Z lat dzieciństwa.
Moja siostra dostała kiedyś w prezencie lalkę, ale nie taką zwykłą, lecz taką, co najpierw pije, a potem po jakimś czasie sika i trzeba zmieniać pieluchy. Było to zrobione na zasadzie zaworków jednoprzepływowych.
W każdym razie ja, pomysłowy 8-latek, nakarmiłem ową lalkę tabletkami musującymi i brązową akwarelą.
No i siostra podczas zabawy nakarmiła, czytajcie napoiła, lalkę.
Nie mija kilka minut, jak moja młodsza siostra biegnie do mamy i krzyczy, że lalka chora, bo ma sraczkę. I rzeczywiście plan wypalił. Lalka pierdziała i wypluwała z tyłka brązową wodę.
Oj, miało się pomysły.
Nie mogę się odkochać w byłym chłopaku.
Staram się żyć, ale gdzieś w głowie cały czas pojawia mi się myśl, że już nie jesteśmy razem. Parę pierwszych miesięcy żyłam nadzieją, że być może on jeszcze będzie mnie chciał.
Zerwał nagle, bez powodu. Nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Boli mnie to, że nawet nie zadał sobie trudu, żeby porozmawiać ze mną o tym, czego mu brakuje w związku. Nie miałam żadnej możliwości naprawy i z dnia na dzień straciłam osobę, która była całym światem.
Zawsze myślałam, że jestem silną osobą i teraz przeraża mnie odkrycie, że od tak dawna cierpię po stracie chłopaka. Pamiętam, że kiedy byłam mała i dopiero wyobrażałam sobie jak to jest być z kimś, bałam się, że będę kochała kogoś, kto nie będzie kochał mnie. Teraz właśnie tak jest.
Chociaż wiem, że podobnie czuje się mnóstwo kobiet i mężczyzn, to i tak czuję taki ból w sercu... Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo wychodzę z założenia, że ludzie chcą pomóc, ale nie są w stanie słuchać cały czas o tym samym problemie. Nie chcę zamęczać sobą tych paru osób, które przy sobie mam.
Myślę o założeniu pamiętnika, żeby móc wyrzucić z siebie ciężar. Czasami układam sobie w głowie dialog mój i byłego chłopaka. Wtedy sama mogę wyjaśnić sobie to, co mogło być wg niego nie tak.
Możecie uznać, że przesadzam i zachowuję się jak nastolatka, ale chyba zabija mnie samo to, że nie dał mi szansy na rozmowę.
Kiedy miałam 15 lat, urodziła się moja młodsza siostra. Na początku byłam przerażona, ponieważ bałam się, że razem z mamą sobie nie poradzimy - ojciec małej zwiał, gdy tylko się dowiedział, że mama "wpadła". Jednak wbrew naszym obawom, na początku wszystko się układało. Mama była na urlopie macierzyńskim, ja dobrze zdałam egzaminy gimnazjalne i dostałam się do dobrego technikum. Pytanie brzmi, gdzie problem?
W końcu moja mama na pewno nie była jedyną samotną matką, która musiała godzić pracę z opieką nad dziećmi. Cóż, problem się zaczął, gdy właśnie mama do pracy wróciła. Cała opieka nad siostrą spadła na mnie; JA zaprowadzałam małą do żłobka, JA odbierałam ją po szkole, JA szykowałam jej śniadania, obiady i kolacje. Moje życie towarzyskie przestało istnieć. Zawsze, gdy chciałam gdzieś wyjść z koleżanką, mama najpierw sprawdzała w grafiku, czy będzie mogła z nią zostać. Zwykle nie mogła, ponieważ kończyła pracę o dwudziestej lub dwudziestej drugiej.
W technikum zyskałam opinię osoby, której nie warto nigdzie zapraszać, ponieważ wiecznie odmawia. Naprawdę chciałam chodzić na spotkania ze znajomymi, koncerty, nawet na głupie dyskoteki szkolne, a na palcach jednej ręki można policzyć, kiedy mi się udało wyrwać z domu. Po moich osiemnastych urodzinach mama potrafiła zrobić mi awanturę, że jak to tak, jak to znalazłam sobie pracę na wakacje, kto będzie opiekował się siostrą po przedszkolu?! Co ja sobie wyobrażam?!
