W Wielki Piątek panuje ścisły post, według wiary chrześcijańskiej. Ja jestem niewierząca, o czym wszyscy w rodzinie doskonale wiedzą. Toteż nie miałam oporu przed zjedzeniem pysznej kanapki, która zawierała szynkę. Mimo to moja siostra zgotowała mi aferę, bo przecież nie można! A skoro jestem taka niewierząca, to mam nie przychodzić w niedzielę na śniadanie. Stwierdziłam, że dobrze, mi to nie robi różnicy, bo i tak chciałam nie przychodzić, bo rodzina zrzuca na mnie winy za całe zło tego świata i nie mam ochoty po raz kolejny wysłuchiwać ich obelg. Dzięki siostrze mogę legalnie spędzić świata w swoim pokoju, odizolowana od nienawidzącej mnie rodziny. Mama była przy tym, jak dostałam zakaz i nawet powiedziała babci, że nie przyjdę, jej to też różnicy nie zrobiło.
Ale to nie jest wcale najgorsze.
Sobota. Trzeba iść do kościoła ze święconką. Już w piątek było wiadomo, że pójdzie moja siostra z bratem. Bardzo się zarzekała, że z nim pójdzie. Nadchodzi ten dzień, ta godzina i siostra mówi, że nie idzie, bo idzie do koleżanki. Mama życzyła dobrej zabawy, a na mnie nakrzyczała, że jak ja w ogóle śmiem nie chcieć iść do kościoła!
Ja się tak zagorzale nie zarzekałam, nie wierzę w Boga i nawet nie będę mogła spróbować tego, co jest w tym koszyku. Z jakiej racji mam iść?
Mama zaczęła mi wytykać, że wszystko chcę, a nic nie robię!
Wszystko chcę, oczywiście...
Ostatnio prosiłam ją o stanik. Nowy stanik, bo wszystkie, które mam są w opłakanym stanie i na mnie nie pasują. Mam straszne, czerwone odciski, bo są za ciasne. Nie mam kieszonkowego, więc sama sobie nie kupię i poszłam po pieniądze do mamy. Nie dostałam. Powód? "Było trzeba nie kupować niepasujących!". Na nic argument, jak długo je mam i że w tym czasie zdążyłam urosnąć zarówno ja cała, jak i mój biust.
Ale moja siostra 400 zł na nowe buty (chociaż ma trzy inne pary na ten sezon) dostała bez problemu, jeszcze się będzie mama z nią zachwycać, jakie piękne.
Nienawidzę mojej rodziny.
Kiedyś wstawiłem wyznanie na anonimowe, które długo chciałem napisać. Przypomniałem sobie jednak, że mam kilku kolegów, którzy też tutaj zaglądają. Stwierdziłem, że po prostu usunę wyznanie, gdy zdobędzie jakiś odzew w poczekalni.
I wtedy dopiero zobaczyłem, że usunąć nie można.
Jestem tak samotny, że dzisiaj śniło mi się, że kogoś przytulam. To była najwspanialsza chwila, jakiej doświadczyłem w ciągu ostatnich kilku lat.
Byłem jeszcze dzieckiem, razem z dziadkiem wybraliśmy się do pobliskiego parku. Podążaliśmy przez las. Ja, 9-letni chłopiec z zabawkowym pistoletem w ręku, biegnący przed dziadkiem, strzelałem do drzew, jak to dziecko. W połowie drogi do parku poczułem bolesne jakby ukłucie w nodze, poczułem ogromny ból. Gdy spojrzałem na nogę, ujrzałem ogromnego psa (po latach dziadek wspominał go jako coś jakby czarny owczarek niemiecki). Pies jednym szarpnięciem powalił mnie i zaczął szarpać oraz ciągnąć mnie po ziemi... I w tym samym momencie ujrzałem mojego dziadka rzucającego się na psa, porównałbym to do ataku lwa na hienę. Całego przebiegu walki nie pamiętam, ale wiem, że dziadek i pies bardzo długo szarpali się na ziemi. Moment, który utkwił mi w głowie to dziadek duszący psa i cały pokrwawiony. Pies wyrwał się dziadkowi, gryząc go po rękach, dziadek po którymś ugryzieniu wstał i kopnął tego psa z takim impetem, że usłyszałem trzask. Pies zaczął skomleć i uciekł. Obserwowałem to w bezruchu, z jednej strony płacząc z bólu, ale balem się, że pies zagryzie dziadka i przy tym zapominałem, co mi się właśnie przydarzyło.
