Byłem w McDonaldzie z dziewczyną, gdy zauważyłem, że mam brudne okulary. Nie miałem przy sobie nic odpowiedniego do czyszczenia szkieł, więc poszedłem do toalety, aby je przemyć mydłem i wodą. Potem potrzebowałem je wytrzeć, wszedłem do jedynej wolnej kabiny, aby wziąć trochę papieru toaletowego.
W środku zobaczyłem przerażająco wielkie, niespuszczone gówno. Ogromna, obrzydliwa brązowa góra prawie wystawała z muszli klozetowej. Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Zdrowy człowiek nie byłby zdolny, żeby coś takiego wyprodukować.
Gdy się ogarnąłem po doznanym szoku, powróciłem do pierwotnego planu i urwałem sobie kawałek papieru. Wychodzę z kabiny, a tymczasem do ubikacji przyszedł jakiś facet i minął się ze mną wchodząc do kabiny. Ledwo pomyślałem “pewnie mu się nie spodoba co tam zobaczy” usłyszałem za plecami głośne “CO DO JASNEJ CHOLERY?!”. Uzmysłowiłem sobie, że z jego perspektywy to ja pozostawiłem tę potworność i nie spłukałem.
Wróciłem do stolika i chwilę później obok przeszedł ten facet, patrząc na mnie z nieskrywanym obrzydzeniem.
Kilka lat temu w wakacje przyjechali do nas kuzyni w odwiedziny. Miałem wtedy 16 lat. Wybieraliśmy się gdzieś poszwendać, spytałem moją 13 letnią siostrę czy idzie z nami. Wolała posiedzieć w domu przed komputerem, co mnie zirytowało, bo kuzyni rzadko do nas przyjeżdżają, więc mogłaby ruszyć tyłek.
Wróciliśmy dość szybko, bo miałem awaryjną potrzebę udać się do ubikacji (kupa). Już mieliśmy wchodzić do domu gdy wpadł mi do głowy pomysł, aby przestraszyć siostrę, która siedziała przy komputerze koło okna. Niech ma za swoje lenistwo. Wymyśliłem, że podkradnę się pod samo okno a potem nagle wstanę, zrobię straszną minę i z równie strasznym okrzykiem zastukam dłońmi w okno.
Podkradłem się bez problemu, upewniłem się że siostra jest na miejscu, wyskoczyłem i łuuup, walnąłem w okno. Uderzyłem jednak za mocno i zbiłem szybę. Jeden ze spadających odłamków rozciął mi skórę centymetr od oka, polała się krew. Cały ten brzęk szkła i tryskająca krew tak mnie przeraziły, że straciłem kontrolę nad zwieraczami i się posrałem. Upaprany krwią i z kupą w majtkach zostałem zawieziony na pogotowie. Lekarz miał nietęgą minę.
Siostra oczywiście bardzo się przestraszyła, ale było to marne pocieszenie. Bliznę mam do dzisiaj.
Zbliżają się święta i jak co roku zżera mnie ciekawość co dostanę od rodziców w prezencie. Dziś rano gdy tata już poszedł do pracy a mama zeszła do sklepu po bułki skorzystałem z okazji by poszperać na jej Gmailu i sprawdzić co ostatnio kupowała. Wklepałem szybko w wyszukiwarkę “potwierdzenie zamówienia” i pierwszy wynik od góry jaki zobaczyłem:
“Dziękujemy za zakup… Wibrator ze stymulatorem łechtaczki”.
Chciałbym móc cofnąć czas i nigdy tego nie przeczytać.
Rok temu gdy straciłem pracę to pojechałem do Anglii trochę się odkuć finansowo. Dzięki znajomemu dość szybko dostałem pracę w hurtowni. Manager miał na imię Darius i był czarnoskóry. To był mój pierwszy tydzień, angielski znałem słabo, więc bardzo się starałem, żeby się pokazać z dobrej strony.
