#jHikz

Historia o tym, jak bardzo łatwo, przez swoją nieuwagę, można sobie łatwo popsuć życie w liceum.

Mam (a w sumie miałem) charakterystyczny sposób na radzenie sobie z napięciem seksualnym. Otóż na omegle jest opcja, aby wejść na kamerki 18+, z której to ja korzystałem. Znajdowałem chętne dziewczyny, po czym masturbowałem się przy nich. Czasami zdarzało się, że też się w różny sposób zabawiały lub też "pomagały" mi, pokazując co nieco swojego ciała. Niestety, ciężko było znaleźć tam jakąkolwiek kobietę (większość to faceci, często geje), ale zdarzały się.

Niedawno napotkałem tam dwie dziewczyny. Kamerę miały ustawione tak, że widoczne były od pasa do brody, całej twarzy nie pokazywały. Moja kamera była skierowana podobnie, siedziałem w bokserkach z widoczną erekcją.
Napisały: "dawaj, dawaj xD". Nie musiały mi powtarzać.
Po chwili uniosły bluzki i pokazały swoje piersi w biustonoszach. Spytałem, czy ich nie zdejmą. Jedna z nich lekko zaczęła odchylać, na tyle, że zdążyłem zobaczyć sutek, ale przestała i napisały, że zdejmą staniki, jak pokażę swoją twarz.

Zgodziłem się. I to był błąd.
Jak pokazałem twarz, one też uniosły kamerkę. Zamarłem. Usłyszałem atak śmiechu. Siedzę zszokowany z penisem w ręku i widzę, że jedna z nich to moja koleżanka z klasy, która po chwili powiedziała "no siema, Mariusz"*.
Rozłączyłem się czym prędzej.

Był późny wieczór, dostałem od niej wiadomość na Facebooku "ładnie, ładnie, zboczuszku xD". Nie odpowiedziałem, poszedłem spać.

Kolejnego dnia okazało się, że zdążyła zrobić screena, na którym widać je pokładające się ze śmiechu i mnie, z penisem w ręku i głupią miną. Zdążyła je też pokazać znajomym, którzy od teraz mówią o mnie per "Trzepacz". Chodząc po szkole słyszę śmiechy dziewczyn, zaliczyłem też konkretny ochrzan od pedagoga szkolnego.

Naprawdę, nie polecam nikomu znaleźć się na moim miejscu.

#7cm2r

Planując długi weekend majowy, przypomniała mi się akcja z gimnazjum.

Kilka lat temu też wypadała prawie tygodniowa przerwa od szkoły. Ja i moi genialni koledzy wpadliśmy na pomysł, żeby tak trochę wkurzyć wredną matematyczkę.

Przed weekendem udało nam się przykleić do ściany za szafą kawałek surowego schabu.

Przez 6 dni ten schabik wisiał tam sobie i dojrzewał, pogoda była cudowna, ponad 25 stopni, a sala należała do tych nasłonecznionych.

Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jaki smród buchnął na korytarza, gdy w poniedziałek nauczycielka otworzyła salę. Rozlazło się to po całej szkole. Kto żyw, uciekał z budynku.

Podsumowanie - ściana do remontu na nasz koszt. Pomimo tego, lekcje przez miesiąc przy otwartych drzwiach i oknach. Obniżone zachowanie dla całej naszej genialnej gromadki.

ALE I TAK WARTO BYŁO!

#eE1wL

Moi "rodzice" to typowa polska cebula.
Dla mojego ojca, zagorzałego socjalisty, każdy kto może pozwolić sobie na droższy samochód, czy zagraniczne wakacje to "pieprzony złodziej". Oczywiście on sam jest wzorem wszystkich cnót tego świata, co niedziela na kolanach do kościoła, no po prostu świętością bije na głowę samego papieża, jednak mimo to nie on jest najgorszy.
Najgorsza jest moja matka - manipulatorka, która okręciła sobie mojego ojca wokół małego paluszka. Uważa, że wszystko jej wolno i do wszystkiego ma prawo.

W swoim pokoju na wierzchu nie mogę zostawić niczego, ponieważ zaraz jest pootwierane, przekopane itp. Na wszystko ma jedno wytłumaczenie "Skoro to mój dom, to wszystko co w nim jest również należy do mnie". Jedak przegięła pałę, kiedy odebrała od listonosza list, podając się za mnie. Listonosz najwidoczniej w dupie miał to, komu przekazuje list. Był to list z zawiadomieniem o spóźnionej zapłacie raty, którego ona NIE MIAŁA PRAWA odbierać, a co dopiero otwierać.
 
