Byłam kiedyś świadkiem dziwnej sytuacji, która wydarzyła się w autobusie. Akurat jechałam na zajęcia, ósma rano i pełno ludzi wokół mnie. Gdy autobus przyjechał, wsiadłam i zajęłam jedno z wolnych miejsc. Jak można się domyśleć, im dalej autobus jechał, tym mniej było wolnych miejsc siedzących, aż w końcu nie było ich w ogóle. I tak na jednym z przystanków wsiadła kobieta mniej więcej w średnim wieku, w zaawansowanej ciąży, i staje niedaleko mnie.
Niewiele myśląc wstałam i mówię do niej, by usiadła. Z uśmiechem na twarzy podziękowała i zajęła owo miejsce. A ja miałam satysfakcję z tego, że w jakimś stopniu zrobiłam dobry uczynek.
Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że ta kobieta udaje. Tak, udaje ciążę! Z racji tego, że była wiosna i już dość ciepło, to nie miała problemu z wyjęciem poduszki spod swojej bluzki. Chwilę się zastanawiałam, czy aby przypadkiem jest to ta sama osoba, ale tak, to była ta sama kobieta. Gdy przyglądałam się jej dłuższy czas, nadal nie mogąc uwierzyć w to co ludzie zrobią, by posadzić swój szanowny tyłek w autobusie, usłyszałam soczyste "I co się kurwa gapisz? Poduszki nie widziałaś?". A na koniec jeszcze wyjęła z torby jakąś kiełbasę i zaczęła się tym zajadać.
Zwątpiłam w ludzi. Żeby wymyślać sobie ciążę żeby tylko usiąść na kilka przystanków w autobusie? To chyba przebija te wszystkie starsze babcie, które stoją nad głowami, sapią i umierają. Spotkał się ktoś z podobną sytuacją?
Czuję, że jestem złym człowiekiem.
Kilka miesięcy temu, brat mojej najbliższej przyjaciółki miał poważny wypadek. Nazwijmy go X. Od tego czasu X leży w szpitalu wojewódzkim, w śpiączce. Był w stanie tragicznym, lekarze kazali przygotowywać się na najgorsze, ale jednak przeżył. A ja?
Za każdym razem kiedy przyjaciółka opowiada mi, co u niego, ja się albo wyłączam, albo zmieniam szybko temat. Nienawidzę o nim rozmawiać i czasami łapię się na myśleniu, czy kiedyś umrze w tym szpitalnym łóżku czy nie.
Otóż prowadził samochód pijany. Zalany w trzy dupy X wiózł siebie i jakiegoś kolegę, również pijanego. Dodatkowo obydwaj nie mieli prawa jazdy, samochód podwędzili rodzicom kolegi. Ten jego przyjaciel, całe szczęście, ma się dobrze. Jednak za nic nie potrafię okazać współczucia X, bo nigdy nie zrozumiem i nie zaakceptuję tego, że wsiadł za kierownicę bez uprawnień i pijany. Przez niego mogły umrzeć niewinne osoby, mnóstwo niewinnych osób. Przez taką osobę zginęła moja chrzestna.
Wśród naszych znajomych X jest męczennikiem. Jest nawet zbiórka dla niego. Ja jednak wolę przekazać swój 1% podatku dla jakiegoś schroniska, nie dla zasranego, mentalnego gówniarza, który w wieku 17 lat upija się i powoduje wypadki.
Od tego czasu, mimo że go nie widziałam po wypadku, to znienawidziłam go, chociaż wcześniej był miłym chłopcem.
Pracuję w pubie. Kiedy jest już bardzo późno (lub wcześnie, jak kto woli), a ostatni pijani goście za nic nie dają się wyprosić, puszczam najbardziej wieśniacką muzykę, jaką tylko uda mi się znaleźć.
W 90% przypadków już po kilku utworach wychodzą z zażenowaną miną.
Cześć, mam 29 lat i jestem otyła. Jednak zanim stwierdzicie "to przestań tyle żreć i rusz tyłek z kanapy", dajcie mi wytłumaczyć parę rzeczy.
Już w przedszkolu byłam większa od innych dzieci, taka słodka kuleczka z pucołowatymi policzkami. W podstawówce powoli zaczęły się docinki i "przypadkowe" popychania/podkładanie nóg. Nikt nie odważył się konkretnie ze mną zacząć, bo byłam duża, a duży znaczy dużo siły i szybki nokaut. Gimnazjum było dla mnie horrorem. W wypadku samochodowym bardzo ucierpiały moje kolana i jedno musiałam mieć wymienione na sztuczne, drugie jakoś odratowali.