Jednego dnia w czasie przerwy na lunch wyciągnąłem kanapkę i zabieram się do jedzenia. Manager siedzi przy komputerze i widzę, że wyciąga z torby banana. Oglądałem kiedyś na Youtube filmik, że małpy mają bardzo dobrą metodę obierania bananów - zaczynają od części bez ogonka. Jest to fajny sposób, używam go i poleciłem już paru osobom.
Uznałem, że to świetny moment, aby zabłysnąć posiadaną wiedzą. Podchodzę i zagaduję “Ehm” (mój angielski, jak już wspomniałem, był marny). Darius podnosi na mnie wzrok, więc zaczynam tłumaczyć “Monkey eat banana from other side”. Gość patrzy na mnie zdumiony, więc pewnie nie zrozumiał. Próbuję jeszcze raz “Eat banana like monkey” i gestykuluję, po czym się uśmiecham i kiwam głową w geście “Nie musisz dziękować”.
Wtedy dopiero dotarło do mnie jak on to zrozumiał. Uśmiech znikł z mojej twarzy i próbowałem tłumaczyć “No, no, no!”. Ale Darius tylko pokręcił głową z niedowierzaniem, nazwał mnie rasistowską świnią i kazał wyp… wynosić się i nie wracać więcej.
Wracałem z podróży samolotem. Poprzedni wieczór miałem mocno zakrapiany. Lot mi wypadł o 6 rano, na lotnisko przybyłem ze strasznym kacem i bólem brzucha. Gdy wsiadłem do samolotu zająłem szybko swoje miejsce, założyłem słuchawki dokanałowe i włączyłem muzykę.
Po kilkunastu minutach poczułem w brzuchu bulgotanie i narastające gazy. Domagające się pilnego uwolnienia. Nie cierpię łazienek w samolotach, zatem postanowiłem puścić tajniaka, bez ruszania się z miejsca. Kolejne tajniaki leciały średnio chyba co parę minut przez cały lot. Smród był nieziemski, aż miałem wyrzuty sumienia. Ale chociaż inni nie wiedzieli, że to ja.
Gdy zauważyłem, że zbliża się lądowanie, akurat leciał kolejny cichacz. Ściągnąłem słuchawki i ku mojemu przerażeniu okazało się, że mój “tajniak” wydaje dźwięk intensywny jak solidny grzmot w czasie burzy. Gdyby w samolocie były większe okna, to na pewno zadrżałyby w nich szyby.
Momentalnie zrobiłem się bordowy i wcisnąłem się głęboko w fotel. O Jezu... cały lot…
Z samolotu wyrwałem jak dziki zwierz, nie nawiązując kontaktu wzrokowego z nikim.
Zacznę od tego, że unikam wyciskania pryszczy, bo boję się że zostawią blizny, albo dziury w skórze.
Byłem na imprezie sylwestrowej u znajomego. Poznałem tam fajną dziewczynę. Trochę pogadaliśmy, potańczyliśmy. Impreza była udana, ale jak wszystkie imprezy w końcu się skończyła. Nadszedł czas pożegnań - ja zwykle z dziewczynami żegnam się buziakiem w policzek. Co tak naprawdę w moim wykonaniu jest niezręcznym stuknięciem się policzkami.
Przyszła moja kolej na pożegnanie z tą dziewczyną, stuknęliśmy się policzkami i wtedy poczułem ostry ból na policzku. Przypomniałem sobie okazałego pryszcza, którego tam miałem i jednocześnie poczułem wilgoć na skórze. Popatrzyłem na policzek tej dziewczyny i zobaczyłem czerwono-biały ślad. Byłem zbyt zawstydzony, aby o tym wspomnieć i tylko patrzyłem, jak żegna się z kolejnymi osobami, rozsiewając dookoła bakterie z mojego pryszcza.
Miesiąc temu z tatą wybraliśmy się do kina na Interstellar. Normalnie chodzę z dziewczyną albo z kolegami, ale długo czekałem na ten film, byłem przekonany, że będzie super i chciałem, żeby tata zobaczył trochę dobrego kina.
Niestety spóźniliśmy się z 10 minut, bo nie było gdzie zaparkować. Kiedy weszliśmy na salę film już się zaczął. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież normalnie 20 minut lecą reklamy, no ale trudno - pech.
