Mam bielactwo. Niby nic niezwykłego. Trochę białych plam tu i tam. Właściwie w niczym nie przeszkadzają. Tylko nie za bardzo mogę się opalać, ale dla mnie to żadna udręka, bo i tak tego nie lubię. No ale ja nie o tym.
Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, zazwyczaj nie spotykałam się z żadnymi docinkami związanymi właśnie z owymi plamami. Rówieśnicy nie zwracali na to większej uwagi. Nawet jak znalazł się ktoś, kto próbował się z tego śmiać, szybko był gaszony przez swoich kolegów. Dzieciaki rozumiały czym jest bielactwo i że to nie powód do śmiechu. No właśnie, szkoda, że to rozumiały tylko dzieci.
Dorośli byli znacznie gorsi. Większość zachowywała się przesadnie. Ciągłe pilnowanie, czy przypadkiem ten konkretny plac zabaw nie znajduje się w pełnym słońcu było codziennością. Praktycznie zawsze było to strasznie wyolbrzymione i bez powodu uniemożliwiło mi zabawę z innymi dziećmi.
Jednak była jedna mistrzyni. Była mamą jednej koleżanki z mojej klasy. Ta kobieta wymyśliła sobie, że, uwaga... "bielactwo to rzadki rodzaj ospy, którą jej kochana córeczka może się zarazić". Oczywiście moje tłumaczenie, jak i moich rodziców i nauczycieli, że to choroba wrodzona, nic nie dawało. Ta kobieta zakazywała swojej córce się ze mną bawić, spotykać, rozmawiać itp. Gdy trafiałam na nią na ulicy, nie mogłam się nawet z nią przywitać, bo zaraz byłam atakowana. Na wywiadówkach kłóciła się z nauczycielkami, że jej córka musi siedzieć jak najdalej ode mnie. Tylko po to, by po pewnym czasie przepisać swoją córkę do innej szkoły, by ta nie mogła się przypadkiem zarazić. Mam tylko pytanie.
Jak i dlaczego?
Jestem gorąca... i to nie przesadne stwierdzenie!
Moja średnia temperatura wynosi 39.5°C i mimo wizyt u specjalistów żaden jeszcze nie wie jakim cudem tak jest, ponieważ jestem okazem zdrowia.
Jest jednak plus, mianowicie mój chłopak bardzo szybko marznie i traktuje mnie jak swój przenośny grzejniczek.
Jedno jest pewne. Jestem dla niego stworzona! :)
Po śmierci rodziców przejęłam opiekę nad młodszym rodzeństwem. Z tego powodu nie mam dla siebie czasu i od bardzo długiego czasu jestem sama. W sprawach łóżkowych jestem tak "wygłodniała", a zaspokojenie siebie samej to nie to samo co prawdziwy seks.
Ostatnio poznałam bardzo miłego chłopaka. Spotykaliśmy się już jakiś czas i zaprosił mnie do siebie. Doszło do zbliżenia, byłam taka napalona, że gdy ściągał mi majtki, z takim impetem wyciągnęłam z nich nogę, że przywaliłam mu w twarz. Gościu spadł z łóżka i stracił przytomność.
Na szczęście nic poważnego mu się nie stało, ale seksu nie było. Nie urwał też kontaktu, więc jest nadzieja, że w najbliższym czasie będę mogła sobie ulżyć.
Mój tata jest kierowcą-dupkiem. Odkąd pamiętam, zawsze podczas jazdy komentował innych ludzi uczestniczących w ruchu drogowym. Szczególnie negatywnie wypowiadał się o pieszych na przejściach, np. "jakby schudła, toby już dawno przeszła", "no szybciej, kulawy dziadu", "a te gówniarze powinny w domu siedzieć, a nie po ulicach chodzić".
Jestem już dorosła, ale za każdym razem, gdy przechodzę przez pasy bez świateł i kierowca musi czekać aż przejdę, mam wrażenie, że jestem komentowana w taki sam sposób. Czasami też myślę, że się zniecierpliwi i zatrąbi albo ruszy szybciej i przejedzie mi po piętach. Dlatego lubię przechodzić np. razem z rodzicem prowadzącym wózek, staruszkami albo dziećmi, bo wydaje mi się, że wtedy złość kierowcy skupia się na tych wolniejszych.
W 3 klasie podstawówki, jeszcze za poprzedniego ustroju, socjalistycznego, przyniosłem do szkoły lentilki. Zacząłem częstować kolegów i koleżanki. Któreś z nich powiedziało wychowawczyni.
Wybuchła afera, że rozprowadzam narkotyki w cukierkach.
Podczas studiów wynajmowałam pokój u starszej pani, płaciłam tylko opłaty za prąd, wodę itp. W zamian robiłam tej pani zakupy, bo ona już niezbyt dobrze chodziła. Mąż zmarł, a jej dzieci mieszkały za granicą.