Po całej sytuacji dziadek niósł mnie na rękach do domu. Tam chwilę poczekaliśmy na ojca, który zwolnił się z pracy po telefonie dziadka i zabrał nas do szpitala.
Pamiętam, jak dziadek niosąc mnie na rękach ciągle mnie pocieszał i mówił, że nie będę musiał chodzić do szkoły parę dni, że pójdziemy do sklepu, a w jego oczach widziałem łzy. Teraz sobie zdaję z tego sprawę - jaki on musiał czuć ból w stosunku do mojego jednego małego ugryzienia.
Psa uśpiono, okazało się, że był z osiedla niedaleko parku, a właścicielka poniosła grzywnę.
Dzisiaj rozmawiałem o tej sytuacji z ojcem. Obecnie mam 17 lat, dziadek już nie żyje, ale ojciec opowiedział mi, jak siedział i rozmawiał ze swoim tatą.
Dziadek powiedział, że ugryzienia bolały niesamowicie, ale nie mógł pozwolić, by pies wygrał, bo dorwałby się wtedy do mnie (dodam jeszcze, że dziadek służył jako żołnierz zawodowy, miał stopień chorążego z tego co wiem).
Dzięki, Dziadku, za wszystko, spoczywaj w spokoju.
Szedłem sobie chodnikiem po dość mało uczęszczanej ulicy, wkoło nikogo, po lewej jednia, po prawej płot i nagle… cios w głowę, potworny ból, ciemno przed oczami… No nie straciłem przytomności, ale było blisko.
Okazało się, że miejscowe kawki rozbijają orzechy rzucając je na płytki chodnika, ale niektóre mylą orzechy z kamieniami…
Guz jak orzech, ale kokosowy.
Pewnego zimowego dnia nadszedł czas długo wyczekiwanego koncertu jednego moich ulubionych zespołów. Z racji, że jest to jeden z mocniejszych gatunków, gdzie nie oszczędza się alkoholu, a pod sceną zabawa trwa cały czas, postanowiłem z kolegą się trochę dziabnąć. Ostatecznie wypiliśmy dużo płynów i ustawiliśmy się pod sceną, a za nami setki, a może i tysiące ludzi. I tu zaczyna się anonimowa cześć.
Pęcherz nie wytrzymywał, a nie chciałem utracić miejsca pod sceną. Mój nieco pijany mózg podpowiedział, że zaraz i tak będzie gorąco i mokro od potu, więc można trochę popuścić. Niestety, nie mogłem powstrzymać prawdziwego potoku. Tak więc w wieku dwudziestu paru lat zlałem się w gacie.
Temat na topie - szpitale psychiatryczne...
Słowem wstępu: byłam w takim przez 5-6 dni po próbie samobójczej.
Leki - każdy dostawał swoją dawkę leków. Osoby faktycznie chore dostawały leki, które in pomagały - na schizofrenię, jakieś ograniczenia umysłowe, w sumie ciężko stwierdzić. Byliśmy też my, czyli ludzie po próbie samobójczej, na pierwszy rzut oka ciężko nas odróżnić od tych normalnych. Zresztą też uważam się za normalną, po prostu przez pewien czas byłam bardzo smutna. Jednak smutni byliśmy raczej w środku, a na zewnątrz normalni. No i to się właśnie nie podobało szpitalowi.