Film był dobry, ale zdecydowanie za szybko rozwinęła się akcja, trochę miałem problemów, aby się rozeznać o co chodzi. Zgodnie stwierdziliśmy, że początek to spieprzyli i kiepsko wprowadzili widza w sytuację. Co gorsza film był krótki. Po 90 minutach spędzonych w kinie wyszliśmy nieco rozczarowani.
Po powrocie do domu czytałem opinie w sieci i nieźle się wkurzyłem, jak zobaczyłem że film trwa 170 minut, czyli okazało się że widzieliśmy jakąś obciętą, skróconą wersję. Jakieś jaja.
Następnego dnia zadzwoniłem do kina z awanturą, że jeżeli już puszczają skróconą wersję filmu to powinni to wyraźnie zaznaczyć. Kategorycznie stwierdziłem, że oczekuję rekompensaty, a najlepiej zwrotu pieniędzy za bilety. Dałem im jasno do zrozumienia, że nie trafili na frajera.
Niestety rekompensaty nie dostaliśmy, gdyż okazało się, że pomyliliśmy sale. Film szedł w dwóch salach, a my weszliśmy do tej, w której zaczął się półtora godziny wcześniej...
Wracałam do domu pociągiem. Podróż minęła bezproblemowo, mało ludzi, większość czasu szperałam w sieci na komórce.
Po powrocie zrobiłam sobie grzanki z salami i cebulą na ciepło. W trakcie jedzenia zauważyłam na krześle mały skrawek cebuli, nie zastanawiając się nad tym specjalnie włożyłam go do ust i zaczęłam gryźć. Szybko zauważyłam, że konsystencja nie pasuje do cebuli. Wyplułam to na rękę i zobaczyłam okropny, wielki, żółtawy ścinek paznokcia z wielkiego palca od nogi. Musiał mi się przyczepić do spodni na siedzeniu w pociągu i w ten sposób trafił na krzesło w kuchni.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia, do dzisiaj mi niedobrze na samo wspomnienie.
To zdarzyło się w zeszłym roku. Jednego dnia obudziłem się i zobaczyłem na suficie średniej wielkości pająka, który w kącie montował sobie pajęczynę. Mój mózg chyba jeszcze prawidłowo nie funkcjonował, stanąłem na łóżku i próbowałem go zdmuchnąć. Nie wiem czy oczekiwałem, że uśmiercę go moim porannym oddechem, czy co.
Po paru dmuchnięciach wyglądało, że pająk się ledwo trzyma. Szykowałem dla niego ostateczne dmuchnięcie, ale zanim to zdążyłem zrobić sukinkot sam spadł, i to prosto na moją twarz. A dokładnie na usta, które na szczęście zdążyłem zamknąć, ale o mały włos tego dnia miałbym śniadanie wcześniej niż się spodziewałem.
Uderzenie adrenaliny sprawiło, że zupełnie się rozbudziłem i wyprowadziłem szybki cios, którym rozsmarowałem pająka na swojej brodzie. Ohyda.
Parę lat temu byłem ze znajomymi w Disneylandzie w Paryżu. Byliśmy m.in. w takim statku kosmicznym, który wpada w rój meteorów. Wszystko się trzęsie, lecą iskry, wielkie zamieszanie. Ludzie starają się utrzymać równowagę i chwytają się czego się da.
W pewnym momencie gasną światła, wszyscy krzyczą i nic nie widać. Wyciągam nagłym ruchem rękę, aby chwycić barierkę, ale cofam ją, bo pięść z impetem uderza w coś zaskakująco miękkiego.
Gdy światła się zapalają, widzę małego chłopca stojącego obok, całego we łzach i z czerwoną twarzą. Jego ojciec próbuje go uspokoić, ale ten wyje jak syrena strażacka.
Udałem, że nie wiem co się stało i chyłkiem oddaliłem się z miejsca zdarzenia, z miną jak Jaś Fasola.
Dodaj anonimowe wyznanie