To, co stało się po tym, jak go przeczytała, to prawdziwe piekło. Zaczęła wyzywać mnie od złodziei i oszustów, nie docierały do niej żadne moje argumenty, że to była jednorazowa sytuacja. Z udawanym płaczem zadzwoniła do ojca, żeby powiedzieć mu o wszystkim, a kiedy się rozłączyła z uśmiechem powiedziała, że jak ojciec wróci, to mnie "zaj*bie". To, co działo się po jego powrocie, to był jakiś chory cyrk. Żadne tłumaczenia nie docierały do jego pustego łba. Rozpowiedzieli całej rodzinie, że jestem złodziejem i dłużnikiem, wskutek czego wszyscy się ode mnie odwrócili. Nikt nawet nie chciał wysłuchać mojej wersji. Moja kochana mamusia osiągnęła swój cel - udało jej się nastawić całą rodzinę przeciwko mnie. Zrobiła ze mnie najgorszego potwora "bo przecież ona otwarła ten list dla mojego dobra, a ja nie doceniam tego, jak ona się dla mnie poświęca!".
 
Po tym wszystkim w przeciągu kilku dni wynająłem sobie małą kawalerkę i wyniosłem wszystkie swoje rzeczy pod ich nieobecność. Wyszedłem bez słowa i więcej nie wróciłem, dla mnie ci ludzie już nie istnieją. Jak tylko uporządkowałem swoje życie, poszedłem na policję złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, jakim jest otwieranie i powielanie cudzej korespondencji, ponieważ od kuzynki dowiedziałem się, że ojczulek skserował sobie to pismo i porozsyłał je po całej rodzinie "jako dowód".
 
Jestem ciekaw, czy jeśli dostanie wezwanie na komisariat, to dalej będzie święcie przekonana, że ma prawo otwierać cudzą korespondencję.

#14sgc

Nauczyłem się grać na gitarze ani razu jej nie dotykając.
Jak, spytacie?

Ano tak, że na gitarę nie było mnie stać, za to znalazłem w domu starą ciupagę, która wielkością przypominała gryf gitary. Tam, gdzie jest końcówka ciupagi, były moje "przetworniki". Dalej nie nadążacie?
Aby grać na ciupadze, przywiązałem do niej kilka sznurków i włączałem sobie tutoriale czy nagrania, gdzie znani gitarzyści grają. Ja starałem się odtworzyć ich ruchy, a także ułożenie palców na gryfie, tak żeby odpowiadały akordom. Tak właśnie się nauczyłem grać na gitarze. Kiedy już było mnie stać na upatrzonego Stratocastera, nie miałem problemów, żeby na nim zagrać.

Dlaczego to zrobiłem? Gitara była mi potrzebna do jednego, żeby zagrać dziewczynie, która mi się podobała utwór Stinga, jej ulubiony.
Zadziałało. ;)

#0EjVI

Ostatnio podczas podróży do miasta zobaczyłem starszą panią, która macha na stopa. Zatrzymałem się i spytałem, czy pilna sprawa i dokąd młoda gazela kopytkuje. Pani babcia odpowiedziała, że "do lekarza umówiona jest, a rozkład zmienili i autobus był wcześniej".

Rodzice wychowali mnie na dobrego człowieka, więc postanowiłem pomóc starszej kobiecie w potrzebie. Pani usiadła z tyłu, poprosiłem, żeby zapięła pasy i ruszamy w drogę. Ważne jest, że w tym czasie w moim samochodzie grała muzyka Perfectu. Pani coś tam skomentowała, że za młodu bardzo lubiła i przez większość drogi siedziała cicho.

Jak wiadomo, utwory w odtwarzaczu się zmieniają i się zmienił na nowa piosenkę Taconafide - Metallica 808. Pani tylko popatrzyła, no i słucha. Aż doszło do momentu, w którym Taco wypowiada słowa "I zaczął pisać ten hip-hop po to, by was wkurwić
Neandertalczyku, ja patrzę w przyszłość jak Stan Kubrick".
Babcia zaczęła robić mi tyradę, że to pomiot Szatana ta muzyka, że ona wysiada i ogólnie to ja nadaję się do psychiatryka i leczyć się powinienem. Zaczęła szarpać za klamkę (na szczęście mam automatyczne zamykanie zamków), za mój fotel.

Co zrobiłem ja? Nakrzyczałem na nią?

