustaliliśmy specjalny kod, którego używaliśmy, gdy któreś z nas "miało ochotę".
Spotkania powtarzały się przez kolejny rok, może dwa lata, po jakimś czasie kuzyn coraz bardziej nie miał ochoty na nasze "zabawy", aż w końcu na wiele lat przestaliśmy to robić.
Mimo to wciąż mam z nim dobry kontakt. Myślę, że jest jedyną osobą, którą mogę nazwać przyjacielem.
Spotykamy się praktycznie tylko w wakacje i święta, a gdy jesteśmy sam-na-sam, śmiejemy i zastanawiamy się, co my wtedy mieliśmy w głowach.
Nikt się nigdy nie dowiedział, jesteście pierwsi.
To było parę lat temu.
Święte miasto, lato, upał i nagle na błoniach jasnogórskich mdleje ciężarna, na oko 8 miesiąc. Reakcja przechodniów? Wianuszek wokół, sensacja i bezradność, aż tu nagle pojawia się ON, z kolegą po fachu, w białej kiecce, wróć, w habicie i rzecze "zabierzcie mi to sprzed kościoła".
Tak straciłam szacunek do księży i wiarę w ich logikę, a ponoć są, rwa mać, po studiach...
Pół roku temu adoptowałam psa w typie owczarka niemieckiego. Miał być kochany i po wyjściu ze schroniska miało być tylko lepiej. Powiedziano nam, że jest agresywny w stosunku do psów, ale suki zaakceptuje. Rzeczywistość jest inna.
1. Po dwóch tygodniach od adopcji okazało się, że pies jest chory, do końca życia będzie musiał brać lekarstwa. Dowiedzieliśmy się o tym dzięki eksplozji kupy w mieszkaniu. Kupa party trwało dwa miesiące, bo niczym się nie dało tego ustabilizować.
2. Jest agresywny w stosunku do wszystkich zwierząt. Nienawidzę wychodzić z nim na spacery, bo cały czas szczeka i ciągnie. Kiedy widzi innego psa, dostaje spazmów i nie da się w żaden sposób do niego dotrzeć.
3. Kiedy zostaje sam w domu, to go demoluje. Próbowałam zostawiać mu taką zabawkę, którą się liże i powinien się uspokajać. Nie działa. Robi przeszukanie godne psa policyjnego. Żre wszystko jak leci i ściąga rzeczy z ponad dwóch metrów. Otworzył sobie nawet słoik nutelli i go wyjadł.
Wychodzę z nim na spacery trzy razy dziennie po 40 minut bo wiem, że potrzebuje ruchu.
Przerobiliśmy trzech behawiorystów, wydaliśmy ponad 1000 złotych, a poprawy jak nie było, tak nie ma. Nie mam już siły. Czuję, że powoli mnie to wykańcza. Nie mogę wyjść na dłużej z domu, bo nie wiem do czego wrócę. Tak bardzo chciałam adoptować psa i zmienić jego życie, ale czuję, że moje się wali. Nie wiem co zrobić, nie chcę go oddawać, bo wydaje mi się to okrutne. Mam dość płakania na spacerach, mam dość płakania po powrocie do domu, kiedy okazuje się, że mój pies zostawił mi na dywanie rozlane pięć litrów soku i opakowanie po czekoladkach (nawet nie wiem gdzie mam to chować, bo i tak wszędzie znajduje – otwiera szafki i wchodzi na półki). Czuję się taka bezsilna.
Nienawidzę mojego psa.
Historia krótka, zdarzyła się jakieś 2 lata temu. Pracuję na poczcie. Sprzedajemy tu między innymi bilety komunikacji miejskiej. Jest sobota - tak zwany dyżur - czyli zamiast czterech okienek czynne są tylko dwa i to skrajnie od siebie oddalone. Skoro czynne tylko dwa okienka to już waszej wyobraźni pozostawiam kolejkę która się tam ustawiła.
Obsługuję młodego chłopaka, wydałam mu przesyłkę i on pyta mnie o ww. bilety komunikacyjne. Akurat nie miałam takich, którymi był zainteresowany, ale żeby zadowolić klienta pomyślałam, że zapytam koleżanki, czy takowych nie posiada. Żeby zaoszczędzić czas i nie chodzić na drugi koniec sali obsługi postanowiłam, że do niej krzyknę. Facet chciał bilet 20-minutowy i tu niefortunnie połączyłam słowo "minutowe" i "bilety", więc moje pytanie wykrzyczane na całą pocztę zabrzmiało: "Kaśka, masz jakieś MINETY?".
