#0ii7P

Moje dzieciństwo skończyło się, gdy miałam 5 lat. Właśnie wtedy urodziła się moja młodsza siostra, a rodzice uznali, że skoro umiem sama zrobić kanapkę, to będę świetną opiekunką.

Kiedy mała skończyła 2 lata, a ja poszłam do szkoły, rodzice wracali do domu najpóźniej jak się dało, a za każdą jej łzę, choćby z byle powodu, dostawałam ja. Pełne sprawozdanie zdawała babcia, która również hołdowała idei "zajmowania się starszego młodszym".

Czas mijał, a z młodej robił się coraz większy potwór. Wolno jej było wszystko, nie było absolutnie niczego, czego by jej zabroniono. Kiedy poszła do szkoły, odpowiedzialność za jej edukację oczywiście zrzucono na moją głowę. Kiedy dostawała złe stopnie - a było to bardzo często, bo nie wolno mi było jej zmusić, bo przecież będzie płakała - oczywiście obrywałam ja. Rodzice zarabiali bardzo dobrze, mieli świetną opinię i kiedy raz jeden poszłam do pedagoga, zostałam doszczętnie wyśmiana.

Miarka się przebrała, kiedy ukradła mi oszczędności, a rodzice nie zrobili nic, bo jej pewnie były na coś potrzebne i mam nie przesadzać. Wtedy postanowiłam, że wyprowadzę się, kiedy tylko będę mogła. Pracowałam gdzie tylko się dało, wakacje, weekendy.
Pieniądze dawałam mamie zaufanej przyjaciółki, której się raz wyżaliłam i założyła dla mnie dodatkowe konto w banku (na siebie) i tam wpłacała wszystko, co jej dałam.

Po maturze spakowałam torbę i pojechałam na rok do Holandii. Za zaoszczędzone tam pieniądze wynajęłam mieszkanie i znalazłam pracę. Odcięłam się od rodziny.

Co w tym czasie zrobiła moja siostra? Cóż, po tym, jak urodziła mając 17 lat, a ja nie chciałam mieć z nią nic wspólnego, zostałam przez rodzinę całkowicie wydziedziczona. Młodej kupili mieszkanie i utrzymywali ją i jej chłopaka.

Dlaczego piszę to wyznanie?
Dziś odezwali się rodzice. Nie, nie żeby zapytać co u mnie.
Młodej znudziła się rola matki i myślą z ojcem dziecka o oddaniu go do adopcji (roczny syn). Zadzwonili do mnie, czy może ja bym wzięła, aż siostra zmądrzeje, bo oni już za starzy na dzieci.

Może jestem złym człowiekiem, ale nic a nic mnie cała ta sytuacja nie obchodzi.

#AFASI

Od małego uwielbiam liczby. Kocham się w cyfrach. To jest choroba psychiczna - stwierdzono u mnie nerwicę natręctw. Robię dużo dziwnych rzeczy, które utrudniają mi życie, ale akurat wszystko, co związane z liczbami, sprawia mi przyjemność. Liczę swoje kroki od domu do pracy, przypisuję numery wszystkim przedmiotom w domu (kubek nie jest kubkiem, kubek jest liczbą trzydzieści trzy), zbieram zegary (ale tylko jeśli wypisano na nich wszystkie cyfry!). No i jestem dobra z matematyki. Bardzo dobra. Zawsze wygrywałam jakieś olimpiady, konkursy i tak dalej. Po liceum, oczywiście, wybrałam studia ściśle związane z matematyką - kierunek, po którym przeważnie można dostać bardzo dobrze płatną pracę.

W czasie studiów postanowiłam trochę dorobić. I wtedy znalazłam idealną pracę - sklep spożywczy. Świat stworzony dla mnie. Każdy produkt miał swój numerek, każda bułka miała swoją liczbę, żadnych dziwnych literek (jak na zajęciach z matematyki), tylko piękny świat liczb. Czułam się tam jak w domu.

Po studiach jednak wypadało mi zmienić pracę na taką bardziej "w zawodzie". Nie było ciężko, bo zawsze przykładałam się do nauki i mój dyplom wyglądał wzorowo. Przyjęli mnie w korporacji, posadzili za biurkiem i kazali klepać. Płacili dobrze - kupiłam sobie ciuszki w modnych sklepach, nazbierałam na mały samochodzik (ochrzczony numerem 117) i jakoś leciało.

Ale po roku pracy stwierdziłam, że nie czuję się szczęśliwa. Nadszedł czas zmian. Postanowiłam, że spełnię swoje najskrytsze marzenia i... złożę CV do HIPERMARKETU. Ogromnego, wspaniałego hipermarketu. Na kasjerkę, oczywiście. Wierzcie lub nie, ale przed pierwszym dniem pracy czułam się jak na dragach, przespałam całą noc i ani razu nie wstałam, żeby zobaczyć, czy zgasiłam światło w łazience (to duży wyczyn, biorąc pod uwagę moją psychikę).

