#b3GSe

Gdy dzwoni do mnie mój mąż, to jako dzwonek mam: Kocham cię, kochanie moje. Czasem, gdy ta piosenka leci w radiu, mój pies przybiega i wzrokiem daje mi do zrozumienia, że powinnam odebrać telefon. Wyłączam wtedy radio i udaję, że rozmawiam przez telefon z mężem, żeby psiak nie musiał się zastanawiać, dlaczego tego nie robię ;)

#I4Xgi

Ostatnio jadę sobie i zatrzymuje mnie policja. Okazanie identyfikatora - patrzę na rangę, no kurcze, komendant, i potem rutynowa kontrola, no ale za jakąś tam pierdołę mandat 200 zł.

Policjant zaczyna wypisywać kwit. Co dziwne, był tylko jeden funkcjonariusz, choć zawsze myślałem, że jeżdżą po dwóch. No więc chłop stoi i na masce wypisuje, a ja patrzę mu przez ramię oparty o auto. I on zamiast wpisać moje dane, napisał swoje, czyli... wypisał mandat na siebie, zamiast na mnie. Pytam go, czy on to dobrze robi, bo nie mam zamiaru potem latać i wyjaśniać, że źle wpisał. Ten się patrzy na ta kartkę i w końcu mówi - ''no tak, przecież dobrze jest'' , po czym pisze dalej. Po chwili chowa kartkę do kieszeni. Ja znowu: ''ale przecież ta kartka to chyba dla mnie?'', na to szanowany pan funkcjonariusz "a tam, niech pan już jedzie, to tylko pouczenie, nie będzie mandatu'', po czym wsiada do radiowozu... na miejscu pasażera. Szybko orientuje się, że nie ma kierownicy i przesiada się z głośnym biadoleniem ''No jasna choroba by to wzięła, wszyscy tylko urlopy i chorobowe, a ja muszę po mieście jeździć, za stary jestem na takie rzeczy, jak wrócą, to sobie sami będą jeździć i mandaty wypisywać''. Po czym uświadamia sobie, że ja nadal stoję obok mojego auta i z grymasem wsiada i odjeżdża.

Trochę mnie zatkało :D

#YsGIo

Miałam może z 25 lat, gdy miałam szczęście wkopać się w osobliwą sytuację. Szukałam pracy, jakiejkolwiek. Warunek jeden: chcę mieć co miesiąc prawdziwą wypłatę. W miasteczku, w którym do niedawna kròlowały kopalnie, nie było o taką pracę łatwo. Początek lat dziewięćdziesiątych także nie sprzyjał zatrudnieniu. Ale do rzeczy.

Praca z ogłoszenia w gazecie - przedstawiciel handlowy. Nic specjalnego, ale rachunki płacić trzeba. Spotkanie umówione w kawiarni w niedalekim miasteczku uzdrowiskowym. W wyznaczony dzień odpaliłam swoją maszynę i pojechałam na spotkanie. Tak, wszystko fajnie, tylko miejsc na parkowanie jak na lekarstwo. Wreszcie udało się, ale już widzę, że się spóźnię. Żeby nadrobić nieco opóźnienie, tuptałam tak szybko, jak to było możliwe. Przed kawiarnią mały tłumek, przed wejściem stał bramkarz. I teraz wymiana zdań: "Pani do kogo?", ja: "Na spotkanie oczywiście". Weszłam, kazano mi usiąść, kelner przyniósł kawę i talerzyk. Współbiesiadnicy zaczęli żartować, że sprytnie ominęłam część oficjalną, mi jednak do śmiechu nie było i wciąż wzrokiem szukałam kogoś, komu mogę wytłumaczyć moje spòźnienie. Zachęcana przez innych, zaczęłam jeść i rozmawiać z nimi.

Minęła może godzina, gdy nagle od jednego z biesiadnikòw padło kluczowe pytanie: "A  pani doktor z jakiego oddziału?". Okazało się, że to było spotkanie lekarzy z jednego ze szpitali... Nigdy nie czułam się tak potwornie głupio jak wtedy, gdy tłumaczyłam obecnym kim jestem i co robię w tej restauracji...

PS Zebrani śmiali się jak fretki; ja pracę dostałam dwa tygodnie później.

#vI1Tc

Słowem wstępu: mam młodszą siostrę w wieku gimnazjalnym. Na początku roku szkolnego jej polonista poinformował klasę, że do oceny końcowej - oprócz sprawdzianów, których pewnie trochę się pojawi w ciągu roku - będą się im liczyć oceny z prac pisemnych, których muszą napisać 10 w ciągu roku (po jednej na miesiąc). Dał każdemu z uczniów listę tematów i powiedział, że mogą wybrać dziesięć dowolnych i gdzieś tak w połowie każdego miesiąca przynieść mu wybrane wypracowanie/charakterystykę/itp., aby mógł sprawdzić. Tematów jest około 500, tak więc naprawdę jest w czym wybierać.