Nagminne było zabieranie mi kul, czy na początku przebijanie opon w wózku inwalidzkim. Liceum było lepsze, ale i tak do końca nie znalazłam ani jednej przyjaciółki czy przyjaciela. Na studia wyjechałam do innego miasta i tam dopiero zyskałam przyjaciół. Pewnie się zastanawiacie, po co to piszę, skoro historia miała być o czym innym. Odkąd pamiętam, zawsze się odchudzałam. Nie lubię fast foodów, zero słodkiego, bo mam uczulenie na kakao i laktozę.
Rodzice na początku nic nie robili, bo wyrosnę, jak będę dojrzewać. Pierwsze wizyty w poradniach dietetycznych zaczęły się, jak miałam 15 lat. Przez 10 lat wypróbowałam metody 16 różnych poradni i nic, waga zamiast się zmniejszać, to rosła. Teraz pewnie myślicie, dobra, dobra, ale trzeba też ruszyć dupę... Nigdy nie byłam spokojnym i siedzącym w domu człowiekiem, wręcz ciężko mnie było oderwać od piłki lub roweru. Przy wzroście prawie 170 cm w wieku 25 lat osiągnęłam wagę krytyczną 120 kg. Postanowiłam się przebadać.
Nie dość, że tarczyca, czy też resztki, które z niej zostały już chyba zipie na oparach, to jeszcze totalnie popieprzone hormony. Endokrynolog powiedział, że nawet na tabletkach i diecie konkretnie dla mojej choroby nie ma szansy na schudnięcie. Częściowo się z tym pogodziłam (tak, wiem, pewnie tłumaczę tłuszcz chorobą, bo jestem za leniwa). Nie jestem kulą toczącą się z fotela do lodówki i z powrotem, kocham sport i aktywność. Gdy ludzie pytają, gdzie następna impreza, moi znajomi pytają, gdzie robimy następną wycieczkę rowerową. Szpagat, dotknięcie rękami ziemi, deska? Bez problemu. Brzusio w niektórych rzeczach przeszkadza, ale nie odpuszczam.
Boli mnie, kiedy słyszę komentarze typu "wracaj wielorybie do morza" lub "miejsce krowy jest na pastwisku". Zazdroszczę innym dziewczynom fajnych ubrań, bo wiem, że nie robią ich w rozmiarze pokrowca na pralki i nie mam szans ich kupić. Jednocześnie kocham wyraz twarzy osób, które widzą, jak taki grubas pokonuje ich kondycją.
Muszę się wygadać. Zwyczajnie zalewa mnie krew przez moją siostrę.
Kobieta, która przez cały okres ciąży paliła papierosy (bo odstawienie bardziej szkodzi niż palenie...), co weekend piła alkohol ("wino i piwo nie szkodzą dziecku") i w ogóle nie dbała o to, co je, zarzuca mi, że jestem złą matką, ponieważ szczepię dziecko i narażam je przez moje "widzimisię" na choroby.
Historia, którą przeżyłem 3 dni temu.
Mieszkam sam. Moja przyjaciółka umówiła się ze znajomymi z mojego miasta na wyjście na koncert i zapytała, czy może u mnie spać. Zgodziłem się, dałem jej klucze zapasowe do mieszkania. Sam też wyszedłem na miasto.
Wróciłem pijany. W łazience zawiało mnie i uderzyłem ręką o lustro. Lustro rozsypane, ręka cała we krwi, a co robię ja? Kładę się do łóżka.
Nagle słyszę krzyk.
Otwieram oczy, podnoszę głowę z poduszki w tempie bolidu F1. W drzwiach moja przyjaciółka, blada i przerażona.
Wyobraźcie sobie jej perspektywę: wchodzi do pokoju, a tam leżę ja z zakrwawionymi rękami i łóżkiem, a obok łóżka leży nóż, którym wcześniej wieczorem odcinałem metki od nowej koszuli.
W piątek wieczorem wróciłem z pracy. Miałem za sobą naprawdę ciężki tydzień, pełno nerwów i kłótni, w głowie tylko myśl, żeby jakoś się odstresować i odpocząć. Pomyślałem o sposobie mojej dziewczyny - gorąca kąpiel i kieliszek wina. Uznałem jednak, że wino to za mały kaliber na moje nerwy i poszedłem do wanny z butelką nalewki na spirytusie.
Krótka mówiąc, naj*ałem się jak meserszmit. Zachciało mi się potańczyć, potem zrobić sobie spaghetti, wreszcie omówić bardzo ważne, życiowe dylematy z kumplami. Oczywiście nie pomyślałem o takich drobiazgach, jak np. wysuszenie się.
Obudziwszy się rano, zorientowałem się, że zalałem pół mieszkania i uwaliłem sosem pomidorowym całą kuchnię. Do tego paru ziomków dzwoniło z pytaniem jak tam głowa, bo dzwoniłem nawalony o 2 nad ranem i pytałem, czy śpią.
