Ostatnio zarówno częstotliwość, jak i jakość mojego pożycia seksualnego dość mocno wzrosła.
Na tyle, że któregoś razu zsunęła nam się dość mocno gumka.
Z tego względu, dla pewności, poszłam do apteki w wiadomej sprawie.
Apteki, podkreślę, w której do tej pory byłam może z maksymalnie 4 razy i w której pojawia się przynajmniej 3 różnych farmaceutów.
Wchodzę, na szczęście nie ma nikogo poza mną i panią w białym fartuchu.
- Dzień dobry, poproszę test ciążowy.
- A... w jakim celu?
- ?
- Rozumiem, że nie chce pani złożyć zażalenia?
- ???
- No... wie pani, o co mi chodzi?
Patrzę zdezorientowana na panią, pani badawczo na mnie.
- Chyyyba nie... a mogłaby pani wyjaśnić, bo nie jestem pewna?
- Bo ostatnio kupowała pani tutaj prezerwatywy i pomyślałam, że może przedziurawiły się pani albo pękły i chce pani złożyć skargę.
Chyba nie muszę dodawać, że strzeliłam niezłego buraka.
Zwłaszcza że w życiu nie podejrzewałabym, że ktokolwiek stamtąd może mnie zapamiętać.
Bo to "ostatnio" było jakiś miesiąc temu. I kupowałam je w tym miejscu pierwszy, a w ogóle - drugi raz w życiu.
Kiedyś, gdy jeszcze nie wszystkie tomy "Harry'ego Pottera" powstały, jeden supermarket w moim mieście zorganizował akcję, która polegała na zbieraniu paragonów. Do wygrania było bodajże 50 książek o młodym czarodzieju, od pierwszego do piątego, które miały trafić do biblioteki jednej ze szkół w mieście. Zasady były proste - robimy zakupy, bierzemy paragon, odnosimy paragon do informacji, typując szkołę. Szkoła, która uzbiera największą kwotę ze zsumowanych paragonów, dostaje serię książek.
Jako że mama jest nauczycielką, zależało jej, by wygrana trafiła do "jej" szkoły. Aby to się stało, codzienne razem z mamą, siostrą i niekiedy kuzynką przyjeżdżałyśmy do tego sklepu i zbierałyśmy z wózków paragony zostawione przez klientów. Czasami było ich mało, czasami dużo, jedne na małe kwoty, inne na duże. Poświęcony czas nie poszedł na marne, bo szkoła objęła prowadzenie w rankingu. Raz mama zagadnęła jedną z kasjerek, że szkoła wygrywa z dość dużą przewagą. Jej odpowiedź brzmiała mniej więcej tak:
- Bo codziennie jakieś dzieciaki zbierają paragony po śmietnikach.
Mama się nie przyznała, że chodzi o jej dzieci...
Zacznę od tego, że pochodzę z typowej przykładnej katolickiej rodziny, gdzie niedziela bez mszy była czymś niewyobrażalnym.
Jako mały berbeć, może z 7 lat - byłem kilka miesięcy przed komunią, brałem do kościoła mały plecak i pakowałem do niego wszystkie obrazki święte jakie miałem, a trochę tego było. Podczas mszy przy jednym z bocznych ołtarzy rozkładałem sobie na dywaniku te obrazki i się do nich modliłem. Księża mnie znali i jak nieraz przechodzili zbierając ofiarę, to przybijali ze mną piątkę. Spodobało mi się to... A raczej to, że zbierali pieniądze od ludzi.
Jako świeżo upieczony "komunista" dostałem książeczkę, taką do modlitw. Był tam też taki skrypt z mszą, jak się odprawia i co po kolei. Wpadłem na pomysł, żeby zrobić taką mszę w domu, samemu ją odprawić.
