Jako dziecko bardzo pragnęłam mieć psa. Wiecznie prosiłam o niego rodziców, zarzekając się że będę świetną właścicielką czworonoga. Jednak oni nie akceptowali mojej miłości, a tym bardziej nie wierzyli, że będę w stanie się nim zająć i go codziennie wyprowadzać.
Toteż wystawili mnie na próbę. Tak oto przez tydzień chodziłam trzy razy dziennie wyprowadzać samą smycz. Pozdrawiam sąsiadów, którzy obserwowali, jak spacererowałam ze smyczą i czekałam aż się "załatwi".
Miałam 15 lat, byłam szczęśliwą nastolatką bez większych problemów. Lecz nic nie trwa wiecznie, zakochałam się i całkowicie odebrało mi rozum.
Zaczęłam chodzić z pewnym chłopakiem, niezbyt urodziwym, ale miłość nie wybiera. Jednak coś nie grało. Zawsze miałam powodzenie i gdy już chodziłam z chłopakiem, okazywał on spore zainteresowanie moja osobą. W tym przypadku było jednak inaczej. Przekonana, że wina tkwi we mnie, postanowiłam zrzucić parę kilo, by mnie w końcu zauważył. Diabeł mnie pokusił.
Dziś minęły 3 lata, ja mam 18 lat, choruję na anoreksję i mimo, że jest znaczna poprawa, uraz związany z chorobą zostanie do końca życia. A chłopak? Zostawił mnie po roku. Stwierdził, że nie chce chodzić z nienormalną.
Nigdy, ale to przenigdy, nie zmieniajcie się dla kogoś na siłę. Ja przypłaciłam zdrowiem.
Miałem nawyk zamykania samochodu przez naciskanie grzybka i zatrzaskiwanie drzwi. Już kilka razy w ten sposób zdarzyło mi się zamknąć tak klucze w aucie. Lecz jeden raz był szczególny.
Podjechałem na myjnię bezdotykową, wysiadłem, umyłem auto i... oczywiście, odruch, nie mogłem otworzyć drzwi. Poinformowałem obsługę stacji o sytuacji i pobiegłem do pracy ojca. Chciałem pożyczyć jego auto, by podskoczyć do domu po zapasowe klucze. Wsiadłem w samochód ojca, wycofałem i... na czymś ugrzązłem. Myślałem, że to krawężnik, lecz rzeczywistość była gorsza. Wmontowałem się bokiem w niski betonowy słupek. Nie muszę chyba mówić, że auto wyglądało tragicznie. Cały roztrzęsiony, zły na siebie i wystraszony możliwą reakcją ojca, pojechałem po klucze zapasowe. W domu oczywiście wielka awantura, no ale cóż. Każdemu się zdarza, mogłem nie zauważyć.
Dwa dni później jechałem z ojcem do mechanika. Gdy byliśmy na miejscu, po rozmowie z mechanikiem, ojciec kazał mi przeparkować samochód. Pomyślałem, że "śmiesznie" by było, gdybym znów w coś przygrzmocił... Wykrakałem. Cofałem pomału omijając zaparkowaną za mną naczepę z tira. Nie wziąłem pod uwagę tylko jednego. Naczepa miała dłuuugi, nisko zaczepiony stelaż na hak. Zanim go zauważyłem, odruchowo zareagował stojący na zewnątrz tato. Żeby dać mi znać, że mam przestać cofać, wydarł się i przypie&*&lił ręką w maskę.
Efekt tego był taki, że w samochodzie do zrobienia był bok, wgniecenie w masce i otarcie na tylnym zderzaku. Czułem się jak ostatni debil.
Kilka dni temu byłam z siostrą nad jeziorem. Gdy wchodziłyśmy do jeziora koło nas na oko 35-40 letni mężczyzna uczył syna pływać, trzymając go na wyciągniętych rekach blisko powierzchni. W pewnym momencie ojciec powiedział do syna: "Machaj rękami!", a młody wyciągnął rękę z wody... i zaczął do nas machać. Mężczyzna roześmiany upomniał podopiecznego: "Nie do dziewczyn... pływaj!".
Od dwóch miesięcy spotykam się z chłopakiem. Niedawno zaproponował żebym spała u niego, więc bez większego wahania zgodziłam się. Przyjechałam do niego z rzeczami, on zaprowadził mnie do swojego pokoju, pooglądaliśmy tv i jego mama zawołała nas na kolację. Przy stole miła atmosfera, jego tata delikatnie próbował dać nam do zrozumienia że jak coś to mamy się zabezpieczać, ale on obracał to w żart. Podziękowaliśmy za kolację i poszliśmy na krótki spacer..
Około godziny 23 położyliśmy się. Przebudziłam się koło godziny 2 bo musiałam do toalety, stwierdziłam że trafię więc nie będę go budzić. Wstałam, poszłam, pech chciał że akurat koło drzwi do toalety jest sypialnia jego rodziców. Wydawało mi się że otwieram właściwe drzwi, włączam światło, a tam... jego rodzice... (tak dobrze myślicie)... i akurat weszłam na moment... (no wiecie).
