Niedawno przy śniadaniu z moją nową dziewczyną chciałem popisać się, jak w prosty sposób obrać jajko.Otóż trzeba z jednej i z drugiej strony odkruszyć trochę skorupki i je „wydmuchać".
Gdy cały stół, zastawa i jej twarz była pokryta jajkiem, które wystrzeliło z impetem... oniemiała. Po chwili niezręcznej ciszy i mojej obawy o życie, zaczęła się histerycznie śmiać.
Będzie moją żoną :D
Moja matka ma jakiegoś bzika na punkcie ewentualnych przyszłych wnuków. Czasem pyta, jak nazwałabym swoje dzieci, twierdzi, że chciałaby już zostać babcią i pomagałaby w opiece nad wnukami, obraża się za każdym razem, gdy mówię jej, że nie chcę zakładać rodziny i rodzić dzieci.
Nie wie jednak, że nie chcę tego, ponieważ boję się, że byłabym taką samą matką jaką ona kiedyś była. Nie chcę, by ktoś kiedyś przeze mnie cierpiał, płakał, bał się mnie, chciał uciekać lub zakończyć życie.
Nigdy nie oglądałem tych wszystkich, ostatnio strasznie popularnych, seriali, ale w końcu dałem się namówić znajomym. Mam kiepski internet, więc ściąganie pierwszego sezonu „Gry o tron” zajęło mi tydzień. Zrzuciłem sobie te pliki na przenośny dysk, wziąłem laptopa i pojechałem w Bieszczady na odpoczynek i oglądanie.
Na miejscu okazało się, że ściągnąłem 80 GB zapętlonego Ricka Astleya w niezapomnianym hicie „Never Gonna Give You Up”...
W święta Bożego Narodzenia, jak to zawsze całą rodziną, siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy. Nie mogło się więc obyć bez rozmów o czasach PRL-u. Wszyscy wspominali czasy, jak to do domu mojej babci po raz pierwszy przywieziono lodówkę. Słuchałam tej całej opowieści bez większego entuzjazmu, aż do chwili kiedy to moja mama opowiedziała, jak to jej tata wyjął wszystkie półki z lodówki, aby ją umyć, a ona jako małe dziecko weszła do niej, aby zobaczyć jak gaśnie światło!
Zazdroszczę mojej mamie, była jedną z osób, która spełniła marzenie niejednego dziecka. Sprawdziła na własne oczy od środka, jak w lodówce gaśnie światło! :)
Dzisiaj straciłam wiarę w ludzkość.
W mojej szkole jest kilka pięter, na jednym jesteśmy my – starsze roczniki,
na tym samym piętrze, jednak w innej części budynku klasy 1-3, a na najniższym 4-6.
Razem z moją koleżanką lubimy przechadzać się po piętrach podstawówki, ale po tym co się dzisiaj stało raczej nie będziemy już chodzić w okolice klas malców...
Idę sobie z moją przyjaciółką, nikomu nie zawadzamy, gdy nagle podbiega do nas chłopczyk na oko w II klasie. Zaczął się z nami drażnić i gdy myślałam, że zaraz wybuchnę, młody wyciągnął ręce i bezczelnie zaczął macać mi piersi. Z impetem odepchnęłam go i dałam mu siarczystego klapsa, na co pani zaczęła się na mnie wydzierać, że biję dziecko.
Jeśli to jest przyszłe pokolenie, to nie chcę żyć w takim świecie.
Na ostatnie dwa lata podstawówki postanowiłam zmienić szkołę. Na wstępie powiem, że w starej szkole nie byłam jakoś specjalnie lubiana, rozmawiały ze mną dwie, może trzy osoby. Reszta mnie nie zauważała. Byłam zamknięta w sobie, przez co potrafiły się pojawić wyzwiska.
Pierwszego dnia w nowej szkole, po powrocie do domu, zalałam się łzami... radości. Byłam tak zafascynowana ludźmi w nowej klasie, jak bardzo są empatyczni, pomocni, mili, uprzejmi. Nawet jak dziewczyny się malują (7 klasa, niestety) i wyglądają jak typowe dziunie, wcale nimi nie są. Jedna jest naprawdę wspaniała, mimo że jest bogatsza nie chwali się tym, pomaga, rozmawia z ludźmi z „niższych sfer”.
