Ostatnio byłam w szkole w ubikacji. Z powodu dużej ilości zjedzonego przeze mnie jedzenia nie zwracałam uwagi na nic, tylko na wolną toaletę. Po zrobieniu dwójki zorientowałam się, że nie ma papieru. Gdybym nie miała chusteczek w plecaku, to bym kwiczała. A teraz do sedna.
Dzisiaj również mnie "pogoniło". Po skończeniu swojej rzeczy wytarłam się i skończyłam rolkę papieru. Wychodząc z kabiny wzięłam z parapetu z nowej paczki rolkę i dałam ją tam, gdzie skończyłam wcześniejszą. Kiedy wyszłam, zobaczyłam koleżankę z klasy, która zmarszczyła brwi i się mnie zapytała, co ja robię. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że skończyłam papier i daję nowy, żeby nikomu się nie zdarzyło, że nie ma się czym podetrzeć. I powiem Wam... nigdy w życiu nie słyszałam tak głośnego i pełnego krytyki śmiechu...
Parę lat temu nad jeziorem licznie odwiedzanym przez urlopowiczów strasznie się upiłem i usnąłem w krzakach koło namiotu. Około południa wstałem lekko skacowany w poszukiwaniu wody, lecz to co zobaczyłem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Moje bokserki wisiały na jednej z gałęzi, razem z resztą moich ubrań.
Znajomi wstali wcześnie i gdy tylko mnie znaleźli upitego w krzakach, postanowili mnie rozebrać. Tak oto pijany student spał sobie słodko nagi na polu namiotowym, ku uciesze znajomych i przechodzących ludzi.
Przeczytałam dyskusję, jaka się wywiązała w komentarzach pod pewnym wyznaniem. A raczej apelem w stylu „laski, szanujcie się, nie dawajcie swojej błony byle komu”.
Niektórzy byli za, inni przeciw. Nie mogłam zrozumieć, czemu obie strony nie dadzą sobie spokoju, skoro i tak każdy ma własne zdanie. A potem przypomniałam sobie, jaka byłam kiedyś.
W liceum tworzyłyśmy paczkę kilku przyjaciółek. Miałyśmy takie same poglądy. Uważałyśmy, że oddawanie cnoty w wieku 16 lat to totalne zeszmacenie, że faceci to świnie, że jak kocha to poczeka, nawet i do ślubu. Szczyciłyśmy się tym, jakie to jesteśmy czyściutkie i przewracałyśmy oczami, słysząc na przerwach problemy koleżanek z ich chłopakami. Miewałyśmy chłopaków, a raczej kilka gówniarskich randek i ogólną bekę z tematu.
W klasie była koleżanka – spokojna, mądra dziewczyna, która miała chłopaka od 14 roku życia. To wyszło na światło dzienne bardzo późno, bo nigdy o nim nie wspominała. A i tak wyobrażałyśmy sobie, że kujonka w okularach to tylko go trzyma za rękę. Do czasu, aż w 3 klasie zapytana wprost przez jedną wścibską przyjaciółkę, potwierdziła, że z nim sypia, a na nasze zaskoczenie odpowiedziała, że przecież są ze sobą aż 4 lata i co w tym dziwnego.
Zaczęłyśmy się od niej odsuwać. Nie tak od razu i nie tak jawnie, nie umiem nawet powiedzieć dlaczego. Zupełnie jakby skończyły się wspólne tematy. Ale teraz wiem, że to my byłyśmy kretynkami. Nie sztuką było zachować dziewictwo, skoro nikt nas nie chciał, a i nam na nikim nie zależało. Ta, która „dała dupy”, jak mówiłyśmy, pozostała wesołą, dobrą i zdolną dziewczyną o fajnej osobowości. A nasze osobowości? Byłyśmy zazdrosne, obgadywałyśmy, obrażałyśmy za plecami i rżałyśmy jak idiotki, rumieniąc się na słowo „seks”. Czy naprawdę byłyśmy takie lepsze?