Od tej pory nie jestem częstym gościem w jego domu, ale jego rodzice na szczęście nie powiedzieli mu co się stało tej feralnej nocy.
Mam czworo rodzeństwa - starszego brata, młodszą siostrę i dwóch młodszych braci. W któreś wakacje pojechaliśmy do babci wraz z rodzicami. Miałam wtedy może z 7 lat. Było wielkie zamieszanie, bo akurat szykowaliśmy się na chrzciny. Babcia miała już wtedy sztuczną szczękę. Chcąc ją umyć, wyjęła ją sobie na rękę i wtedy do łazienki wkroczył mój wtedy 4 letni brat. Zrobił wielkie oczy i zapytał "Babciu, a wyjmiesz sobie też oko?". Babcia oka nie wyjęła, a mój brat do tej pory jest zawiedziony.
Pewnego ciepłego popołudnia pojechaliśmy z dziewczyną i kolegą do klubu. Spotkaliśmy wielu znajomych i jak to bywa zaczęliśmy pić. Dziewczyna stwierdziła, że musi do samochodu, bo dłużej nie wytrzyma, więc ją zaprowadziłem i poszedłem szukać kierowcy, z którym przyjechaliśmy. Mimo długich poszukiwań nigdzie nie mogłem go znaleźć.
Po powrocie do samochodu moim oczom ukazał się widok mojej dziewczyny ujeżdżającej mojego kolegę. Teraz nie mam ani kolegi, ani dziewczyny.
Sytuacja z kościoła. Końcówka Wielkiego Postu, mnóstwo ludzi przyszło się pomodlić. Wśród nich jest też mama z synkiem. Mały miał może ze 3 lata. Mama przechodząc z nim przez środek kościoła, przyklęka i tłumaczy mu, że tak należy robić.
Młody w tym samym czasie wypatrzył krzyż nad ołtarzem i zaczyna się milion pytań:
- Mamo, a co to takiego?
- Krzyż.
- A kto to na nim jest?
- Pan Jezus. Opowiadałam ci o nim kiedyś, pamiętasz?
- A czemu on tam wisi?
- Bo tak bardzo cię kocha, że dał się przybić na krzyż, żebyś mógł kiedyś być w niebie.
- I umarł?
- Tak.
- Mamo, a kto go tam przybił?
- Źli panowie.
Młody podejrzliwym wzrokiem przygląda się wszystkim obecnym w kościele i wskazując kilku mężczyzn, konspiracyjnym tonem pyta matki:
- Oni?
To raczej nie byli ci panowie, ale wszyscy jak jeden mąż strzelili buraka i mieli miny, jakby chcieli zapaść się pod ziemię. W sumie to pewnie ta sytuacja dała im coś do myślenia, bo wiadomo, że dzieciaki mają rentgen w oczach i zawsze potrafią wywęszyć, co kto kombinuje. A przede wszystkim są szczere aż do bólu. :)
Miałam 5 lat i na zakupach tata wymyślił mi fajną zabawę. Ja klaskałam, a w samochodzie zapalało się światełko. Minęło 10 lat, a ja dopiero dziś się dowiedziałam, że to nie ja zapalałam światło klaskaniem, tylko tata delikatnie otwierał drzwi...
W podstawówce na którejś lekcji rozmawialiśmy o rodzinie. Wszystkie dzieci opowiadały o swojej mamie, tacie i dziadkach. W końcu nadeszła kolej na chłopca, który jako jedyny nie miał taty, a gdy ze smutkiem powiedział o tym całej klasie, wszystkie dzieci mu współczuły.
Kolejnym przykrym doświadczeniem jakie pamiętam był nadchodzący Dzień Ojca . Wszyscy kleiliśmy laurki i każdy z nas starał się, aby laurka, którą robi była najładniejsza ze wszystkich. On też robił, ale wyobrażam sobie, co takie malutkie dziecko mogło wtedy czuć.
To co wydarzyło się później jest jak fatum. W 3 lub 4 klasie podstawówki, w wypadku samochodowym zginęli jego dziadkowie i brat, ale to jeszcze nie wszystko, bo 2 lata później stracił kolejnego brata. Los nie szczędził tej rodzinie męki.
Piszę to dlatego, że nie każdy z nas potrafi docenić to co ma, a ma naprawdę dużo. Większość narzeka, że ma źle mimo tego, że tak źle wcale nie ma. A teraz zastanówmy się, co ten mały chłopiec musiał czuć, gdy najbliższe mu osoby odchodziły...
Na koniec chciałabym przytoczyć cytat: "Śpieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą, zostaną po nich buty i telefon głuchy" - Jan Twardowski.
Dodaj anonimowe wyznanie