11.09.2017, na WOS-ie nauczyciel zadał pytanie, czego mamy rocznicę. Większość osób szukała w głowie, ale nawet nie wiedzieli jaki był dzień.
Natychmiast odpowiedziałem, że chodziło o zamach na WTC, za co otrzymałem ocenę z aktywności.
Wiedziałem to nie dlatego, że orientuję się w świecie, tylko dlatego, że rano tego dnia naoglądałem się memów z 9/11.
Jestem psim fryzjerem. Moja przyjaciółka jest fryzjerem męsko-damskim.
Dzisiaj, kiedy pomagałam jej, odebrałam telefon. Odruchowo powiedziałam "Psi fryzjer, słucham?".
Okazało się, że klientem był policjant, który zaczął śmiać się wniebogłosy.
Sprawa została szybko wyjaśniona, przeprosiny zostały przyjęte ;)
Jestem beznadziejnie zakochany w swoim przyrodnim bracie.
Ciężko stwierdzić, kiedy się zorientowałem. Można powiedzieć, że wszystko rozwijało się latami - dorastaliśmy razem.
Dodam jeszcze tylko, że nikt o tym nie wie, a ja sam przez długi czas żyłem w przeświadczeniu, że jestem 100% hetero.
W zasadzie nawet teraz nie uważam się za geja. Żaden inny facet mnie nie interesuje.
Chora sprawa.
Na moje wywiadówki zawsze chodziła mama, ale zdarzył się jeden wyjątkowy raz, kiedy musiał pójść tata. Przed samym wyjściem coś mu się przypomniało i zapytał mnie niepewnie:
- A do której klasy chodzisz?
- Do "A" - odpowiedziałam.
Zrobił niewyraźną minę i wyszedł.
Później dowiedziałam się od mamy, że do niej dzwonił i dopytywał, bo nie tylko literki nie znał, ale i cyferki...
Mam wspaniałego wujka, typowego śmieszka, który nigdy nie przepuścił okazji, żeby zrobić kawał jakiemukolwiek dziecku z rodziny. Nie zliczę, ile razy mnie wkręcił, nabrał, podpuścił... a ja zbyt mądrym dzieckiem nie byłam, bo po tylu doświadczeniach dalej mu ufałam. ;)
Któregoś razu znalazłam w domu tajemnicze kapsułki, które moja mama z niewiadomych powodów zostawiła na wierzchu, zamiast schować do apteczki. Akurat wujek był najbliżej, więc pokazałam mu znalezisko i spytałam, co to jest. Przeczytał etykietę i powiedział, że to takie tabletki z witaminami, że są bardzo smaczne, jeśli się je rozgryzie i żebym spróbowała. Dwa razy upewniłam się, że na pewno mogę, bo miałam wbite do głowy, żeby żadnych leków bez zgody dorosłych nie brać, ale w końcu za namową wujka rozgryzłam... kapsułkę z tranem.
Ten jeden żart się wujkowi nie udał - do tej pory pamiętam jego mocno zdziwioną minę, gdy spytałam, czy mogę jeszcze, bo to takie dobre. A tran lubię do tej pory.
Kiedy byłam mała, panicznie bałam się przycisku "stop" w autobusie. Myślałam, że kiedy ten przycisk nacisnę, to któreś z siedzeń zadziała jak katapulta i wyleci w powietrze - tak jak to często bywało w bajkach...
Kilka lat temu, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły podstawowej, w regulaminie było napisane, że dziewczynki nie mogą nosić spódnic i spodenek krótszych niż do kolan.
W końcu przyszło lato (które swoją drogą było bardzo upalne) i nie dało się wytrzymać w długich spodniach, a znalezienie takich, które pasują do dresscodu to istna magia. Z tego względu poszłam do mojej wychowawczyni zapytać, czy mogłabym jednak wykroczyć trochę z dresscodu szkoły.
Widocznie była oburzona, że w ogóle śmiem pytać. Odpowiedziała mi, że "absolutnie nie, bo krótkie spodenki i spódniczki kuszą chłopców, którzy zamiast skupiać się na nauce, patrzą na dziewczęta i mają brudne myśli".
No i ja się pytam: czy to jest normalne? Jakim cudem można twierdzić, że taki tok myślenia jest dobry? To nie wina dziewczyn, że jakiś chory tatuś lub mamusia wychowują swoje dziecko na małego zboczeńca. Wydaje mi się, że każdy normalny człowiek potrafi zapanować nad swoim ciałem i nie zachowywać się jak zwierzę, które jedyne czego chce to jeść, ruchać i spać.
Od dwóch lat zajmowałam się jednym, ogromnym rysunkiem. Był tak wielki, że spokojnie mógł zasłonić całą ścianę (dla ciekawskich, jak się zmieścił w pokoju - od pięciu lat mam pracownię, która kiedyś była dwoma pomieszczeniami, ale rodzice wyburzyli w niej ścianę, żebym miała więcej miejsca, bo i tak nie mieli pomysłu co innego tam zrobić. Był tylko jeden istotny dla tego wyznania problem - nie dało się zamknąć drzwi).
Miałam dużo obowiązków, bo żeby nie robić dalej za niewdzięcznego pasożyta, zaczęłam pracować. W każdym razie - przez pracę, ostatni rok studiów, problemy rodzinne i co jakiś czas przez wolontariat miałam mało czasu na rysowanie, zazwyczaj poświęcałam na to po 10 minut, a musicie wiedzieć, że to był jeden z tych rysunków z masą wzorów, drobnych elementów itd. Tu też dodam (dla zainteresowanych), że miałam też mniejszą wersję tego rysunku, zrobioną w szkicowniku.
