#iWRa4

Historia przydarzyła mi się kilka dni temu.
Sprzedałam telefon i musiałam go zanieść na pocztę, aby wysłać go za pobraniem.
Kilka dni później wracam do domu, a mama pyta, czy zamówiłam coś, bo przyszło na moje nazwisko. Nie odebrała paczki, bo nie miała przy sobie gotówki. Można było ją odebrać na poczcie. Ja w te pędy na pocztę, a tu się okazuje, że nadawca i adresat ma to samo nazwisko - moje.
Oj, panie na poczcie miały ze mnie niezły ubaw :)

#7XBV9

Nie pracuję, bo nie muszę i nawet nie chcę. 
 
Dwa lata temu wygrałam dużą sumę i wszystko przelałam na konto męża (nie mamy wspólnego konta. Mi to niepotrzebne). Mąż dużo zarabia, więc ja do pracy chodzić nie muszę. Jeżeli coś potrzebuje to sobie to kupuje, chodzę na siłownię, basen i do kosmetyczki. 


 Jestem szczęśliwa i spełniona. Mam swoje hobby, lubię samotność i nie przeszkadza mi że mąż siedzi 10h w pracy a ja w tym czasie jestem w domu sama.
Nie rozumieją jednak tego moje koleżanki i nasze rodziny. 


 Ciągle wyganiają mnie do pracy. Oni wiedzą lepiej niż ja sama. Mówią, że zacznę mówić do ścian od tej samotności, że powinnam iść do pracy, że to wstyd że mąż mnie utrzymuje (nie powiedzieliśmy o wygranej, bo by pewnie hieny się rzuciły na kasę). Uważają mnie za lenia, bo jestem młoda i zdrowa a do pracy nie pójdę, a na siłownię idę z uśmiechem na twarzy... Przestaliśmy się tłumaczyć. 


 Kontakty z koleżankami urwane i mam gdzieś ich zdanie. Mi jest dobrze jak jest, mąż stoi po mojej stronie. My jesteśmy szczęśliwi. Czemu ludzie tak bardzo wtrącają się w życie innych? Dajcie żyć.

#Jtn9j

Zauważyłem, że jest tu strasznie dużo śmiesznych i dziwnych historii, więc dodam swoją.


7 lat temu, kiedy przyjąłem święcenia kapłańskie zostałem wysłany do pewnej średniej wielkości parafii. Od zawsze chorowałem na niedoczynność tarczycy, ale o siebie dbałem. Wreszcie udało mi się trochę schudnąć. Ze 115kg zszedłem na 88. Grudzień mojego trzeciego roku pracy tam. Chodzenie "po kolędzie". Zmartwione starsze parafianki zaczęły się pytać innych kapłanów czy aby na pewno chory nie jestem, bo marnie wyglądam, a tam gdzie ja wchodziłem wszędzie byłem częstowany czym się da.



W końcu po tygodniu inny ksiądz (X) taki trochę śmieszek, nie wytrzymał i w jednym z domów odpowiedział, że od roku choruję na raka.
Jeszcze tego dnia przyszedł do mnie i mówi:
X - Zrobiłem głupią rzecz. Przepraszam i proszę, wybacz.
(Ja zdziwiony) - Ale co się stało?
X - U pani entej powiedziałem, że schudłeś ponieważ jesteś śmiertelnie chory na nowotwór.

(Ja zły) - Dlaczego?!


Dwa dni później pół parafii to wiedziało i każdy kogo spotkałem się mnie pytał czy to prawda. Byłem już dosyć zdenerwowany tą sytuacją, a reszta księży się z tego ciągle śmieje jak się dowiadują.

Kolejna część dzieje się w tym roku, w czerwcu. Pożegnanie starego proboszcza, więc przyjechali wszyscy, którzy tu pracowali. I teraz historia opowiedziana przez mojego kolegę, strażaka ochotnika, który był do pilnowania parkingu. Kiedy wracali, po drodze spotkali sąsiadkę, więc ją wzięli do wozu. I ona zaczyna opowieści "widziałam tego księdza, ale się postarzał, widziałam ks. X, nosi okulary i jest jakiś taki niższy chyba. Widziałam też tego młodego księdza, nie pamiętam imienia, ale to ten co choruje na raka. Że on jeszcze w grobie nie leży to cud chyba jakiś."
Wszyscy strażacy wiedzieli, że to tylko plotka więc zaczęli się śmiać, ale ja się zdziwiłem, że taka legenda będzie trwać 5 lat.

Więcej historii "spod koloratki" mogę opowiedzieć na waszą prośbę. Pozdrawiam.

