#6NxQg

W podstawówce na którejś lekcji rozmawialiśmy o rodzinie. Wszystkie dzieci opowiadały o swojej mamie, tacie i dziadkach. W końcu nadeszła kolej na chłopca, który jako jedyny nie miał taty, a gdy ze smutkiem powiedział o tym całej klasie, wszystkie dzieci mu współczuły. 

Kolejnym przykrym doświadczeniem jakie pamiętam był nadchodzący Dzień Ojca . Wszyscy kleiliśmy laurki i każdy z nas starał się, aby laurka, którą robi była najładniejsza ze wszystkich. On też robił, ale wyobrażam sobie, co takie malutkie dziecko mogło wtedy czuć. 

To co wydarzyło się później jest jak fatum. W 3 lub 4 klasie podstawówki, w wypadku samochodowym zginęli jego dziadkowie i brat, ale to jeszcze nie wszystko, bo 2 lata później stracił kolejnego brata. Los nie szczędził tej rodzinie męki. 

Piszę to dlatego, że nie każdy z nas potrafi docenić to co ma, a ma naprawdę dużo. Większość narzeka, że ma źle mimo tego, że tak źle wcale nie ma. A teraz zastanówmy się, co ten mały chłopiec musiał czuć, gdy najbliższe mu osoby odchodziły... 

Na koniec chciałabym przytoczyć cytat: "Śpieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą, zostaną po nich buty i telefon głuchy" - Jan Twardowski.

#lhlqB

Jako że jutro obchodzę urodziny, wybrałam się dzisiaj na zakupy po składniki do tortu. Pogoda nieznośna, gorąco i duszno, wiec założyłam na siebie kombinezon (lub jak kto woli spodium - chłopcy pewnie nie wiedzą, takie jednoczęściowe ubranko, spodnie zszyte razem z górą) z cienkiego, przewiewnego materiału. Odpicowałam się nawet troszkę, szmineczka, kolczyki, ładne sandałki. Generalnie ładnie. 

Szło mi się w moim kombinezonie rewelacyjnie! Praktycznie w ogóle nie odczuwałam upału. Doszłam w końcu do przejścia dla pieszych i czekałam aż światło zmieni się na zielone. W tym czasie na jezdni stał samochód, który również czekał na zmianę świateł. Siedziało w nim dwóch chłopków, na oko takie lokalne cwaniaczki. Czułam, że uważnie mi się przyglądają. Mieli otwarte okno, wiec usłyszałam, w jaki sposób skomentowali mój strój:
- Tyyyy, a jak one w tym szczają?
Myślałam, że padnę ze śmiechu.

#v8wxm

Zawsze byłam nieśmiałym dzieckiem. Kiedy miałam 5 lub 6 lat poszłam z mamą i starszą siostrą do kościoła. Posadziły mnie samą w przedniej ławce, jako że byłam zawsze grzeczna i było mało prawdopodobne, że wywinę jakąś głupotę. Po czym poszły do spowiedzi. Wtedy nie bardzo załapałam, czemu mnie zostawiły i było mi to bardzo nie w smak. 

W pewnym momencie jakaś kobieta podeszła do pustej ławki, na której siedziałam. Nie chciałam siedzieć koło kogoś obcego, jeszcze do tego całkiem sama. W mojej małej główce narodziła się myśl: "co zrobić, żeby sobie poszła?". No jak to co? Pierdnąć! 

Tak też zrobiłam. Przyznam, że pierd wyszedł jak nigdy - długi i głośny, na cały kościół. Poskutkowało. Kobieta, zniesmaczona, szybko znalazła sobie inne miejsce. Byłam z siebie niesamowicie dumna. Pewnie byłabym jeszcze długo, gdyby nie wściekłe spojrzenia siostry i mamy, które właśnie do mnie wróciły.

#TiLCi

Jak byłam mała to uwielbiałam długo siedzieć w łazience i przeglądać wszystkie kosmetyki mamy i inne jej przybory jakie tam były. Często przyglądałam się pewnemu kolorowemu pudełeczku. W środku były dziwne grube pałeczki do uszu, a raczej zatyczki. Po krótkim czasie namysłu idąc spać włożyłam je do uszu i zadowolona wychodzę z łazienki. 