Studia skończyłam, aktualnie pracuję w policji, ale wciąż ten pokój wynajmowałam. Z babcią miałam kontakty prawie że rodzinne, była dla mnie jak babcia, której nie miałam.
Miesiąc temu niestety moja ukochana babcia Krysia zmarła.
Przyjechała cała rodzina i dziwnie się czułam, będąc w tym mieszkaniu, ale musiałam tam niestety być w tamtym czasie, bo szukałam nowego mieszkania.
Nieoczekiwanie syn, który dostał to mieszkanie w spadku, powiedział, że mi je odda - ot tak, za darmo, bo przecież pomagałam jego mamie, a on nie chce mieć problemu ze sprzedażą mieszkania, bo zaraz musi wracać do Australii.
Tak więc jestem właścicielką tego mieszkania i jestem szczęśliwa, że los rzucił mi na drodze taka kobitkę jak "babcia Krysia".
Dziękuję za wszystkie opowieści i za wszystkie ustępstwa.
Jestem strasznie zakochana w swoim wykładowcy. Jestem studentką II roku, mam 21 lat, on około 35. Moje szaleństwo na jego punkcie osiągnęło takie stadium, że przez miesiąc nie umiałam na niczym się skupić, a tym bardziej na nauce. Zamiast się uczyć, wyobrażałam sobie coraz to namiętniejsze sceny z jego udziałem.
Kilka dni temu wpadłam na wspaniały pomysł. Za każdym razem, kiedy muszę się uczyć, wyobrażam sobie, że on tłumaczy mi poszczególne kwestie, a potem przepytuje. Za każdą poprawną odpowiedź zdejmuje jedną część garderoby, a jak te historie w mojej głowie się kończą, każdy może sobie odpowiedzieć ;)
PS Działa, zaliczyłam już w ten sposób dwa kolokwia na 4+.
Ach, te niespełnione pragnienia...
Wyznanie z samego serca Polski, a dokładnie z centrum Warszawy!
Wiecie, jak bardzo kocham te całe miesięcznice smoleńskie? Nienawidzę ich :) I to nie dlatego, że przeszkadza mi sam fakt kultywowania tej katastrofy, choć moim zdaniem to trochę chore, ale to, że co miesiąc te miesięcznice utrudniają poruszanie się po mieście. Jestem studentką UW i akurat traf chciał, że swój wydział mam na kampusie głównym. Mieszkam też całkiem blisko (ok. 10 minut drogi autobusem, a 20-30 pieszo od uczelni). Jak zapewne każdemu warszawiakowi wiadomo, co miesiąc blokowana jest ulica przed Pałacem Prezydenckim i tam sobie obchodzą te swoje "smoleńszczyzny". Na ogół cierpliwie zagryzałam zęby i cieszyłam się, że mimo paraliżu drogowego dojadę w jakieś 20 minut. Jednak to, co stało się w tym miesiącu (czyt. listopad), po prostu było już najzwyczajniej przegięciem.
Godzina ok. 19, wychodzę z biblioteki i zmierzam na Stare Miasto, by spokojnie wsiąść do autobusu i jechać do domu. Co widzę? Karteczkę, że od takiej i takiej godziny autobusy nie będą kursować. No dobrze, myślę sobie, w takim razie idę z buta, przecież daleko nie mam. Jako że Krakowskie Przedmieście jest zablokowane, to od razu udałam się na ulicę obok (czyt. Plac Piłsudskiego. A tam? To samo, co na Krakowskim - WSZĘDZIE BARIERKI I BARK MOŻLIWOŚCI JAKIEGOKOLWIEK PRZEJŚCIA.
Efekt? Jechałam jakimś objazdem zamiast 10 minut to 1,5 godziny, naprawdę szybciej bym doszła, gdyby nie to, że nie dało się nawet przejść ulicami czy uliczkami bocznymi.
Ludzie, ja naprawdę nic nie mam do obchodzenia tych miesięcznic. Róbcie, co chcecie, ale bez przesady. Zagradzanie wszystkiego barierkami, niedawanie możliwości przejścia nawet pieszo, niedopuszczanie nikogo i paraliżowanie całego ruchu drogowego jest moim zdaniem przegięciem. Na chu**, za przeproszeniem, zagradzać 2-3 ulice wraz z chodnikami i ze wszystkim dookoła, nie dając normalnie żyć?!
Błagam, powiedzcie, że nie tylko mnie to irytuje...
Kojarzycie serial Rick i Morty?
Mam kumpla, który zachowuje się dokładnie jak Rick.
Jesteśmy rówieśnikami, mamy po 19 lat i razem wynajmujemy stancję. Kolega zawsze miał zacięcia typowo fizyczne/techniczne/astronomiczne itd. Ale to co się dzieje teraz przechodzi ludzkie pojęcie.