Kilka lat temu wstecz przyszło mi studiować w mieście oddalonym od domu nawet niedaleko, gdyż jakieś 50km. Studia dzienne, weekend w domu, zajęcia od poniedziałku, więc w niedzielę w nocy jadę, żeby z rana się tak nie spieszyć. Pojechałam swoim samochodem - stary gruchocik (prezent od kochanych dziadków, którym do dzisiaj za niego dziękuję). Samochód mimo wieku był niezawodny, więc dzięki temu zaoszczędzałam te kilka godzin by spędzić czas z rodziną.
Tyle słowem wstępu, teraz akcja właściwa: Jadę, noc i okres zimowy. Nie miałam jednak większych obaw. Znałam drogę, przejazd przez kilka wsi, miasteczek i lasy. Droga jak droga. Jednak na mojej trasie był jeden odcinek, przejazd przez park krajobrazowy. Kilka kilometrów krętą drogą. Wiedziałam, że ślisko, więc nie ma co się spieszyć, lepiej ostrożnie. Toczę się w najlepsze, ciemno dookoła. Jedyne co widzę, to światła mojego samochodu i biały śnieg. Nawet fajnie, ale jak wszystko, do czasu.
Jakoś w połowie tego odcinka wszystko zgasło. I nie chodzi, że zemdlałam, to zrobił mój samochód. Zgasły, światła, kontrolki i o zgrozo silnik. Samochód przetoczył się jeszcze z kilka metrów, aż udało mi się go zatrzymać i end. W pierwszym momencie szok, jak to? Mój niezawodny bolid zdechł. Do dzisiaj pamiętam jak nerwowo przekręcam kluczyk w stacyjce z naiwną nadzieją, że tym razem zapali. Nawet rozrusznik nie ruszył, jakby nagle stracił całą elektrykę. W całym szoku, bo nie ukrywam spanikowałam, dotarło do mnie, że jestem sama. Od jakiejś chwili nie widziałam żadnego samochodu, jestem w lesie. Samochód jest ciemnego koloru, nieoświetlony, nawet jak ktoś nadjedzie, to zwyczajnie mnie sprzątnie - byłam niewidoczna i stałam zaraz za zakrętem. Chciałam wysiadać, ale jestem sama w lesie, może dzwonić? może może może... powracam do trybu paniki.
I w tym momencie nowy aspekt. Oczy szybko przyzwyczaiły mi się do ciemności (może była pełnia i przez to widziałam kontury). Siedząc za kierownicą spojrzałam w swoją lewą stronę i zobaczyłam trzy duże, drewniane krzyże. Znam zwyczaj ustawiania takich smutnych pamiątek przy drogach. Jednak te były stare i dość duże (jakieś 2m). W tym momencie włosy mi dęba stanęły na głowie. Smarkata studentka jadąca przez ciemny las i samochód, który zgasł jej właśnie w tym miejscu.
Ooo, w tym momencie pożegnałam się z logiką, łap za kluczyk i znowu próba odpalenia samochodu. I wiecie co? Odpalił bez problemu, tak samo jak światła drogowe. Wszystko działało i roztrzęsiona ruszyłam dalej. Piszę to i nawet teraz jest mi z tym dziwnie. Trudno to wytłumaczyć, ale do dziś sporo pamiętam z tamtej sytuacji. To uczucie gdy wszystko zgasło i głucha cisza. Nagły powrót mocy i odjazd. Stałam tam chwilkę, ale dla mnie była to wieczność z przedawkowaniem bujnej wyobraźni. Nigdy więcej nie jechałam tam sama po nocy, tylko raz tak mi padł samochód.
Historia miała miejsce gdy liczyłam sobie 4 wiosny. Były wtedy wybory prezydenckie, a ja bardzo zainteresowana życiem społecznym poszłam z mamą na wybory. Oczywiście największą frajdę sprawiło mi wrzucenie arkusza do urny.
Gdy już wychodziliśmy, wielce zafascynowana polityką zapytałam mamę "Kto to ten plezydent, a kto to plemiel" (tak sepleniłam, nic nowego). Mama w drodze do domu wytłumaczyła mi, że prezydent, to taki jakby tata - reprezentuje nas i podejmuje najważniejsze decyzje, a premier to mama - zarządza domem, planuje wydatki, decyduje o sprawach mniej ważnych i właśnie nowego "tatę" wybraliśmy.
Gdy już wróciłam szczęśliwa do domu, tata pomógł mi zdjąć płaszczyk. Popatrzyłam na niego ze zdumieniem i po chwili zapytałam mamy: "Co tu robi ten stary tata?".
Mój trzyletni siostrzeniec ma bardzo długi język.
Zacznę od tego, że młody nie potrafił zrozumieć, że dziewczynki i chłopcy noszą co innego w majtkach, więc wszystkim głosił teorię, że jego mama i babcia ma siusiaka. Jakiś czas później miał kryzys i nie chciał się myć, więc siostra postraszyła go, że odpadnie mu ten jego skarb narodów, który ma w majtkach.