#NvJUj

Zauroczyła mnie dziewczyna z 15 lat młodsza... Ja mam 35. Nie powiem jej tego, staram się jej unikać, co jest trudne, bo pracujemy razem. Po pierwsze nie chcę jej robić zamieszania w głowie. Po drugie - 15 lat różnicy... No i zapomniałem o najważniejszym - jestem nieatrakcyjny fizycznie. Jednak jak ona na mnie patrzy, bo czasem patrzy, to odlatuję.

Stary chłop, a dał się opętać jak nastolatek.

#bwbtG

Gdy wsiadam do prawie pustego autobusu, to jest mi żal kierowcy, bo zawsze mam wtedy wrażenie, że kierowcy jest bardzo smutno, że nikt nie chce jechać jego autobusem. Mam ochotę go przeprosić i pocieszyć.
W dodatku się boję, że usuną tę linie, bo i tak prawie nikt nie korzysta.
Dlatego wolę jechać w pełniejszym autobusie.

#5e1v7

Będąc jeszcze małym brzdącem, liczącym sobie około 5 lat, poszłam z babcią do kościoła - znienawidzonego przez małą mnie miejsca. Muszę dodać, że w tym czasie (bodajże 2006) wychodził film Tokio Drift, na którego punkcie miałam ogromnego bzika nawet jak na dziecko.
Siedzę znudzona i wiercę się w kościelnej ławie, kiedy to babcia wpycha mi do łapy dychę. Babcia mówi, że mam to rzucić na tacę. Przychodzi kościelny z metalową tacą, a ja kręcę główką i mówię, że nie dam hajsu. Kościelny pyta dlaczego? A kilkuletni bachor odpowiada: "zbieram na Nissana Silvia S15 Spec-S 2001 rocznik". Tak, wypaplałam całą tę nazwę bez zająknięcia. Babcia kipiąca złością i wstydem wyrywa dyszkę i rzuca ją na tacę.

PS Nie nazbierałam na nissana, ale jestem coraz bliżej wymarzonego harleya ;)

#4J5hz

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że dzieciaki uwielbiam, lubię z nimi przebywać, bawić się i pracować. Ale postrzeganie ich przez ludzi  w sposób "o nie, znowu jakiś bachor" to konsekwencja (nie)wychowania rodziców. Sytuacja, która mi się niedawno przydarzyła, jest tego idealnym potwierdzeniem.

Jadę autobusem miejskim po zajęciach na uczelni i po pracy, godziny już wieczorne, szczerze powiedziawszy, miałam potwornie ciężki dzień i zasypiałam na stojąco, więc ucieszyłam się, że autobus prawie pusty - pomyślałam "przynajmniej usiądę i na chwilę odpocznę". W jakim byłam błędzie!

Na następnym przystanku wsiada kobieta (bardzo zadbana - tipsy, brwi wyregulowane w łuk mc donald'sa, mocny makijaż) z telefonem przy uchu i dwójką dzieci w wieku przedszkolno-szkolnym. Dziewczynki zaczęły biegać po całym autobusie i wieszać się po rurkach jak w jakimś figloparku (gdzie tu troska matki o ich bezpieczeństwo?), aż nagle słyszę płacz... nie, potworne wydzieranie się młodszej z dziewczynek stojącej tuż obok mnie. Matka zainteresowała się i podeszła pytając córkę o co chodzi. Młoda na to: " bo ja chciałam tu usiąść!!!". Dla mnie naturalną rzeczą byłoby wytłumaczenie dziecku, że pójdziemy kawałek dalej, żebyśmy mogły siąść razem z siostrą, czy coś w tym stylu. No albo przynajmniej poproszenie mnie o zmianę miejsca. Ale nie dla tej pani, która wystartowała do mnie z tekstem "Przesiądź się, bo moja córka chce tu siedzieć!". 

Coś we mnie pękło. Gdyby poprosiła, nie miałabym z tą sytuacją problemu i przesiadła się (przecież co mi szkodzi?), ale taka arogancja i roszczeniowość szanownej pani mamy, a dodatkowo gorszy dzień, doprowadziły mnie do białej gorączki i odpowiedziałam "Przepraszam, ale nie. Tyle miejsc dookoła, że może pani siąść razem z córkami". W odpowiedzi usłyszałam, że jestem bezczelna i niewychowana i jeszcze mnie Pan Bóg ukarze.
Bardzo się ucieszyłam, kiedy zauważyłam, że zbliżamy się już do miejsca końca mojej podróży, odpowiedziałam Pani Madce - "Pani również". Wstałam z miejsca, życząc jej miłego wieczoru, i opuściłam autobus...

Widząc takie sytuacje nie dziwię się, że niektórym pracownikom lokali gastronomicznych czy sklepów na widok rodzin z małymi dziećmi robi się słabo... Łączę się z wami w bólu.
Dodaj anonimowe wyznanie