Kiedy chodziłam jeszcze do gimnazjum, uczyłam się języka francuskiego. Mieliśmy mieć sprawdzian, a ponieważ nauczyciel dawał nam sprawdziany z internetu, to każdy zdążył już go zrobić w domu i wiedział co go czeka.
Dzwonek. Wchodzimy do sali, siadamy i czekamy na wydrukowane testy. I nagle zonk. Nauczyciel kazał nam wyjąć swoje kartki. Czarna rozpacz. Po sprawdzanie, przygnębieni, postanowiliśmy dowiedzieć się dlaczego nagle nauczyciel zmienił formę testu. Poszliśmy do równoległej klasy, która miała sprawdzian parę dni przed nami. Okazało się, że niektórzy inteligentni zrobili zadanie ze słuchania, pomimo zepsutego radia, więc naturalnie niczego nie mogli słuchać. I do tego zrobili je dobrze. Nauczyciel oczywiście zorientował się że coś jest na rzeczy i od tamtego czasu, już do końca mojej gimnazjalnej kariery, robił sprawdzany dyktowane.
Co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym należy udać się do fotografa celem zrobienia zdjęcia do legitymacji/dowodu/itd. Jako że potrzebowałam nowych dokumentów, jak zwykle poszłam do fotografa. Jak wiadomo - aktualne zdjęcie jest niezwykle ważne. Tak więc usiadłam sobie na krzesełku. Pani fotograf ustawiała mnie przez kilka minut, ale miałam dobry humor, więc mogłabym tam siedzieć cały dzień. W końcu nadszedł moment robienia zdjęć. Siedzę nieruchomo, żeby wszystko ładnie wyszło.
- Niech się pani uśmiechnie - zachęciła mnie pani fotograf.
Nieustępliwie siedziałam z kamienną miną.
- Jeśli się pani nie uśmiechnie, nie zrobię zdjęcia - przekomarzała się ze mną.
Wreszcie pomyślałam: "Co mi szkodzi?" i uśmiechnęłam się delikatnie. Zadowolona pani fotograf zrobiła zdjęcie. Usłyszałam dźwięk aparatu, a zaraz po nim słowa:
- Niech się pani jednak nie uśmiecha...
Cóż, wtedy poczułam się troszkę niezręcznie, dziś się z tego śmieję. Niemniej jednak sądzę, że ta pani nie będzie już nikogo namawiać do fałszywych uśmiechów przed aparatem ;)
Widziałem tutaj kilka wyznań o kierowcach autobusów, a z racji że jestem jednym z nich, opiszę, jak to wygląda z drugiej, czyli mojej strony. Wbrew pozorom pasażerowie wcale takimi świętoszkami nie są, jakby to się mogło powszechnie wydawać.
Pracuję u prywatnego przewoźnika, jedna trasa, 50 km z małego miasteczka do miasta wojewódzkiego. Ale żeby nie przedłużać, przedstawię wam kilka rzeczy, które zdarzają się notorycznie i niektórym pasażerom to nawet tłuczkiem by tego nie wbił do głowy.
1. Zatrzymywanie się poza przystankami. Normą są prośby, "o tutaj, tutaj niech się pan zatrzyma, to będę miał/a bliżej do domu". Ludzi kompletnie nie interesuje informacja w busie, że za postój poza przystankami jest kara 3000 zł. Wyjątkiem są sytuacje, gdy faktycznie trzeba się zatrzymać. Do tej pory, a pracuję już 6 lat, wpłynęło na mnie 48 skarg o to, że nie zatrzymałem się tam, gdzie pasażer prosił. Ręce opadają.
2. Pchanie się z bagażami do kabiny. Bardzo pospolite zjawisko, szczególnie na początku trasy. Prośby, by schować torby do luku bagażowego, są traktowane z reguły jak powietrze. W takich sytuacjach działa drugi argument. Mogę nie zabrać pasażera, który łamie regulamin. A nikomu nie chce się czekać ponad pół godziny na następny autobus, więc ludzie od razu robią się pokorniejsi i skorzy do współpracy.