Wtedy nawiązała kontakt z babcią małej ze strony ojca, która zaczęła jej trochę pomagać. Ja się cieszyłam, mała się cieszyła, jednak mamie nie podobało się, że siostra spędza czas z babcią. Do dziś nie wiem, dlaczego tak rzadko pozwala im się widywać. Ze swoją matką moja mama również nie utrzymuje kontaktu, przed laty bardzo się pokłóciły, ale to już historia na inne wyznanie.
Teraz rozpoczęłam studia w sąsiednim mieście i czasami specjalnie mówię, że wrócę później albo że spóźniłam się na pociąg, aby spędzić choć trochę czasu sama albo z chłopakiem. Gdy tylko wracam do domu, spada na mnie opieka nad siostrą. Rozumiem, że muszę mojej mamie pomagać, ale nie powinnam jej wyręczać. Chciałabym się wyprowadzić razem z chłopakiem gdzieś bliżej miasta, w którym studiuję, ale wiem, że czeka mnie okropna awantura za sam pomysł. Jednak nie to w tym wszystkim jest najgorsze.
Przez to, że zajmuję się siostrą, omija mnie wiele rzeczy, a ja automatycznie zaczynam ją o to obwiniać. Czuję, że jeśli taka sytuacja potrwa dłużej, zacznę ją nienawidzić, mimo że naprawdę mi na niej zależy. Co mogę dodać? Mamy nie stać na opiekunkę, nie mamy dosłownie żadnej rodziny, która mogłaby pomóc (oprócz babci ze strony ojca siostry, ale mama nie lubi się z nią kontaktować). Czuję się tym wszystkim przytłoczona; zupełnie jakbym ja urodziła dziecko, a nie ona.
Jestem z moim chłopakiem w tej samej klasie. Dzisiaj mieliśmy wykład o zaburzeniach odżywiania; anoreksja, bulimia. Zagaiłam do mojego chłopaka następująco:
- A co jeśli ja mam anoreksję?
Ten w odpowiedzi złapał mnie za brzuch I powiedział:
- Spokojnie kochanie, tobie to nie grozi.
Jestem pedantką.
Do tego stopnia, że podczas jelitówki w pakiecie z miesiączką i tak sprzątałam, zmywałam i wykonywałam codzienne czynności, bo wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi na odpoczynek.
Ostrzeżenie: jeśli coś jesz - przewiń dalej.
Byłem wtedy w piątej klasie podstawówki. Nie miałem łazienki w domu, to była zima, więc postanowiłem wziąć stary nocnik mojej młodszej siostry i załatwić dwójkę na ganku, a później opróżnić go w kibelku oddalonym całkiem sporo od mojego domu. Była noc, a ja wykalkulowałem, że mniej czasu spędzę na chłodzie i w dodatku w ciemnościach na dworze.
Jestem podczas wykonywania pierwszej fazy wyżej wymienionej czynności, kiedy główne drzwi otwierają się, a w nich stają wujek i ciocia z latarką - chcieli złożyć nieoczekiwaną wizytę. Uciekłem stamtąd z gołym tyłkiem w głąb domu, a oni zostali w małym pomieszczeniu z tym nieszczęsnym nocnikiem z zawartością i zapewne nieciekawą wonią. Usłyszałem tylko: "Sodoma i Gomora!".
Nie weszli do środka.
Rodzice o niczym się nie dowiedzieli, a ja oczyściłem miejsce zbrodni niedługo po całym zajściu.
Minęło już sporo czasu, żyję na znacznie lepszym poziomie, a jednak gdy tylko przypomnę sobie o tym wydarzeniu, jest mi okropnie wstyd.
Posiadam mikropenisa. Ale także jestem szczęśliwym mężem z zaspokojoną żoną. Nigdy nie zrozumiem, jak małą wyobraźnię muszą mieć ludzie, którzy mówią, że rozmiar ma znaczenie.
Jestem psiarzem. Uwielbiam psy, kocham te zimne kichawki, uśmiechnięte paszcze, błysk w oku i radość ze wspólnego czasu. Oczywiście mam też swojego psa. Leży spokojnie na kanapie i zazwyczaj nie odstępuje mnie na krok. Jeszcze rok temu do głowy by mi nie przyszło pisanie tego wpisu. zawzięcie twierdziłam, że pies w domu musi być. Aktualnie zwątpiłam. Dlaczego?