Wziąłem kartony i położyłem na nich ręcznik, a na nim krzyż - to była imitacja ołtarza. W sumie odprawiałem ją dla babci, która mieszkała ze mną i lubiła moją zabawę. Chciała, żebym kiedyś został księdzem. Cała msza schodziła mi może z 10 minut, bo czytałem sobie wszystko z tej książeczki. Babcia się bardzo cieszyła, a ja cieszyłem się z tego, że się zbiera ofiarę, bo chodząc po domu z miseczką dostawałem pieniążki od mamy, babci, dziadka...
Robiłem te msze dla pieniędzy... Bywało tak, że robiłem po 3-4 dziennie. Nie były to duże kwoty, może po 50 gr.
Teraz mam 22 lata i jak opowiadałem historię znajomym, to myślałem, że się zleją.
PS Nie, nie zostałem księdzem, zostałem ministrantem.
Jak byłam dzieckiem (lat około 7), kochałam pić kawę. Nie taką zwykłą, tylko takie cappuccino w proszku (może ktoś kojarzy). Rodzice czasami je kupowali, było ono sprzedawane w plastikowych opakowaniach z zamknięciem strunowym.
Chcąc pochwalić się mojej młodszej koleżance, jaka to jestem dorosła, zaproponowałam, że zrobię jej kawę.
Zaczęłam szukać ukochanego cappuccino, ale plastikowych torebek nie mogłam nigdzie znaleźć. Znalazłam za to metalową puszkę, podobną do tej, do której rodzice czasem przesypywali kawowy proszek. Niestety, w środku były tylko śmieszne plastikowe kwadraciki z sympatycznym kogutkiem.
Pomyślałam, że to pewnie jakaś nowa kawa (wiecie, kogutek = poranne pobudzenie itp.).
Odpakowałam te kwadraciki i wyciągnęłam... prezerwatywę. Nie wiedząc, co to było ani do czego służy, wrzuciłam nieszczęsnego kondoma do kubka i zalałam go wrzątkiem.
Po dłuższej chwili, gdy kawa nie została zaparzona, pobiegłam po wujka.
Zobaczył on co zobaczył i z pokerową miną powiedział, że nie wie co to jest i będę musiała o to zapytać rodziców.
Nie zapytałam, zapomniałam.
O wydarzeniu przypomniałam sobie lata później i podziwiam reakcję wujka.
Nienawidziłam lekcji WF-u, i to jest przyczyna jednej z wielu moich wpadek.
W szkole ponadgimnazjalnej, jeśli ktoś nie chciał ćwiczyć przez cały rok, wymagano zwolnienia od specjalisty.
Tonący brzytwy się chwyta... Bez większego namysłu podliczyłam oszczędności, włożyłam w kopertę i zapisałam się do...
Ginekologa.
Lekarz zażenowany wyrzucił mnie z gabinetu, bo byłam bez mamy i próbowałam dać łapówkę.
A ja tylko grzecznie mówiłam mu "Proszę pana, ja chcę tylko zwolnienie, mam pieniądze"...
Będą hejty, ale co mi tam.
Dwa lata temu poznałem (niech będzie) A.
Zaczęło się od niewinnych życzeń urodzinowych, a skończyło na tym, że pisaliśmy praktycznie bez przerwy 3 dni i 3 noce.
A. zwierzała mi się, jak bardzo źle ją traktują w domu, jak to jest cały czas upokarzana.. moja reakcja była natychmiastowa: wprowadź się do mnie!
No i się wprowadziła. Wprowadziła też swoje porządki, polegające na tym, że przez środek mojej maleńkiej kawalerki była tylko wąziutka ścieżka, wszędzie indziej góry jej ciuchów, kosmetyków, papierów i ona sama - na kanapie przed telewizorem maluje paznokcie.
Raz grzecznie poprosiłem, drugim już ostrzej powiedziałem ''zrób tu porządek, bo jak ja zrobię. to wszystkiego będziesz szukać na wysypisku''. To był błąd. Zaczęły się wyzwiska, że jestem chuj, że jestem taki sam potwór jak jej rodzice (to już wiem na czym polegało złe traktowanie i upokarzanie), że jak ja śmiem jej kazać sprzątać A SAM NIC NIE POSPRZĄTAM (pracowałem po 12h dziennie, nawet nie było kiedy naświnić).