3. Spożywanie alkoholu podczas jazdy/palenie papierosów. To jest ostatnimi czasy istna plaga. Takie osobniki mają totalnie w dupie, że siedzi obok nich czasami i 30 osób. Mi pozostaje jedynie wywalić takich delikwentów na najbliższym przystanku. Ale smród fajek czy browarów zostaje po nich przez ładnych kilka godzin.
4. Płacenie dużym nominałem. Kolejna informacja w busie mówi, by płacić możliwie odliczoną kwotą, a kierowca może nie zabrać pasażera, jeśli nie ma jak wydać. Mamy po prostu ograniczoną ilość pieniędzy. I tutaj niektórzy dają pokaz. Płacenie banknotami 50-złotowymi to jest nic złego, ale w momencie, gdy ktoś ci daje 200 zł za bilet, pomimo że ma pół portfela drobniaków, to już podchodzi pod małą bezczelność. Sugestia, by poszukał drobnych/zapytał pasażerów, czy nie ma ktoś rozmienić/poszedł do kiosku obok, praktycznie nigdy nie działa. Takiego osobnika z reguły wtedy nie zabieram, bo po prostu nie mam jak mu wydać za bilet.
5. Domaganie się nienależnych danej osobie zniżek. Lista komu i jaka przysługuje, również wisi w busie. Ale trafiają się tacy geniusze, którzy domagają się np. zniżki nauczycielskiej lub, co najśmieszniejsze, zniżki uczniowskiej/studenckiej, pomimo że taka w żadnym przypadku im nie przysługuje. Mistrzostwem była babka koło 60., która domagała się przejazdu za darmo, bo ona jest już emerytką.
Tak więc, drodzy pasażerowie, zanim zaczniecie oskarżać nas, kierowców, zastanówcie się, czy faktycznie jesteście tacy kryształowi
Odbywałem praktyki dziennikarskie w jednej z prawicowych gazet.
Odbywałem.
Wyrzucono mnie z nich chwilę po tym, jak napisałem o protestach po przegłosowaniu ustawy o SN i KRS. Powodem było dodanie do tekstu zdania "w 2002 roku PiS głosował za obecnym systemem sądownictwa. Teraz uważa to za system komunistyczny", co było cytatem jednego z posłów opozycji.
Polskie dziennikarstwo prasowe idzie dobrą drogą :)
Podzielę się tu historią z wczoraj. Fani sebiksów przygotujcie się!
Otóż wracając o dosyć późnej porze, w stanie upojenia alkoholowego, doszedłem do przejścia dla pieszych. Widząc czerwone światło i samochód, będący bardzo daleko, bez wahania przeszedłem przez nie, lecz po około 5 sekundach, jak już byłem na drugiej stronie ulicy, kierowca na mnie zatrąbił. Pomyślałem, że chyba jechał około 150 km/h, bo bardzo szybko się tam znalazł, więc bez chwili namysłu, lekko zdenerwowany, pokazałem mu środkowy palec i kierowałem się dalej do domu. 3 minuty później ów kierowca podjechał pod moje miejsce, okazał się być sebiksem z BMW, nie zdziwiło mnie to. Zaczęła się konwersacja typowa dla gatunku dresowatych (masz jakiś problem itp.), no i doszło do rękoczynów. Nie należę do małych osób, więc idealny plan sebiksa, żeby mnie sprać się nie powiódł, wręcz odwrotnie, chyba ja jemu napsułem trochę krwi, a jako że noszę okulary, to w trakcie bójki spadły mi one.
I teraz sytuacja, która dziwi mnie do tej pory. Po skończonej szamotaninie sebiks wkurzony, ja też, a on się pyta "no i gdzie masz te (tutaj wstaw przekleństwo) okulary", ja zdezorientowany pomyślałem, że mi je zabrał, więc odpowiadam "nie wiem, daj mi je". W tym momencie wyobraźcie sobie sebiksa, który podnosi mi okulary, przeczyszcza i mi je oddaje.
Ogarnąłem komizm tej sytuacji po 5 minutach i dalej nie mogę się nadziwić.
Gdy chodziłem do podstawówki, a dokładniej do 2 klasy (lata 90.), odwaliliśmy z kumplami niezły numer.