Dostawaliśmy benzodiazepaminy w takich dawkach, które robiły z nas roślinę. Z normalnych, kontaktujących ludzi (tylko smutnych) stawaliśmy się ograniczeni. Ja osobiście nie potrafiłam nawiązać normalnej rozmowy, bo zanim odpowiedziałam zapominałam, o czym rozmawialiśmy. Nie potrafiłam nawiązać kontaktu wzrokowego, oczy mi uciekały na boki, warga opadała. Niektórzy mieli problemy z połykaniem śliny, siedzieli z otwartą buzią i skapującymi wydzielinami (wiem, obrzydliwe). Osobiście po takich 6 dniach pobytu przez 3 miesiące byłam rozregulowana. Mogłam spać po 20 h na dobę, urywałam wątki, popadałem w otępienie.
Czas wolny... wiec czas wolny był wolny, czyli robiliśmy sobie co chcieliśmy. Przez 6 dni pobytu po próbie samobójczej nie porozmawiał ze mną żaden psycholog. Jedyną atrakcją była palarnia, więc siedzieliśmy całymi dniami w dymie papierosowym, a tam z nudów i z załamania po prostu braliśmy narkotyki. Diler podawał nam przez kraty towar, na palarnię nikt nie wchodził, wiec był spokój. Zresztą speed był dobrym sposobem na wyjście z otępienia. Ja osobiście zrobiłam tylko jedną linię, ale byli ludzie, co całymi dniami chodzili zrobieni.
Sprzątanie... pewnej nocy pani po prostu zrobiła dwójkę na podłodze. Smród był straszny, ale nikt tego nie posprzątał do rana, pielęgniarki uważały, że to nie ich broszka. Pani załatwiając się cały czas szła, wiec rozniosła kał po całym korytarzu.
Traktowanie przez personel... Pielęgniarki kazały połykać leki, jestem dorosłą osobą, nie ubezwłasnowolnioną. Dlatego zapytałam dlaczego dostałam 3 tabletkę i co to jest. Nikt mi nie odpowiedział na pytanie. Zmusili mnie do połknięcia. Pierwszego dnia płakałam, kazały mi „schować gdzieś ten rozryczany ryj”, więc poszłam do sali, ale tam też było źle. Zapięli mnie z tego powodu w pasy, nie wiem na ile, ale wiem, że ciężko było wytrzymać z toaletą. Zapinając nie powiedzieli, kiedy ktoś do mnie przyjdzie. Jestem świeżo po urazie kręgosłupa, więc po czasie leżenie plackiem stało się nie do wytrzymania, jednak nikogo to nie obchodziło.
Po tym już nigdy więcej nie poszłam ani nie pójdę do psychiatry. Gdy przejeżdżam obok tego miejsca, czuję ścisk w gardle, że ktoś cierpi tak jak ja wtedy.
Moja znajoma przyszła do mnie ostatnio się wyżalić z ostatniego związku. Jej koleś zamknął ją na dwa dni w domu, żeby nie mogła wyjść szukać pracy. On by tego nie zniósł, bo był o nią chorobliwie zazdrosny. Nie przeszkodziło mu to jednak w tym, by przez te dwa dni uderzyć w balet ze swoimi koleżankami.
Patologia i toksyna, ale najlepsze jest to, że dziś znów są razem.
Jestem w pełni samodzielną studentką. Sama się utrzymuję i sama o sobie decyduję. Do rodzinnego domu na drugim końcu Polski zjeżdżam tylko na święta (w wakacje też pracuję).
Moi rodzice są dość upierdliwi i staroświeccy, nie raz odwalali mi akcje typu: zabieranie ubrań, które są niegodne szanującej się panienki, więc gdy tylko mogłam, ograniczyłam kontakt do minimum. Tym razem również się nasłuchałam. Gdy przyjechałam, miałam włosy do pasa i wściekle różowe ombre. No właśnie, miałam.