No nie powiem, zrelaksowałem się.
Byłam dziwnym dzieckiem. Pomimo że towarzyskim, w miarę rozgarniętym i z normalnego domu, to jednak pół-dzikim samotnikiem. Wychowałam się w malutkiej wiosce na południu Polski. Za domami naszych i sąsiadów był stary sad, a w nim resztki zabudowań przodków moich sąsiadów. Jako mały Włóczykij, uwielbiałam zwiedzać okoliczne paryje, wądoły i uroczyska - oczywiście samotnie. Zbierałam przy tym różne kwiaty i zioła - niektóre znałam i wiedziałam, że działają leczniczo (babcia i mama przyrządzały wiele ziołowych specyfików), natomiast te, których nazwy i zastosowania były mi obce - obdarzałam wdzięczną nazwa i wymyślałam dobroczynne działanie.
Któregoś letniego dnia, wracając z okolicznych ugorów, przechodziłam przez wspomniany sad. Uchylone do polowy drzwi przygarbionego budynku wyglądały nad wyraz kusząco. Pomyślałam, że z pewnością wewnątrz będzie przyjemny chłód, i pomimo że od mojego domu dzieliło mnie zaledwie kilka minut drogi, zajrzałam do środka.
Tak jak ostatnio, kiedy tam byłam, w głównej izbie leżały poskładane belki i deski ze starego chlewiku. Na ich wierzchu dostojnie siedział wpatrując się we mnie - wilk.
Do dziś, pomimo, że minęło ponad 20 lat, pamiętam to elektryzujące uczucie: z jednej strony strach, a z drugiej fascynacja i pewność, że drapieżnik nie zrobi mi krzywdy. Patrzył na mnie spokojnie, a jęzor zwisał mu z otwartego pyska. Był zdecydowanie większy niż lisy, które widywało się u nas często. Nie był to żaden z okolicznych psów, które - jako etatowa powsinoga - znałam w promieniu kilku kilometrów.
Powoli się wycofałam i oglądając za siebie, nieco oszołomiona udałam się do domu. Nikomu nic nie powiedziałam. Uważnie słuchałam lokalnych doniesień, oczekując czegoś o pojawieniu się wilka w okolicy, ale nic takiego nie nastąpiło. Wiedziałam, że nikt by mi nie uwierzył, a tylko bardziej by mi dogryzano - już wcześnie zdarzało się, że nazywano mnie małą, nawiedzoną wiedźmą, która szuka nie wiadomo czego po lasach i starych, wojennych cmentarzach. Jako wiejskie dziecko nie bałam się nigdy zwierząt, ani hodowlanych, ani dzikich. Będąc parolatką, zabierałam z pastwiska sąsiada kobyłę, coby jeździć na oklep po okolicznych polach. Na widok zaskrońca - łapałam go poniżej głowy i wyrzucałam jak najdalej od kurzych gniazd. Znosiłam na podwórko potrącone jeże, sarny i ptaki, które powypadały z gniazd. Podglądałam rysie i bobry. Bardzo szczęśliwe i piękne miałam dzieciństwo!
Dorosłam. Wykształciłam się, skończyłam studia, mieszkałam w mieście, z którego uciekłam. Do dziś jestem włóczykijem, jeżdżę po świecie, wydeptuję nowe ścieżki, poznaję egzotyczne rośliny i zwierzęta. Znikam na cale tygodnie w górach lub lasach z namiotem lub tarpem. Tam czuję się spokojniej i bezpieczniej niż wśród ludzi...
Podczas ostatniej wizyty w rodzinnym domu, tato opowiadał historię mojego pradziadka - który wybudował dom dla żony i dzieci, ale sam znikał do lasu na długie tygodnie. Podobno przyjaźnił się z niedźwiedziem...
Jestem studentką pierwszego roku. Na studiach poznałam wielu fajnych, ciekawych ludzi, ale jeden chłopak wyróżniał się całkowicie.
Przystojny, elegancki, elokwentny, w dodatku bardzo tajemniczy, zdystansowany, ale pewny siebie. Jest raczej małomówny, a podoba się wielu dziewczynom, więc je konsekwentnie zbywa. Nie był na żadnej studenckiej integracji. Rzadko bywa na wykładach (wygląda na zapracowanego), ale jeśli już jest, to zawsze ma notatki. Po wykładzie pierwszy w pośpiechu wychodzi z sali. Kilka razy dosłownie za nim biegłam, żeby zobaczyć gdzie idzie, co robi po zajęciach, ale on tylko wsiadał w swoje auto i odjeżdżał.
Kilka razy udało mi się z nim porozmawiać i te rozmowy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to świetny chłopak.