Cała szkoła nie lubiła naszego konserwatora, a szczególnie moja klasa. Oczywiście głupi młody łeb pomyślał, żeby go ukarać. Facet jeździł białą Tavrią. Kiedyś wpadł nam pomysł, żeby wyciąć kawałki różnokolorowej bibuły i wrzucić je do woreczka z wodą, poczekać aż nasiąknie i rzucić konserwatorowi na samochód z 2 piętra.
Wyobraźcie sobie faceta, który przez miesiąc musiał jeździć samochodem w "ciapki" do roboty...
Koniec końców moi rodzice (i 4 innych chłopaków) musieli się zrzucać na malowanie auta... Dobrze, że było białe ;))
Niedawno postanowiłam zaopatrzyć się w garść zabawek dla dorosłych. Otwieram internety, przeglądam asortyment paru sklepów z branży.
Przez kilka kolejnych dni GoogleAdSense przypominało mi, że się o mnie troszczy. Wyświetlając reklamy pampersów i akcesoriów dla niemowląt :)
Internetowy fałsz i patologia
Razi mnie atmosfera wszechogarniającego fałszu i patologii szerząca się w internecie, na portalach społecznościowych, tutaj też. Taka samonapędzająca się atmosfera wzajemnego zniszczenia, podkopania zaufania. Wiadomo, że internet to miejsce, gdzie każdy może być częściowo anonimowy, zajmować się czymś innym niż w codziennym życiu. Tylko że większość ludzi zaczyna wybierać pseudonaprawianie świata, nie mając o tym pojęcia, przez co wychodzi zupełnie na odwrót.
Przykład kontrowersyjny, ZAZNACZAM - PRZYKŁAD. Jest coś takiego jak internetowi łowcy pedofili, ogólnie moim zdaniem założenia słuszne - wyłapywanie zwyroli w świecie. W praktyce osoby, które nie mają o tym pojęcia, szukają usilnie innych osób, często z problemami psychicznymi, wykorzystują ich wizerunek i upubliczniają w sieci. W niektórych przypadkach te osoby, "pedofile", niemogące znieść presji, kończą z sobą (w ch** uogólnienia, wiem). NIE OCENIAM jednych czy drugich pod kątem tego, czy to słuszne/złe co robią. CHODZIŁO O PRZYKŁAD, że często osoby NIEMAJĄCE o czymś kompletnie POJĘCIA chcą zbawiać świat, a wychodzi, że kończą go dla kogoś (zasłużenie czy nie).
Fałsz i usilne zbawienie świata można pokazać wszędzie - na tinderze profile facetów, którzy chcą wyśmiać kobiety, bo przesunęły fejkowy idealny profil w prawo. Na stronach medycznych pseudolekarzy z radami z dupy. Na tej stronie pseudopsychoterapeutów, których chcą na siłę zbawiać świat. Też atencjujszy, którzy robią coś kontrowersyjnego, żeby zwrócić na coś problem, a wychodzi jedynie hejt albo nienawiść. Psychosędziów, co sypią byle paragrafem pod jakimś merytorycznym komentarzem. Moim zdaniem większość tych co się uważa za speców pomaga <10%. Bo na każdego psychoeksperta przypada pewnie po 10 trolli, dając im pożywkę do działania.
I teraz zostaje taki ktoś jak JA, chcesz nieraz tylko pogadać, znaleźć ciekawą dyskusję. Może znaleźć kogoś na portalu randkowym. Odrobiny normalności, ale boisz się powiedzieć cokolwiek, bo nigdy nie wiesz na jakiego psycho-fanatyka czy trolla trafisz. I o ile wcześniej nie można było zaufać komuś, bo internet, to teraz tym bardzie,j bo nie wiesz, czy to troll, psychofanatyk czy "eksperyment".
Wiesz, że gdyby jedni przestali udawać mądrych i uczonych, drudzy przestaliby ich wkręcać, zrobiłoby się normalnie. A tak jedni napędzają drugich, drudzy pierwszych i wszystko co wartościowe ginie w tym chaosie wzajemnie napędzanego się fałszu i patologii. Co powoduje, że im więcej ludzi oszukanych, tym więcej chęci zemsty, im więcej zemsty, tym więcej oszukanych, machina się rozpędza.