Na noc wiążę włosy w kitkę, po pierwszej nocy w domu obudziłam się bez niej. Moja szurnięta matka ścięła ją tuż za gumką. Gdy poszłam zapytać co tu się KUR*A stało, znowu się nasłuchałam od matki, że wyglądałam jak ćpunka, co ludzie powiedzą i tak dalej. Ojciec jej tylko wtórował.
Tego było za wiele. Spakowałam się, wyszłam i już więcej nie mam zamiaru wracać. Teraz jestem już u siebie i chce mi się płakać. Miałam obsesję na punkcie długości moich włosów, to właśnie one były moim największym atutem, wręcz hodowałam je. Teraz czuję się jak babochłop. Do fryzjera pójdę dopiero po świętach, ale wiem, że tu nic sensownego nie da się zrobić. Kitka była związana niedbale, a matka prawdopodobnie cięła ją tępymi nożyczkami. Najdłuższe kosmyki sięgają ledwo za uszy, jednak spora część odstaje zaledwie centymetr od głowy, najprawdopodobniej skończę ze strasznie krótką fryzurą, których tak nienawidziłam od dzieciństwa. Nawet pisząc to wyznanie wciąż płaczę. Ponad trzy lata zajmie mi odzyskanie takiej długości, jaką miałam.
Jestem studentką 1 roku medycyny. Niestety już są ludzie, którzy wypytują mnie o to, jaką wybrałam specjalizację i czy mogą się do mnie zapisać, bo oj, tu boli, tam szarpie, a może receptę wypiszę, a jeśli nie, to na pewno znam kogoś, kto wypisze, najlepiej żeby leki za darmo były. Dla niezorientowanych - najpierw robi się 6 lat studiów, potem 13-miesięczny staż, potem zdaje się egzamin końcowy i na podstawie punktów, jakie się zdobyło z niego dostaje się (albo i nie) na wybraną specjalizację. Tak więc jeszcze długa droga przede mną. W prośbach takich przodują babcie.
Siedziałam ostatnio razem z chłopakiem u jego babci. Cudowna kobieta, taka babuleńka z obrazka, robiłyśmy razem ciasto, a luby naprawiał jej komputer. Nagle dzwonek do drzwi, otwieram i ukazuje się wredna sąsiadka. Taka, co wszystkich ma za plebs, bo ona pochodzi z rodziny szlacheckiej, na dzień dobry nie odpowiada, przyczepia się do wszystkiego, za to cukier chętnie pożyczy. Ot, chyba wszyscy znają taki typ. No i właśnie przyszła po jakiś drobiazg. Niestety Pani Babcia, jak ją nazywam, nie ma w sobie za wiele asertywności, i już szuka, choć z chłopakiem próbujemy sąsiadkę wyprosić.
W międzyczasie sąsiadka zainteresowała się mną, zaczyna wypytywać. Gdy usłyszała magiczne słowo "medycyna", zaświeciły jej się oczy i nie dosłuchała, że dopiero studia. I że ojej, bo coś mnie ostatnio w krzyżu łupie. Ja na to, że chętnie przyjmę, bo chociaż nie jestem od tego, to na pewno jej się przyda. Nie mam wizytówki, ale proszę, już piszę. Wzięłam kartkę, długopis i napisałam "Imię i nazwisko [inne niż moje, żeby nie znalazła mnie w razie czego], Prywatna praktyka psychiatryczna, przypadki ciężkie. [adres]". Jak to zobaczyła, to się zapowietrzyła i trzasnęła drzwiami.
Pani Babcia stoi w progu kuchni i ze zdziwieniem się pyta, gdzie się podziała sąsiadka, my z chłopakiem ledwo powstrzymujemy śmiech. Przyznałam się w końcu co zrobiłam i dostałam gratulacje. "Bo widzisz, dziecko, ja z nią nie mogłam, aż się znalazł ktoś, kto ją wygonił. Dzięki ci piękne, całe ciasto będzie dla ciebie".
Tym sposobem zyskałam całą blachę pysznego ciasta marchewkowego i jej wdzięczność :D
Dodaj anonimowe wyznanie