No i tak podsumowując ... Ludzie śmieją się, że "po humanie tylko kasa, he, he", a tutaj siedzę ja, ścisłowiec, inżynier z dyplomem na pięć. Ludzie myślą, że coś mi w życiu poszło nie tak albo że oszukiwałam w czasie studiów. Kody produktów znam wyśmienicie, prawie nigdy się nie mylę i jestem niesamowicie, niesamowicie zadowolona. Dostałam nawet awans. Nie zarabiam połowy z tego, co w poprzedniej firmie, ale co tam... Na razie się cieszę, że czuję się po prostu dobrze z tym, co robię. Ludzie uważają mnie za nieudacznika - po takich sukcesach w edukacji siedzieć na kasie - ale ja jestem po prostu zdrowo pierdzielnięta. Ale przynajmniej szczęśliwa :)

#JpTpH

Uwielbiam wchodzić na portale typu omegle, kiedy mam dużo wolnego czasu. Lubię pokazywać się tam nago i się masturbować. Najwięcej tam jest napalonych mężczyzn, jednak mi to nie przeszkadza. Najbardziej lubię bawić się przed nimi analnie i widzieć, że chcą więcej i im się to podoba, a kiedy widzę u nich wytrysk, czuję się spełniony.

Jestem hetero, ale robię to przed facetami głównie dlatego, że dziewczyn tam nie ma, lub jeśli jakaś się trafi (bardzo rzadko) to nie ma szans, że zostanie na dłużej niż 5 sekund. Źle się z tym czuję, ale podniecenie wygrywa za każdym razem.

#MeOBj

Ogólnie nie przepadam za maniakalnym porządkiem w domu czy w moim otoczeniu, ale nie jestem w stanie przyjeść obojętnie obok sterty ciuchów w sklepie. Od razu odczuwam ogromną potrzebę poskładaniach ich.

Potrafię nawet pójść do pierwszej lepszej sieciówki tylko po to, żeby udać się do przebieralni - w miejscu gdzie oddaje się ciuchy, którymi nie jesteśmy zainteresowanymi, tylko po to by się wyszaleć i poskładać te wszystkie ubrania.

#nA1NE

Przed chwilą przeczytałam wyznanie o dziewczynie, która na spowiedzi przed I Komunią, wypowiadała się z cudzołóstwa, bo źle to zrozumiała. Ja wyspowiadałam się, że miałam cudzych bogów przed naszym Bogiem, bo myślałam, że chodzi o to, że nie wolno znać bogów z żadnych innych religii...

#h3c2n

Moja babcia uważa, że kobieta nie powinna się złościć ma faceta, jeśli ten ogląda pornografię. A często do zdrady dochodzi dlatego, że mężczyzna ciągle słyszy o bólach głowy i innych dolegliwościach. Jej złota myśl: "jak ktoś wie, że nie czeka na niego dobry obiad w domu, to albo ugotuje sam, albo zje na mieście".

#B28qw

Mam 20 lat, studiuję, pracuję. Z zewnątrz niczym idealne życie. Rodzice najkochańsi na świecie, zawsze pomocni, nie ograniczają moich możliwości. Znajomi? Mnóstwo dalszych, kilkanaście bliższych, z którymi tworzę paczkę. Żyjemy bez zgrzytów, bez kłótni. Wspólne wyjazdy, wakacje, uśmiechnięta ZAWSZE. Takie pozory, taką fortecę wokół siebie udało mi się zbudować przez te wszystkie lata. W środku nieco gorzej.

Znacie to uczucie kiedy studiujesz, bo mówili, że przyszłość, że pieniądze, Twoje kalkulacje oparły się na tym, że wolisz ścisłe przedmioty, a nie humanistyczne, a na dodatek w rodzinie mamy już informatyka i bardzo dobrze sobie radzi. I tak proszę bardzo, studia zostały wybrane. Dziś tata przyszedł do mojego pokoju, zobaczył, że walczę z odrobieniem jednej z tych gorszych prac domowych, spytał czy wszystko jasne i zanim odpowiedziałam, usłyszałam "E tam, lubisz to, to z pewnością sobie poradzisz".

W głowie pojawiły się różne myśli, po co mi te studia, może nie warto. Po dłuższych zastanowieniach stwierdziłam, że wcale nie lubię tych studiów, nie lubię tego czego się uczę, nie lubię tego z czym wiążę swoją przyszłość. NIE LUBIĘ. No dobra, w takim razie poszukajmy czegoś innego, przecież zmiana studiów to nie koniec świata, może jest coś innego co chciałabym robić... Jak się okazuje, ja niczego nie lubię, nic mnie nie interesuje na tyle, żeby uczyć się tego i wiązać z tym przyszłość. Nie mieści mi się to w głowie, że żyję tak pozytywnie, a nawet nie mam zwykłego hobby. Jeśli znajomi by odeszli (nie wiadomo jak będzie po studiach), wyprowadzę się to zostanę sama, nawet bez hobby.
Może nie anonimowe wyznanie, ale moje wyznanie na pewno.
Dodaj anonimowe wyznanie