Tu należy zacząć od tego, że mój pies ma już ponad 10 lat. Zaczęły się problemy ze zdrowiem i coraz częściej lądowaliśmy u weterynarzy. Najpierw kręgosłup, potem jelito, uczulenia, zapalenia ucha, problemy z trzustką i jeszcze kilka innych przebojów - nazbierała się spora kartoteka. Większość weterynarzy zbada psa, da leki i odeśle do domu ze wskazaniami. Kiedy tylko przekroczysz próg gabinetu, tak naprawdę z chorobą zostajecie we dwoje - tylko ty i twój ukochany pies. Widzisz, że boli, że jest niedobrze, że pies cierpi, a tak naprawdę nie możesz zrobić nic - tylko postępować według zaleceń weta (który miejmy nadzieję, że jest kompetentny). Kombinujesz, stajesz na rzęsach, gotujesz, podajesz leki i dbasz najlepiej jak tylko potrafisz, a w ciągu kolejnych dni wychodzą nowe rzeczy. Kasa się kończy, ale walczysz dalej - chodzi o życie twojego przyjaciela. Ciągle w pamięci masz te wszystkie wspaniałe chwile, starty w zawodach, długie, letnie spacery, zimowe szaleństwa - tak dużo dobrych wspomnień. W internetach latają zdjęcia grzecznych i zdrowych piesków. Wszędzie szczęście i radość, dlaczego nie u nas? Mały domowy szpitalik i pełnoetatowa opieka nad czworonogiem.
Wiesz dobrze, że ta historia nie skończy się happy endem, że mogą być trudne decyzje, dużo łez i smutek - ale jestem to winna swojemu przyjacielowi. Tak po prostu musi być i nic tego nie zmieni.
Czy chcę to przerabiać jeszcze raz, i kolejny, i jeszcze jeden? Pomimo tego, że kocham te czworonogi, sama nie wiem.
Pamiętam mój pierwszy związek jakby to było wczoraj, lecz minęło już kilka lat dobrych lat. Cały czas wspominam jedną sytuację która mnie śmieszy do tej pory.
Leżąc z dziewczyną na łóżku oglądaliśmy film. Nagle usłyszeliśmy taki hałas jakby coś wybuchło, nie było to takie głośne, ale dało się dobrze usłyszeć. Okazało się, że to była moja mama, która wypuściła głośne gazy. Dziewczyna po chwili zapytała mnie co to było, to odpowiedziałem, że chyba będzie burza. Ona nie zaprzeczyła, nawet troszkę się przejęła.
Szkoda tylko, że to był mroźny dzień stycznia. Po tej sytuacji stwierdziłem, że mam bombową mamę :)
Jestem kobietą, mam 20 parę lat.
Od 11 lat jestem uzależniona od filmów pornograficznych.
Tak, uzależniłam się w czasach, kiedy fartem udało się ściągnąć jaki film zamiast muzyki w programie typu eMule czy BearShare. Wcale nie interesuje mnie fabuła. Lubie włączyć na kilka minut, podniecić się, dać upust i wyłączam, po czym zastanawiam się, jak mogłam oglądać takie obrzydlistwo. W okresie dojrzewania włączałam sobie takie filmiki nawet i 5-7 razy dziennie. Lubię utożsamiać się z kobietą, słyszeć dźwięki rozkoszy, ale też i podnieca mnie sam kobiecy biust. Uwielbiam to i stanowi to dla mnie ogromny problem, ponieważ przez to nie mogłam uprawiać seksu z chłopakiem, z którym byłam w poważniejszym związku. Po prostu mnie to nie podniecało i nie chciałam tego robić, wolałam obejrzeć sobie filmik na sprośnej stronie i się podniecić w ten sposób. Wyobrażać sobie, że to ja jestem bohaterką tego ostrego rżnięcia, natomiast jak przychodziło co do czego, to w realu nie chciałam tego robić. Obecnie jestem singielką i boję się, że przez ten problem nigdy nie będę mogła być w związku. Jestem nienormalna.
Dodaj anonimowe wyznanie