Zresztą czas pokazał, że i na dziewictwie wcale nam nie zależało. Jedna zaszła w ciążę tuż po maturze i zerwała z nami kontakt. Druga szlajała się po klubach, zachowując wprawdzie swój mały skarb między nogami, ale pozwalając się obmacywać, klepać i lizać z kim popadnie w kiblu. A ja zwyczajnie dałam się zbajerować pierwszemu, który wykazał zainteresowanie i, cóż, przeminęło z wiatrem.
Dziewczyny, nawet nie macie pojęcia, jak jesteście oceniane przez inne koleżanki. Nawet jeśli wam powiedzą banał w stylu, że to osobista sprawa każdego i że szanują wasze zdanie, prawie na pewno w swoich myślach i tak wartościują wasze zachowanie. Myślą, że są lepsze i że one by tak nie mogły. Tak naprawdę mogłyby, tak naprawdę jeszcze zaskoczą same siebie. Taka właśnie byłam. Dopiero po wielu latach i doświadczeniach mogę otwarcie powiedzieć, że mam totalnie gdzieś cudze pożycie. Naprawdę daleko i głęboko. I że nigdy nie ocenię innej laski, wnioskując po tym, jak i z kim się prowadzi.
Siedzę sobie u babci, godzina 15:00 - godzina Miłosierdzia Bożego. Czekamy, aby zacząć koronkę wraz z Radiem Maryja.
Chwilę przed 15 zawsze jest puszczana jakaś muzyka (zazwyczaj klasyczna) jako wypełniacz na antenie i tu ta dam....
Intro z GRY O TRON!
Jesteście pierwszymi osobami, z którymi się tym dzielę. Historia, którą wam opiszę działa się prawie 18 lat temu. Miałam wtedy coś ok. 6 lat.
Pewnego dnia nudząc się niemiłosiernie zaczęłam kręcić się po domu, tak trafiłam do dużego pokoju, gdzie moja mama zajmowała się jakąś papierkową robotą z pracy, a w tle leciał film. Z braku innych perspektyw siadłam sobie na fotelu i zaczęłam go oglądać. Trafiłam na scenę, gdzie jakaś pani leżała w szpitalu na łóżku ze zgiętymi nogami, a wokół niej biegały pielęgniarki, a jakiś pan w fartuchu siedział naprzeciwko niej i zaglądał jej między nogi. Aaaha, pani rodzi dzidziusia - pomyślałam i dalej gapiłam się w ekran. Jednak coś mi nie pasowało... Nie wiedziałam czemu pani jest taka czerwona i czemu drze się wniebogłosy. Zapytałam więc o to mamę. Ta nie odrywając się nawet od papierów powiedziała tylko, że poród jest bardzo bolesny. Cóż, tyle mi wystarczyło, chwilę nad tym podumałam, pooglądałam film jeszcze przez kilka minut i poszłam szukać sobie kolejnego ciekawego zajęcia, zapominając już pewnie o nowo poznanym fakcie. Do czasu...
Pewnego dnia obudziłam z okropnym bólem brzuszka, wskazującym, iż posiadam w sobie jakiegoś potwora. Szybko pobiegłam do toalety w celu zrobienia kupki. Na miejscu okazało się, że to nie będzie takie łatwe, bo mimo rozrywającego mnie od środka balastu nie mogłam z siebie nic wydalić, a od usilnego parcia zaczynała mnie też boleć pupa. Szybkie skojarzenie - rodzę swoje pierwsze dziecko! Wijąc się na toalecie z bólu, po kilku minutach w końcu poczułam, że zaczyna to ze mnie wychodzić. Cały czas pochylałam się do przodu i patrzyłam jak wychodzi ze mnie kupa, czekając, aż w końcu między nią wypadnie dziecko... Zaczęłam już nawet myśleć jak je nazwę, gdzie je schowam przed rodzicami, żeby mi go nie zabrali oraz o tym, jak będę mu szmuglować resztki z obiadu, żeby nie było głodne i jak będziemy się razem bawić jak podrośnie :)
Jak się pewnie domyślacie, żadnego dziecka nie było, ale jeszcze przy kilku następnych "bolesnych kupkach" go wypatrywałam...