Pół roku temu miałam problemy zdrowotne, wylądowałam w szpitalu. Mój szef nie był z tego powodu zadowolony, a ja najzwyczajniej w świecie miałam go dosyć (bardzo toksyczny człowiek, kilka razy przez swoje zachowanie lądował w sądzie), więc w końcu odeszłam i gdy tylko poczułam się lepiej, zaczęłam szukać nowej pracy.
Szukałam pracy i szukałam, a w międzyczasie kończyłam rysunek. W sierpniu był już cały szkic, wszystko ładnie obrysowane cienkopisem. Nawet zaczęłam kolorować. Byłam z siebie dumna.
28 sierpnia znalazłam pracę. Była mocno związana z tym, co studiowałam i szefowa wyglądała na miłą osobę, więc byłam zachwycona.
Minął tydzień, a ja radośnie wracałam do domu. Otwieram drzwi, krzyczę "JUŻ JESTEM" i idę do salonu, patrzę, a tam ciotka Kryśka i wujek Janusz. Chociaż za nimi nie przepadam, udaję miłą i pytam, gdzie ich dzieci. Słyszę, że poszły się pobawić.
Przerażona, bo te małe bachory nie szanują czegoś, co nie jest ich, popędziłam do swojej pracowni. Patrzę i cóż... Mój rysunek rozdarty, umazany farbą, piciem i jedzeniem, a te "cudowne" dzieci wesoło grzebią sobie w szufladach i wyrzucają z nich, często bardzo drogie, rzeczy.
Przeprosin nie dostałam.
Przez sześć lat miałam kota. Była to śliczna Luna, ragdoll. Większość pewnie tego nie popiera, ale była prezentem. Dostałam ją od cioci po tym, jak wyjawiłam jej, że czasami brakuje mi kogoś bliskiego (moi rodzice to bardzo chłodne, obojętne osoby).
Od razu pokochałam Lunę. Był tylko jeden problem - rodzice jej wręcz nienawidzili. Na szczęście po wielu rozmowach i błaganiach zgodzili się, żeby została. Były tylko dwa warunki - całe moje kieszonkowe szło na jej jedzenie, ewentualnie wizyty u weterynarza i tylko ja musiałam się nią zajmować, czyścić kuwetę, wyprowadzać ją na spacery (tak, kota też można wyprowadzać) itd.
Przez pięć lat wszystko było pięknie. Luna chodziła za mną, spała w moim łóżku, dawała się przytulać itd.
Problem zaczął się w 2 klasie gimnazjum, kiedy zorientowałam się, że pewien chłopak za mną łazi, robi mi zdjęcia, wysyła różne dziwne wiadomości, chwali się kolegom, że pewnie bez problemu mógłby się ze mną przespać (nie, na gadaniu się nie skończyło. Spróbował. "Na szczęście" skończyło się na próbie g*ałtu i ogromnym siniaku na jego twarzy).
Ostatecznie chłopak zmienił szkołę (i to jeszcze nie dlatego, że jego rodzicom zrobiło się głupio. Po prostu chcieli go uwolnić "od tej wariatki i jej ciotki"), ale klasa mnie znienawidziła, bo wszyscy go uwielbiali (chłopacy, bo był dobrym sportowcem, a dziewczyny, bo był przystojny i nauczyciele, bo świetnie się uczył i zdobywał szkole mnóstwo nagród, a ja dla nich była jedynie małą, głupią dziewczynką).
Moi rodzice doskonale wiedzieli o tym, co działo się w szkole.
W trzeciej klasie miałam depresję, ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Myślałam, że potrzebuję trochę spokoju, że smutek jest tymczasowy itd.
W marcu nie miałam na nic siły. Nie jadłam, dużo płakałam. Moi rodzice próbowali kilka razy mnie ogarnąć. Używali do tego paska. Nawet przy tym nie miałam siły reagować, więc po pewnym czasie miałam masę sińców.
Całe dnie leżałam w łóżku i tuliłam Lunę. Tylko na niej mi zależało.
Pewnego dnia zadzwoniła dyrektorka. Ojciec się wściekł. Zlał mnie i zabrał Lunę do schroniska.
Przez tydzień w domu było jak w piekle, rodzice kłócili się ze sobą, wyzywali mnie itd. Na szczęście jedną kłótnię usłyszała sąsiadka i zaniepokojona zadzwoniła po ciotkę (są przyjaciółkami).
Natychmiast przyjechała i zabrała mnie od rodziców. Po kolejnym tygodniu zaczęłam z nią rozmawiać, opowiedziałam co się stało.
Pojechałyśmy do schroniska. Okazało się, że ktoś wziął Lunę. Jakoś udało nam się zdobyć adres. Okazało się, ze nowi właściciele wypuścili ją z domu i potrącił ją samochód. Nawet nie mieli ochoty zbierać jej z ulicy.
Nie zdałam do następnej klasy, ale teraz moim prawnym opiekunem jest moja ciocia, mam nową szkołę, nowego kota i regularnie odwiedzam psychologa.
Ale i tak tęsknię za Luną.
Moi rodzice poznali się na Światowych Dniach Młodzieży, które odbyły się ponad dwadzieścia lat temu w Częstochowie.
Niby nic dziwnego, prawda?
Gorzej tylko, że ojciec pojechał tam odprawiać mszę, a mama "w celach służbowych".
On był księdzem, ona zakonnicą.
Dodaj anonimowe wyznanie