Mina rodziców widzących mnie z tamponami w uszach bezcenna.

#V8xcD

Po raz pierwszy goliłam nogi maszynką jednorazową. Miałam całe opakowanie jednorazówek po kilka sztuk. Nałożyłam żel, roztarłam go aż powstała pianka i zabrałam się do roboty. Uważałam bardzo, aby się nie zaciąć. Czułam przejeżdżając maszynką, że coś jest nie tak, jakoś za gładko to szło. Po jakimś czasie zorientowałam się, że wcale nic nie ogoliłam, bo nie zdjęłam z ostrza maszynki tej plastikowej osłonki...

#mYgPT

Niedawno moja mama dostała informację z radia, że konkursowy SMS, który wysłała na ich numer okazał się tym szczęśliwym i wygrywa płytę Kasi Cerekwickiej. Bardzo zależało jej na tej nagrodzie, ale przez to że ostatnio jest bardzo zapracowana nie mogła sama jej odebrać, więc zaangażowała mnie jako najstarsze dziecko (mam 16 lat). Ze względu na to że mieszkamy na obrzeżach miasta, a siedziba radia znajdowała się prawie w centrum, to wytłumaczyła mi dokładnie, jak tam dojechać.

Nadeszły ostatnie dni, w których mogłam odebrać płytę, więc w piątek pojechałam do tego opolskiego radia. Upał niesamowity, 30 stopni w cieniu, 40 w MZK, a ja poginam do miasta po płytę Kasi Cerekwickiej. Wchodzę do ich siedziby, przedstawiam ładnie sytuację pani recepcjonistce, która po krótkich poszukiwaniach tego kawałka aluminium oznajmiła, że musi gdzieś zadzwonić, bo nie słyszała o żadnej płycie i że mam przyjść w poniedziałek.

Przyjeżdżam w poniedziałek z powrotem o godzinie 16:30. Na dworze gorąco jak w piekle. Podchodzę do recepcjonistki, powtarzam całą formułkę przedstawiającą moją osobę, a ta zagląda do tej samej szafki jak ostatnim razem i mówi, że płyty nie ma, a pani odpowiedzialna za nagrody w konkursach kończy pracę o 15:00 i mam przyjechać jutro przed tą godziną. Już przez zaciśnięte zęby podziękowałam jej i wyszłam.

Następnego dnia znowu wybieram się do tego przeklętego radia. Oczywiście pół godziny jazdy komunikacją miejską, a temperatura odczuwalna przekracza temperaturę wrzenia wody. Wchodzę już trzeci raz do tego budynku, trzeci raz recytuję formułkę pani recepcjonistce, a ta pyta "A wiesz w jakim programie mama wzięła udział?". No jasne, że nie wiem, więc idę w ten ukrop do jej pracy, żeby się dowiedzieć (nie odbierała telefonu).

Zapisała mi szybko wszystkie informacje na kartce, jakby pani recepcjonistka miała jeszcze jakiegoś asa w rękawie i idziemy walczyć dalej. Wróciłam do Radia Opole cała zgrzana i postawiłam chyba cały oddział na nogach. Wręczyłam im kartkę z informacjami, powiedziałam, że jestem tutaj trzeci raz w ten upał, czwarty nie zamierzam i mają znaleźć tą przeklętą płytę Kasi Cerekwickiej. Dość uważnie przeanalizowali kartkę i zaczęli szukać. Sytuacja zrobiła się poważna. Wzięli mój numer telefonu, żeby mnie informować o postępach w "śledztwie".

Szkoda tylko, że płyta czekała spokojnie parę ulic dalej w innym radiu, co było zresztą jak byk napisane na kartce...

#nGKSC

Pracowałam w restauracji jako kelnerka. Była to moja pierwsza praca na tym stanowisku jak i w ogóle pierwsza w życiu. Głównie zajmowałam się przyjmowaniem zamówień, rozlewaniem soków, itd. 