Lekkie wyznanie z wrocławskiej komunikacji :D
Ostatnio jadąc autobusem popatrzyłam na pewną sytuację. Starsza pani (reklamówka, ekskluzywny berecik z antenką) przesiadła się z miejsca jadącego tyłem na miejsce jadące przodem przy młodej dziewczynie. Na kolejnym przystanku wsiadł starszy pan z chorą nogą. 2 osoby mu pomogły się dostać i wtedy wstaje dziewczyna przy starszej babci i mówi magiczne "Proszę usiąść". I tu się akcja zmienia.
Dziewczyna wstaje, a babcia rzuca torebkę i rękę na miejsce tej dziewczyny i krzyczy na cały autobus "STASIA!!! CHODŹ TU, MIEJSCE CI ZAJĘŁAM".
Nic nie dało przekonywanie babci, nadal siedziała z koleżanką i rozmawiały o Kościele. Pan z chorą nogą musiał prosić o pomoc w dojściu do dalszego miejsca w autobusie.
A oto i wyznanie z typu źle, gorzej, najgorzej.
Źle – dziewczyna, która mi się podoba okazała się być lesbijką.
Gorzej - druga dziewczyna, która też mi się podoba, też okazała się być lesbijką.
Najgorzej - obie są ze sobą.
Na szczęście już się pozbierałem do kupy i wszystko jest dobrze.
Jakiś czas temu przeczytałam tutaj wyznanie, gdzie koleżanka zostawiła drugą koleżankę pijaną na przystanku autobusowym. Miałam podobną sytuację, jednakże mnie akurat koleżanka zostawiła na imprezie - z trzema nowo poznanymi kolesiami.
Zacznijmy od początku.
Wraz z moją znajomą (nazwijmy ją Ania) wybrałyśmy się na dyskotekę do klubu. W szatni stwierdziłyśmy, że swoje rzeczy powiesimy na jednym wieszaku, bo taniej.
Zostawiłyśmy tam również torebki i poszłyśmy się bawić. Po kilku godzinach podeszło do nas troje mężczyzn, a z racji tego że byłyśmy już lekko podpite, zaczęłyśmy z nimi rozmawiać.
Po kilkudziesięciu minutach moja koleżanka powiedziała, że idzie do toalety, długo jednak nie wracała, więc postanowiłam jej poszukać. Nigdzie jej nie było, więc stwierdziłam że po prostu do niej zadzwonię. Udałam się więc do szatni. I co się okazało? Że nie ma tam ani mojej torebki, ani ubrań. Ania trzymała kluczyk i po prostu poszła sobie bez uprzedzenia, zabierając przy tym moje rzeczy! Byłam przerażona - nie miałam ani portfela (brałyśmy tylko jakieś drobne na piwo do kieszeni, reszta była w torebkach żeby nam nikt nic nie ukradł na parkiecie), ani telefonu ani dokumentów!
Z płaczem pobiegłam do tych kolesi, odpowiedziałam co się stało. Ci mnie uspokoili, zaproponowali że zadzwonią po taksówkę i za nią zapłacą. Jak powiedzieli, tak też zrobili. Nie pojechałam jednak do domu tylko do Ani. Byłam tak wkurzona jak nigdy. Zadzwoniłam na dzwonek, Ania przebrana w piżamę otworzyła. Zaczęłam się na nią wydzierać co też najlepszego zrobiła, po pierwsze zostawiając mnie samą z obcymi facetami, wychodząc bez uprzedzenia, po drugie zabierając przy tym wszystkie moje rzeczy. Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, wymamrotała tylko coś w stylu: "wzięłam ci je, bo nie chciałam żeby ktoś je ukradł" (wtf?). Na drugi dzień kompletnie nic nie pamiętała. Do dziś zastanawiam się jakim cudem, będąc taka nawalona, zdołała dojechać do domu i jeszcze się przebrać.
Oczywiście po całym zdarzeniu nie odzywałam się do niej przez dwa tygodnie.
Teraz po latach, gdy spotykamy się w gronie nowo poznanych osób, zawsze opowiadam tę historię. Ania zawsze ma buraka, a ja mega satysfakcję. Przynajmniej w taki sposób mogę się na niej "zemścić" za tamtą akcję.