Róbcie co chcecie, tylko apel o przemyślenie do tych, co próbują ten świat "naprawić", czy tak naprawdę nie są kolejnymi trybami w tej bezsensownej machinie zniszczenia. Która z założenia ma pomagać, a w główniej mierze szkodzi.
Od kilku miesięcy mieszkam razem z narzeczonym. Moja mama i mój narzeczony bardzo się lubią. Oboje też mają duże poczucie humoru. Często wzajemnie robią sobie żarty. Kilka dni temu narzeczony wpadł na genialny pomysł, aby wkręcić przyszłą teściową, że zostanie babcią.
Nie było możliwości, abym była w tym czasie w ciąży (regularne krwawienie, brak jakichkolwiek objawów). Ale w celu wykonania żartu kupił test ciążowy. Stwierdził, że wytnie cieniutki czerwony paseczek z taśmy samoprzylepnej i doklei go do jednej kreseczki na teście (nie mam pojęcia, jak chciał, to zrobić), zrobi zdjęcie jak trzyma ten test, a zdjęcie wyśle mojej mamie. Poszłam zrobić test, aby ta jedna kreseczka się pojawiła.
Jakie było nasze zdziwienia, kiedy okazało się, że drugiej jednak wcale nie trzeba będzie doklejać. Po wizycie u lekarza okazało się, że jestem w trzecim miesiącu ciąży. Tak wiec zamiast żartu, wszystkim towarzyszy szczęście nie do opisania i oczekiwanie na małego szkrabika :)
Nie mam już siły. Jestem w związku od mniej więcej 5 lat. Mamy 2 dzieci. Niby OK, ale problemem jest on. Nienawidzę go. Ogranicza mnie na wszystkie możliwe sposoby. Ja zarabiam, mam swoje pieniądze, ale nawet w kwestii płacenia rachunku pytam go o zdanie. On od kilku miesięcy nie pracuje, nie zarabia. Ja ogarniam wszystko. Zagryzałam zęby, ale dzisiaj coś pękło.
W niedzielę chcemy się spotkać ekipą z pracy, z racji tego, że mamy 2 dni wolnego, a to się rzadko zdarza. Powiedziałam mu dzisiaj, że pojadę na 3-4 godziny, tak w ramach urodzin. I co? Oczywiście "NIE". A czemu nie? A bo nie.
Tak jest zawsze. Omijają mnie wszystkie spotkania, grille, imprezy firmowe. Bo on ma problem z tym, że ja gdzieś wyjdę, a on nie. Tylko ja nieraz pracuję w dwóch albo trzech miejscach. Potrafię iść na 6 rano do pracy, po pracy jechać na nockę, a po nocce 2 godziny się przespać i na 14 do pracy. Bo syn ma składki w przedszkolu, bo rachunki trzeba opłacić itp. Jego to nie tyczy. Problemy są tylko moimi problemami. Nie mam w nim żadnego wsparcia. On potrafi powiedzieć "damy radę". A w rzeczywistości to ja muszę dać radę i wykombinować tak, żeby było dobrze.
Czy mogę kopnąć go w rzyć i odejść? Chciałabym, marzę wręcz o tym. Ale są dzieci. Ja mam dwuzmianowy tryb pracy i dopóki córka nie pójdzie do przedszkola, dopóty jestem uwiązana. Szczerze mówiąc, ten człowiek jest mi tak obojętny, że nawet jakbym zastała go w łóżku z jakąś panną, to spłynęłoby to po mnie. Gdyby był normalny i wiedziałabym, że pogodzimy opiekę nad dziećmi, odeszłabym od niego. Dla własnego zdrowia psychicznego. Ale wiem, że to jest tak wredna menda i to nie zadziałała jak u normalnych ludzi. Mam ochotę rzucić to wszystko w diabły i wyjechać. Ale kocham te dzieci ponad życie i wiem, że kiedy mnie braknie, one będą żyć w nędzy, o ile nie wylądują w jakimś domu dziecka.
To tak w skrócie. Chciałam się wygadać, bo nie mam komu. Przez niego jestem skłócona z matką, ojca praktycznie nie mam. A w pracy zakładam maskę i udaję, że wszystko jest spoko.
Dodaj anonimowe wyznanie