Ostatnio siostra chwaliła się babci tymi pracami, więc i ja postanowiłem zerknąć, co też ona tam nagryzmoliła. Pierwsze trzy prace wydały mi się bardzo nudne (choć za żadną z nich nie dostała mniej niż 4), za to czwarty temat przykuł moją uwagę już samym tytułem ("Karykatura współczesnego społeczeństwa - opisz w formie opowiadania", czy jakoś podobnie).

Siostra napisała dłuuuugie opowiadanie, którego głównymi bohaterami byli:
1) stara dewotka, której głównym zajęciem jest narzekanie na niewychowaną młodzież, nadawanie na ludzi żyjących ze sobą bez ślubu i ostentacyjne obnoszenie się z fałszywą religijnością (siostra nazwała ją "Grażyna P.")
2) wojująca ateistka, która pod każdym artykułem w internecie (nawet tym dotyczącym uprawy kapusty) zamieszcza wpisy w stylu "Boga nie ma" czy "Życie po śmierci nie istnieje" albo specjalnie chodzi pod miejsca kultu, aby wyśmiewać się z ludzi idących na nabożeństwo ("Poroniec")
3) feministka, która każdego dnia wychodzi na ulicę, aby krzyczeć coś o seksie, patriarchacie, tolerancji, seksizmie, molestowaniu, prawach kobiet (przy czym robi to w tak nachalny i wkurzający sposób, że przywodzi na myśl "brzydką nieszczęśliwą babę, która wmawia innym kobietom, że również są nieszczęśliwe") oraz wszędzie gdzie się pojawia zbiera podpisy pod ustawą legalizującą aborcję ("Ineedjesus")
4) mizogin po przejściach, który kupuje romansidła tylko po to, aby je spalić, kobiety to najchętniej wyrugowałby z przestrzeni publicznej, a poza tym szczuje psami wyżej wymienioną feministkę, ilekroć pojawi się pod jego domem ("Vstorm")
5) emerytowany milicjant, który we wszystkim złym, co jego i innych spotyka (nawet w tym, że pośliznął się na mokrej posadzce we WŁASNEJ łazience i złamał nos), dopatruje się winy PiS-u (jak na ironię jest to człowiek o nazwisku "Kaczor")
6) tajemniczy mężczyzna, którego nikt nie zna, a który pojawia się znikąd co chwila, aby rzucić jakiś obleśny (ale śmieszny) żart z kategorii czarny humor (na pytanie, kim jest, zawsze odpowiada: "36873")

Co prawda kojarzę tylko część z wyżej wymienionych osób, więc nie wiem, czy siostra trafnie przyporządkowała karykaturę do postaci, ale muszę wam powiedzieć jedno - dzięki Wam, drodzy anonimowi, siostra dostała 6.

#Ewlmj

Mieliście może kiedyś tak, że nie możecie pochwalić się tym, z czego jesteście bardzo dumni? Wyjawienie pewnych szczegółów z mojej przeszłości, choć nigdy nie zrobiłem nikomu krzywdy, oznaczałoby wylot z pracy i przekreślenie mnie wśród dużej części rodziny i znajomych. Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że oto ja wygrałem walkę z najtrudniejszym przeciwnikiem jakiego miałem, z przeciwnikiem, który wiedział o mnie wszystko, znał moje lęki, pragnienia, słabe strony – z samym sobą. Niestety nie chcę tego zrobić, ponieważ oznaczałoby to budowanie – po raz kolejny – swojego życia praktycznie od nowa. Pochwalę się więc Wam.

Dwa lata temu podjąłem, po raz kolejny zresztą, najlepszą decyzję w swoim życiu: rzucam ćpanie. Po miesiącu, z którego w zasadzie nic nie pamiętam, przyszedł moment zastanowienia i odważna decyzja: spuścić w kiblu zapas ćpania na 3 miesiące, zostawiając sobie ilość niezbędną na detoks. Bezsenność, a po zamknięciu oczu obrazy, których żaden człowiek nie powinien oglądać. Serce, które chce wyskoczyć z klaty, lęki, trzęsące się ręce i podskakiwanie jak surykatka na każdy najmniejszy hałas. Później depresja i uczucie wielkiej pustki. Koniec końców udało się, dałem radę. Bez szpitala, psychiatrów, ośrodków, bez żadnego wsparcia z zewnątrz. Mijają dwa lata, jak jestem czysty. Wiem to ja, i Wy :D

Oczywiście nie jest idealnie, ale to temat na osobną historię.
Dodaj anonimowe wyznanie