Od X lat przebywam za granicami naszego pięknego kraju. Jestem w długim, wieloletnim związku z fantastycznym facetem. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem najszczęśliwszą i czuję się najbardziej docenioną kobietą na świecie. Mamy plan się pobrać w kościele.
A teraz historia właściwa. Dopiero jakiś czas temu moi rodzice mieli okazję odwiedzić swoją córkę, czyt. mnie. Zawsze było coś. W końcu przyjechali. Oczywiście wypadało im przedstawić wybranka mojego życia. Chłopak stanął na wysokości zadania, był na każde wezwanie: a tu zawieź, a tu pokaż. Wieczór w barze? Nie ma najmniejszego problemu.... Teściowie rzecz święta. Prezenty, podarki, wspólny czas. Wszystko wydawałoby się iść super! Myślę: no, już nawet się polubili! Teraz będzie tylko lepiej. I wiecie co? Pomyliłam się....
Pewnego wieczoru miałam okazję zostać sama z rodzicami przy wieczornym piwku. Fala ich żalu i cebulactwa popłynęła jak lawina wprost na mnie, że to wstyd, że co ludzie pomyślą... Sami za swoich młodych lat przebywali na emigracji w najróżniejszych krajach Europy, a nawet innych kontynentów, więc mieli okazję poznać najróżniejszych ludzi....
Wiecie co zawiniło?
To, że miłość mojego życia ma inny kolor skóry niż biały...
Wstyd mi za taką mentalność.
Kojarzycie wyznanie #rvKuX? Tak, to znowu ja. Przeczytałam wszystkie komentarze pod moim poprzednim wyznaniem. Wiele osób pisało, że zachowanie mojej "bratowej" jest normalnie, że jej troska o mnie jest słodka i nie powinnam narzekać, bo jestem przecież dzieckiem ("masz 19 lat i myślisz, że jesteś dorosła?"). Poprzednie moje historyjki to tak naprawdę kropla w morzu mojej męki. Dziś postaram się wam jeszcze bardziej określić jak wygląda życie z moją "bratową".
1. Wróciłam ze szkoły. Ona siedziała z moimi rodzicami w salonie. Rozpoczęła się dyskusja na temat mojego stroju. Powiedziała, że to niedopuszczalne, żeby nosić się na czarno, kiedy nie ma się żałoby... "A poza tym co to za ciemny lakier na paznokciach?!". Nie jestem żadnym metalem, po prostu przypadkowo założyłam czarne rurki i czarną koszulkę...
2. Wyrzuciła paczkę chipsów, którą sobie kupiłam. Powiedziała, że to puste kalorie... Dała mi 2 pomarańcze.
3. Próbowała mi wcisnąć, że psychologia to najlepszy kierunek studiów, więc powinnam zrezygnować z moich planów i iść na psychologię jak ona...
4. Czasami mówi do mnie jak do kilkumiesięcznego dziecka. Trudno mi to wyjaśnić, ale myślę, że wiecie jak to się robi. Miałam na sobie takie podarte jeansy. "Hehehe, a kto ci podarł te spodnie? Wściekły piesek? Hihihi".
5. Teksty typu "Ale wiesz, że w życiu nie ma nic za darmo? Na studiach nikt nie będzie cię za rękę prowadził. Nie myśl, że wyjedziesz i już imprezki. NAUKA NAUKA NAUKA!".
6. Rozmawiałam z mamą. Rzuciłam pomysł, że kupię sobie jakieś tam buty. "Zrobią ci się haluksy, poza tym wiesz... Na obcasie to trzeba umieć chodzić".
7. Spotkała mnie z chłopakiem w pizzerii. Krzyknęła "Spoko, jak coś, to was nie widziałam, hehehe". Następnie zadzwoniła do mojej mamy i jej o tym powiedziała. Tak po prostu.
Dosłownie dwa dni temu zapytałam jej, czemu traktuje mnie w ten sposób. Udawała, że nie wie o co chodzi. Stwierdziła, że jestem przewrażliwiona i powinnam się "ogarnąć", bo przecież nie jestem dzieckiem.
Dodaj anonimowe wyznanie