Zacznę od tego, że nie wychodzi poza swój pokój nigdy, nie wliczając w to wyjść na zajęcia albo do kibla (do kuchni nie wychodzi, bo zabrał mikrofalówkę do pokoju i ma co jeść). Jego ''kryjówka'' to istny burdel na kółkach. Części silników, jakieś kable, miliardy monitorów, klawiatur, śrubokrętów, pstryczków, lutownic, światełek i wszystkiego innego, z czego da się skonstruować coś, co może pierdolnąć. Wywalanie korków w całym bloku to norma, sąsiedzi przestali nawet interweniować, bo kumpel zaraz wszystko odkręca.
Chociaż całość tego wszystkiego jest niczym w porównaniu do wczorajszego incydentu.
Wracając z zajęć już od parteru słyszałem okrzyki radości i podekscytowania, wchodząc do mieszkania od razu skierowałem się do niego, żeby zobaczyć, co za epokowe odkrycie się dokonało po tylu tygodniach męki. Był już laser palący drewno na wylot, było parę ładunków wybuchowych odpalanych na czujnik ruchu, prototyp silnika odrzutowego zrobionego z puszki po orzeszkach, panele słoneczne zasilające automatyczną konewkę, ale robota do masturbacji jeszcze w życiu nie widziałem... Bezprzewodowym pilotem z powyciąganymi kabelkami można modulować nacisk ramienia, prędkość suwnicy, temperaturę ''trzymacza'' i częstotliwość wibracji.
Uprzedzam pytania: tak, słychać, jak chodzi, na tyle słychać, że przeszkadza mi w nauce. Nie, nie próbowałem jak działa i nie zamierzam. Ja pierdolę, co mu powiedzieć, to już nie są żarty i to nie jest normalne. Znamy się dosłownie od urodzenia i zawsze go wspieram, bo widzę, jaki jest zajarany nauką, robotami i liczeniem, ale no...
Rozmowa nie działa, "to jego królestwo i może sobie robić dobrze czym chce".
Jestem świeżym kierowcą - prawo jazdy zrobiłam dopiero w maju tego roku, zmuszona przez życie, a raczej troje moich dzieci, które w komunikacji zachowują się jak dzikusy.
Z tej okazji mój mąż kupił mi starego forda focusa, żebym nie bała się go odrapać i obtłuc. Ale do rzeczy.
Jechaliśmy dziś w pełnym składzie dużą warszawską ulicą i nagle - o nie! podczas jazdy zgasł mi cały wyświetlacz. Myślę sobie: co się dzieje??? Samochód jechał dalej. Po chwili zapalił się pulpit. Pomyślałam, że trzeba zjechać na bok. Ale... nie zdążyłam. Samochód zgasł (!) na środku ul. Ostrobramskiej.
Od razu panika... aaaa! Co teraz?! Mąż akurat zapomniał telefonu. Włączyłam awaryjne, próbuję odpalić, a tam nic. Samochody jadą dalej, ja stoję, łzy w oczach - myślę: trzeba go zepchnąć. Tak zaczęłam robić. Jestem raczej drobna, w samochodzie nie działało wspomaganie, trójka dzieci krzyczy z tylnej kanapy. Nagle patrzę, a podbiega trzech panów. Jeden z nich mówi: "Pani wsiada i kieruje, a my panią zepchniemy". Raz, dwa i samochód był na poboczu.
Wiecie, jakie to jest wspaniałe uczucie? Najpierw jesteś zestrachana, a nagle sytuacja znów jest pod kontrolą.
Zaraz pojawił się starszy pan i mówi: "Tu za rogiem jest warsztat! Zaraz pani pokażę!".
Ruszyliśmy z dziećmi, wspierani przez pana, który się śmiał, że zawsze musi być ten pierwszy raz na środku ulicy.
Pan z warsztatu z ul. Fieldorfa poszedł ze mną natychmiast do zepsutego samochodu, nim jeszcze wyjaśniłam zawiłość sytuacji, pomęczył się z przednią klapą, ocenił stan akumulatora i ocenił, że potrzebny elektryk.
Ściągnęłam lawetę, a kiedy na nią czekałam, ludzie co chwila stawali i pytali: "Czy trzeba pomóc?", "Czy wszystko okey?", "Czy czegoś pani potrzebuje?", "Tu jest warsztat obok, może pani pokazać?".
Dzięki takim ludziom jak ci wszyscy, których dziś spotkałam, ten dzień nie był okropny, a pierwsze doświadczenia z zepsutym samochodem zapamiętam przez wsparcie płynące od ludzi - panów pchaczy, pana mechanika, pocieszające mnie panie, starszych panów opowiadających o swoich usterkach.
Może ktoś z Państwa przeczyta to wyznanie. Dziękuję bardzo za okazaną pomoc - zwłaszcza Panom Pchaczom i Panu Mechanikowi!
Dodaj anonimowe wyznanie