Na jego instastory zauważyłam, że co weekend późnym wieczorem lub nocą jeździ po mieście i słucha muzyki. Ma swoją stałą trasę. Kamera z telefonu jest ustawiona na drogę, więc dość łatwo zlokalizować, gdzie obecnie się znajduje.
I teraz najlepsze:
Uznacie mnie za wariatkę, ale ostatnio gdy zobaczyłam, że właśnie jeździ po mieście, to wyszłam z domu, pojechałam autobusem na spokojną ulicę, którą z reguły jeździ, stanęłam przy przejściu dla pieszych. Czekałam tam jakieś pół godziny, jego auto ma dość charakterystyczne światła i dźwięk, więc gdy tylko zbliżał się samochód, którym mógł jechać on, ja wchodziłam na pasy, rzucając okiem na kierowcę i nr tablicy.
Za piątym razem się udało, to był on! Pomachałam mu, a on odsunął szybę i zapytał, czy mnie gdzieś podrzucić. Od tamtego momentu się spotykamy.
Taka tam historia o determinacji. Ostatnio powiedziałam mu, co zrobiłam, a on śmiał się do łez jakieś 10 minut.
Nie pochodzę z Polski, mieszkam tu dopiero od roku, ale języka uczę się od małego, stąd chyba posługuję się nim nie najgorzej. Moja mama była Polką i uczyła mnie języka i obyczajów, które tu panują (Dzień Niepodległości, 3 Maja itp.), ale nigdy nie opowiadała mi o chrześcijańskiej religii. Urodziłem się w kraju, gdzie jest inna religia i o chrześcijaństwie wiedziałem tylko tyle, że wierzycie w kościół, Jezusa i zakładacie choinkę na wasze święta. No i papież jest oczywiście.
Nie wiedziałem też o kolędzie, czyli chodzeniu księży po domach. Z racji, że mieszkam na obrzeżach małej wsi, w której główne skrzypce odgrywa właśnie religia chrześcijańska, przyszła do mnie kolęda. Nie wiedziałem, że będzie chodzić, nie widziałem w ogóle co to jest - kościół jest w samym centrum wsi, ja jestem raczej odludkiem, nie przyjaźnię się z nikim, więc nikt mnie nie powiadomił, a sam nie miałem jak zgłosić, że nie chcę wizyty księdza.
Było to rok temu, okolice stycznia, południe. Przebywałem akurat w domu, miałem wolne, kiedy usłyszałem, jak ktoś wchodzi moją furtką (uda się ją normalnie otworzyć, nie jest zamykana na mechanizmy, z tym że każdy gość zawsze najpierw dzwoni domofonem zanim wejdzie). Przestraszyłem się, bo wydawało mi się to dziwne oraz podejrzane, dlatego postanowiłem zachować ostrożność i cicho podejść do drzwi (taka moja natura, nie jestem przyzwyczajony jeszcze do Polski całkowicie, więc wolę uważać), kiedy od drzwi rozległo się naprawdę głośne pukanie. To już w ogóle przyprawiło mnie o zawał, ale postanowiłem być odważny i zerknąłem przez to małe okienko w drzwiach.
Przed nimi stali trzej wysocy mężczyźni - jeden był cały ubrany na czarno, w ręce miał teczkę, pozostali dwaj mieli białe suknie, wyglądali dla mnie dziwnie, więc postanowiłem nie otwierać. Ale się nie poddali. Zaczęli okrążać mój dom, pukali do okien i coś krzyczeli, ale dla mnie to było za wiele - zadzwoniłem cicho na policję podając, że podejrzani ludzie się do mnie dobijają, opisałem ich wygląd, zachowanie, ale funkcjonariusze chyba nie wiedzieli, że mówię o księdzu i jego ministrantach (teraz już wiem kto to).
Policja przyjechała całkiem szybko i zastali zdezorientowanych duchownych, razem ze zdezorientowanym mną na czele. Chyba nie wiedzieli do końca, jak się zachować - czy zaliczyć to do wtargnięcia na czyjś teren, czy zostawić ich w spokoju. Ostatecznie, stwierdzając chyba po mojej urodzie, że nie wiem o tym zwyczaju, wytłumaczyli mi, że na początku roku ksiądz chodzi z ministrantami święcić domy.
Po tym wybryku zdobyłem kilku nowych znajomych, bo ludzie się dowiedzieli, że w ogóle tu mieszkam, bo ksiądz zdenerwowany tą sytuacją opowiadał to rdzennym mieszkańcom, ale młodzi byli bardziej wyluzowani i postanowili mnie poznać :) Mam tylko nadzieję, że w tym roku jednak ta kolęda mnie ominie.
Dodaj anonimowe wyznanie