Pewnego razu zobaczył siostrę nago. Od tego czasu opowiada wszystkim ludziom – w sklepie, w autobusie, w przedszkolu, przy znajomych – że jego mama się nie myła i odpadł jej siusiak. Plus jest taki, że myje się bardzo chętnie. :)
Na to chyba nikt nie wpadł jeszcze, rok temu miałem covida. Jak grypa tylko mocniej mnie potargała z bonusem. Nie miałem węchu ani smaku. Lubię ostre rzeczy i wtedy zrobiłem kanapkę jalapeno, nie czułem nic. Jalapeno i tak jadłem jak chipsy ale! Zjadłem habanero, również ledwo coś tam było. Trinidad też zero praktycznie, zarzuciłem ekstrakt mad doga, ledwo ledwo. W smaku nic, ale pociłem się, kaszlałem i miałem inne objawy, ale wszystko przetrzymałem. Na 2 dzień pupa... dramat, widać tam covid nie działał nic a nic. To samo siusiak piecze aż płakałem. Minęło kilka miesięcy, a ja znowu zachorowałem, po 5 dniach zjadłem paprykę, poczułem nic, także to wróciło. Szybko zapisałem się na onlinowe jedzenie papryk. Organizator wysyłał pudło potem każdy zrywał plombę i zjadał to co tam było. Bez problemu doszedłem do scorpion, jolokia, carolina reaper. No i 3 z 3 ekstraktów łyknąłem bez problemu. Potem wiadomo cierpiałem, ale ani grama smaku i to już odsuwa 90% wszystkiego.
Po wygranej 4 osoby analizowały materiały bo to nie było możliwe z tego co widzieli do tej pory. Wygraną otrzymałem, ale chcieli zrobić test, założyli mi coś jak wykrywacz kłamstw na nadgarstki, tors, głowę, uda, stopy.
I podawali papryki, ale nie jakieś super hoty. Maksymalnie była habanero.
No i tam skumali, że albo mam potężną infekcję albo stwardnienie rozsiane.
Postanowiłem poddać się testom, bo wiedziałem, że to osoby w pełni zaszczepione, poza mną.
Dzisiaj mamy omikrona chyba tak? Zylionową falę, a ja teraz siedzę w Berlinie w szpitalu i oddaję krew żeby ratować ludzi. Nigdy się nie szczepiłem, ale nigdy też nie chorowałem. Moja liczba p. ciał przy obecnych mi niezagrażających infekcjach, których nie miałem żadnych objawów to - coś pomiędzy koktajlem ze wszystkich szczepionek, a miastem ozdrowieńców. Ciekawe, że tak jest. Tymczasem mój brat umiera na raka prostaty w wieku 29 lat. Dobranoc.
Mam wspaniałą odżywkę do włosów, którą się ciężko spłukuje (dziewczyny zrozumieją ten ból), a już zwłaszcza z moich włosów (grube, gęste, kręcone). Zawsze mam z tyłu od spodu we włosach resztki szamponu albo odżywki. A dzisiaj jak miałam głowę odchyloną w tył, niczym modelka w reklamie szamponu, stwierdziłam, że może się przechylę w przód i idealnie opłukam sobie włosy. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, trzymając słuchawkę od prysznica nad moją głową, nawet nie jakoś szczególnie energicznie, ale się pochyliłam.
To był błąd. Woda z włosów pod wpływem grawitacji poleciała mi na twarz, ja – nieumiejąca pływać – od razu w odruchu biorę wdech nosem. Kolejny błąd. Woda znalazła się w nosie. Zaczęła się panika. Woda mi wlatuje do oczu, do ust (!), generalnie woda wszędzie. Ja nie wiem, co się dzieje, no bo ej – topię się pod prysznicem!
Już widzę św. Piotra u bram, który gestem zaprasza mnie do siebie, aż nagle wspaniała myśl – Opuść ten prysznic, kobieto! Podziałało. Woda zniknęła. Zaczęłam oddychać i trochę pluć wodą, ale co najważniejsze, przeżyłam :D
Tak oto zostałam chyba pierwszą osobą, która topiła się pod prysznicem.
Jak byłam młodsza, a Bluetooth dopiero wypierał podczerwień, lubiłam wchodzić do galerii czy innych publicznych większych miejsc i tam łączyłam się z ludźmi w ten sposób. Potem była reakcja w stylu paniki, odrzucenia mojej prośby czy też akceptacja i wtedy wysyłałam jakieś dziwne obrazki, które wcześniej wgrałam na telefon. Lubiłam patrzeć, jak ktoś przestraszony rozgląda się po sklepie i szuka tego gamonia, który próbuje coś wysłać.
Dodaj anonimowe wyznanie