Pałka się przegła, kiedy o tym, jak to źle ją traktuję (pominęła sprzątanie, zastępując je ciężką pracą w polu, do której ją zmuszałem) zaczęła wypisywać do swoich kumpli. Jednego z nich wysłałem na OIOM, kiedy on próbował tam wysłać mnie, i na pełnym wkurwie jej powiedziałem, że jak nie przestanie opowiadać głupot i nasyłać na mnie kolegów, to niech pamięta, że ja też mam kolegów i może się coś stać.
Chyba ją to przeraziło, bo próby wpierdolenia mi za ''wykorzystywanie'' jej urwały się.
Jednocześnie zaczęły się kłopoty finansowe, co oczywiście nie podobało się A. Co chwilę podsuwała mi nowe oferty pracy (mimo że pracę miałem), chyba myślała, że drugi etat wezmę... Na pytanie czemu sama nie znajdzie etatu, tylko mi szuka drugiego, wpadła w szał: ''Bo ty chcesz, żebym ja się męczyła! Żebym pracowała i żebyśmy się w ogóle nie widywali! Jak będę pracować, to sobie inne dupy będziesz sprowadzał!''.
Z mojej strony było krótko: "Idziesz do roboty albo wypierdalaj, nie chcę cię więcej widzieć".
Właśnie odebrała ostatni worek z ciuchami.
Od godziny w końcu święty spokój.
Moja żona zrobiła sobie operację plastyczną w tajemnicy przede mną. Najgorsze w tym jest to, że miała to być niespodzianka dla mnie. Nie wierzyła mi, że kiedy mówiłem, że jest dla mnie najpiękniejsza, to byłem absolutnie szczery, że to nie były takie komplementy tylko żeby było jej miło.
Nie wygląda teraz źle, chociaż tęsknię za tym, jak wyglądała wcześniej. Gdyby zrobiła to dla siebie, nie miałbym z tym problemu. Nie robię jej wyrzutów ani nic podobnego, ale trochę mi smutno, zwłaszcza że ona chyba jest rozczarowana brakiem mojej super pozytywnej reakcji.
Bardziej współczuję zwierzętom niż ludziom. Dlaczego?
Gdy chodziłam jeszcze do podstawówki, byłam prześladowana przez uczniów z gimnazjum. Po kolejnej próbie wyłudzenia ode mnie pieniędzy (byłam spłukana, więc nic im nie dałam. Zostawili mnie wtedy w spokoju. Było to dziwne, ponieważ wcześniej stali przy mnie, dopóki nie załatwiłam tej sumy pieniędzy). Pobiegli, jak się okazało, do mojego domu. Bestialsko zamordowali mi psa. Młotkiem rozwalili mu głowę. Zmasakrowane ciało psa włożyli do worka na śmieci. Zostawili zakrwawiony młotek na miejscu oraz w skrzynce list z groźbami, że będę następna. Po tym wydarzeniu załamana powiedziałam wszystko rodzicom i nauczycielom. Sprawa trafiła na policję. Chłopcy za znęcanie się nade mną i wyłudzanie pieniędzy dostali to, co im się należało.
Ale niestety, to już nie przywróci do życia mojego pieska. Nadal tęsknię...
Mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, z którym utrzymywałam też znajomość w dorosłym życiu, zginął w tragicznym, koszmarnym wypadku. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać. Musiałam brać leki uspokajające.
Przed pogrzebem usłyszałam od mojej mamy: "Tylko nie rycz na pogrzebie, bo ludzie pomyślą, że byłaś jego kochanką".
Jestem zdegustowany pomysłem, który narodził się w mojej jeszcze dziecinnej główce kilkanaście lat temu.
Przechodząc do sedna. Przez kilka dni wchodziłem rozebrany do rosołu na parapet i wymachiwałem małym turboptysiem do przechodzących ludzi i przejeżdżających samochodów.
Mam nadzieję, że nikt tego nie zobaczył :/
Dodaj anonimowe wyznanie