Pewnego ranka pech chciał, że barmanka poprosiła mnie bym chwilę postała za barem. Był ranek, klienci spokojnie jedli przy swoich stolikach. Tuż obok baru siedziała trójka młodych mężczyzn, którzy próbowali nawiązać ze mną rozmowę, pytali o studia, chłopaka, matury. 

W pewnym momencie jeden podszedł do baru i nawiązała się rozmowa:
- Dwa razy dwadzieścia pięć - powiedział.
- Słucham? - spytałam, myśląc że może źle usłyszałam.
- Dwa razy dwadzieścia pięć - potwórzył.
- Pięćdziesiąt! - odpowiedziałam, pewnym siebie głosem.
- Proszę? - tym razem to on był zdziwiony.
- No dwa razy dwadzieścia pięć to pięćdziesiąt...

Nie wyobrażacie sobie jego spojrzenia. Dobrze, że w tym momencie przyszła barmanka i zaczęła rozlewać wódkę do kieliszków.

#9WOAU

Jakieś 10/11 lat temu święta Bożego Narodzenia spędziłam u cioci. Była to nowość ponieważ te święta zazwyczaj odbywały się u mnie w domu.

Po zjedzeniu kolacji mama kazała mi wyjść z psem na dwór. Jako małe dziecko nie znałam za dobrze tego osiedla, więc wyszłam z psem w towarzystwie kuzynostwa.
Gdy tak już spacerowaliśmy nagle w naszych głowach narodził się (jak wtedy sądziliśmy) genialny pomysł. Będziemy kolędnikami!

Wszyscy zadowoleni z naszego pomysłu ruszamy do pierwszego bloku, lecz nagle nastała wielka burza mózgów: "Co zrobimy z psem?". I oto kolejny świetny pomysł: Pies będzie osiołkiem! Nic nie szkodzi, że jest rudy.

Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. Nasze kolędowanie usłyszały dwa bloki. Niektórzy byli tak zachwyceni, że zapraszali nas na chwilę do środka. Za naszą ciężką pracę dostawaliśmy wynagrodzenie w postaci słodyczy lub też niewielkich pieniędzy.

Gdy w końcu po ponad godzinie wróciliśmy do domu. Mama z ciocią wypytywały, co ten spacer tak długo trwał. Nie powiedzieliśmy nic. Zamknięci w pokoju rozdzieliliśmy nasz "łup" po równo z wielką dumą.

#W7gaS

Dzisiaj wykazałam się szczytem głupoty. Kosiłam trawnik i trzeba było przestawić kilka metrów samochód, a z racji tego że w przyszłym tygodniu rozpoczynam kurs na prawo jazdy zapytałam się taty, czy mogę to zrobić ja. On stwierdził, że w sumie czemu nie. Niedawno objaśniał mi, gdzie jest sprzęgło, hamulec i gaz itd. Za kierownicę sama wsiadłam pierwszy raz w życiu. 

No to mądra ja wsiadłam, odpaliłam autko i podjechałam może z jakiś centymetr, ale od razu się zatrzymałam. Zadowolona z siebie stwierdziłam: "O, umiem!". No to jadę dalej. Sprzęgło, kluczyk i tu się zaczyna problem. Podjazd jest usytuowany na lekkim wzniesieniu, brama przymknięta, za bramą kamienista droga, mała foska i podwórko mojej babci. 

Tak się rozpędziłam, że zapomniałam gdzie hamulec, więc brama wjazdowa wyleciała z zawiasów, wjechałam do fosy i złamałam drzewko babci (co akurat wyszło na dobre - bo było okroopne). Gorzej na tym wyszedł samochód: zbita lampa, wyrwane lusterko i porysowany cały bok... O dziwo mój kochany tatuś nawet na mnie nie krzyknął (stwierdził nawet, że lecąca brama wyglądała jak na filmach akcji), ale za to wrzask mojej mamy mógłby postawić całą okolicę na nogi. 

Podejrzewam, że pierwsze jazdy z instruktorem będą dość ciekawe, biorąc pod uwagę moją dzisiejszą traumę na pół życia.
Dodaj anonimowe wyznanie