Przez trądzik myślałam, że mnie nie polubią. Myliłam się. Zazdroszczą mi ciemnych brwi, bo nie muszę ich malować. Falowanych włosów, bo same mają proste. Nie patrzą na większe owłosienie na rękach (genetycznie), tylko patrzą na mój charakter.
Tutaj czuję się naprawdę ważna, lubiana i w pełni akceptowana. Rozpiera mnie radość na myśl o tym, że w poniedziałek znów zobaczę tych ludzi.
Nikt z nich nie wie, że mam na rękach blizny po żyletce. Nikt nie wie, że chciałam umrzeć. Widzą mnie jako radosną nastolatkę. Bo taka jestem, radosna, szczęśliwa. Nie muszę udawać.
A ludzie ze starej szkoły? Najeżdżają na mnie, że zmieniam szkołę dla wygody, że o nich zapomnę i jaka to ze mnie wygodnisia. A kiedyś nie wiedzieli, czy byłam danego dnia w szkole czy nie.
Pozdrawiam wszystkich Anonimowych, szczęśliwa, ciesząca się życiem nastolatka :)
Mój chłopak jest za granicą i opiekuje się pewną 3-latką. Ostatnio rozmawialiśmy przez Skype, gdy dziewczynka powiedziała do mojego lubego coś niemiłego i wywiązał się mniej więcej taki dialog między nimi:
– Co? Jak ty do mnie powiedziałaś? Przeproś mnie!
– Przeplasiam, panie i władcio.
Biedne dziecko ...
Nasz Jędrzej będzie miał przesrane w życiu z takim tatą <3
Mój chłopak często po naszych łóżkowych igraszkach żalił mi się, że gdy jest pobudzony, oddanie moczu to nie lada wyzwanie. Oczywiście samo sikanie nie było aż tak trudne, jak precyzyjne wycelowanie do muszli klozetowej. Czasem dzielił się ze mną również tym, że wizyta w toalecie kończyła się wycieraniem deski, podłogi czy pobliskiej ściany.
Wyobraźcie sobie minę mojego ukochanego, gdy widząc po raz kolejny jego niezdarne wygibasy uświadomiłam go, że może po prostu usiąść na kibelku... Tak szczerej radości połączonej z niedowierzaniem nie widziałam już dawno. Ale, jak to mówią, lepiej późno niż wcale :)
Wracaliśmy pociągiem do domu późnym wieczorem, całą rodziną. Do przedziału weszła pani konduktor i sprawdzając bilety powiedziała, że pomyliliśmy pociągi. Podobno do naszego miasta jechały dwa, z tego samego toru, odjeżdżały z różnicą 3-4 minut. Z tym że my mieliśmy bilety na TLK, a jechaliśmy Intercity, więc różnica w cenie biletów była dość duża przy czterech osobach.
Pani konduktor odstąpiła od wystawienia nam mandatu, a żeby inni pasażerowie się nie doczepili, powiedziała, że zanim wypisałaby mandaty, to my zdążylibyśmy wysiąść z pociągu, po czym puściła do nas oczko.
Niby drobny gest, a jednak ucieszył :)
Mój sąsiad jest typowym osiedlowym FBI. Musi poplotkować, o wszystko wypytać, wie, o której wracam do domu, z kim, jakim samochodem i jak ubrana... Jestem młodą dziewczyną (19 lat), na osiedlu sami faceci, co też spowodowało, że mimo mojego kobiecego wyglądu oraz ubioru nie mam koleżanek (sami koledzy). Moi znajomi w większości posiadają prawo jazdy, więc co rusz gdzieś się wybieramy. Oczywiście nie stać nas na własne samochody, więc to samochodem kolegi taty, to mamy innego kolegi, czasami ja ich zabiorę którymś samochodem rodziców.
Ostatnio moja mama spotyka wyżej wymienionego sąsiada, który mówi do niej:
– A pani córka co rusz z innym chłopakiem przyjeżdża i różnymi samochodami. Czy pani o tym wie? Niech pani uważa, bo jeszcze czego narobi.
A mama na to:
– Panie, moja córka dziwką jest. Niech dziewczyna zarabia.
No i skończyło się plotkowanie na mój temat :D A od cioci dowiedziałam się (mieszka w moim bloku), że jak ją spotkał przed tą sytuacją, to zapytał się, czemu MOJE dziecko wozi (urodziła synka jakieś trzy miesiące wcześniej).
Dodaj anonimowe wyznanie