Zatrzymałem się w zatoczce i sobie tak grzecznie stałem. Pani oburzona, że ona do lekarza nie zdąży, że mam ruszać, bo coś tam. Poczekałem jeszcze chwilę, pani tylko wymamrotała cichutko "przepraszam", a ja ruszyłem dalej w drogę.
Pani babcia zdążyła, a ja? Ja dostałem kinderka w ramach przeprosin.

Może to jest metoda na wszystkie agresywne starsze babcie? Opanowanie i spokój? A może jej się wygodnie jechało i dlatego nie chciała wysiąść? Czort ją wie :/

#CN5HQ

Słoneczne popołudnie w osiedlowym sklepiku moich rodziców. Ruch całkiem spory, bo pora powrotów z pracy. Kasuję towary i śmieszkuję ze stałymi klientami, gdy wchodzi on - wysoki, przystojny, w idealnie skrojonym, pewnie drogim garniturze. Wchodzi niepewnym krokiem i nieśmiało kieruje swe kroki ku warzywniakowi.

Zaciekawiona/zauroczona/prawie zakochana obserwuję go zza kasy, w międzyczasie kasując towary. Mija dwadzieścia minut, a on dalej ogląda warzywa. Nie powiem, wybór mamy zacny, bo rodzice mają też stoisko na giełdzie spożywczej i zawsze mamy różnorodne świeże warzywa i owoce. Ale bez przesady, nikt nie wybiera marchewki 20 minut. Schodzę z kasy i pod pretekstem układania towaru chowam się między półkami, żeby móc go swobodnie obserwować, sama nie będąc zauważoną. Ruch spokojniejszy, ludzi praktycznie nie ma, więc zadanie ułatwione.

Nagle mój przyszły mąż i ojciec moich dzieci rozgląda się ukradkiem, po czym wącha, maca i ogląda paprykę i pomidory. Mój luby jakimś warzywnym perwersem?! Nie będzie ci on wkładał swoich paluchów w moje pomidory! Uzbrojona w miotłę podchodzę do niego w bojowym nastroju (a takie piękne mieliśmy mieć dzieci, bliźniaczki!) i pytam groźnie, czy w czymś pomóc. Zaczerwiony, jąkając się (ha! A jednak przyłapany na niecnym czynie!) pyta się, która papryka najsłodsza. "Bo widzi pani, moja dziewczyna się na mnie obraziła i chcę jej coś kupić na przeprosiny. Ale ona jest na diecie, więc czekoladki odpadają, a tak uwielbia paprykę". Ocierając ukradkiem łzy zawodu i wzruszenia pomogłam mu wybrać najlepsze warzywa, zapakowałam w piękny kosz i celofan i dodałam nawet wstążkę w serduszka. Podziękował wylewnie i niesiony nadzieją na przebaczenie pognał do swojej wybranki.

Następnego dnia zaś przyszła jego dziewczyna, a nasza stała klientka, podziękować za paprykowe doradztwo. Okazało się, że jej chłopak zwolnił się wcześniej z pracy i gnał przez pół miasta, żeby kupić u nas najlepsze pomidory, bo słyszał, jak ona zachwala nasz sklep. A pokłócili się za brak jego wsparcia w jej diecie.
Ech, to jest miłość...

#7LZC7

W podstawówce wiele dzieci lubiło mnie za to, że zawsze przynosiłam im coś słodkiego. A to jakiś batonik, cukierek, a jak dobrze poszło, to i nawet żelki.
Nikomu nigdy nie powiedziałam, że w drodze do szkoły odwiedzałam osiedlowy sklep, a moje szybkie ręce umiały tak zwinnie coś zakosić z półki, że nawet kamera nie miała wstydu tego zarejestrować.

#haEWZ

To znowu ja, były nauczyciel matematyki pozwalający studentom na ściąganie.
Pod poprzednim wyznaniem pojawiło się ubolewanie nad moim odejściem od nauczania. Spieszę z pocieszeniem, że na wydziale, na którym pracowałem było wielu pracowników, którzy jako dydaktycy byli... no... mistrzami. Ideałami, którym bardzo nieudolnie starałem się dotrzymać kroku.

Jednym z tych ideałów był doktor X, z którym miałem przyjemność jeszcze w trakcie studiów mieć zajęcia. Człowiek o ogromnym poczuciu humoru i dystansie do siebie. Egzaminy i kolokwia w żartach przedstawiał jako pojedynek studenci-wykładowca. Zadania były trudne, ale przegrać z kimś takim jak on to jak wygrać.

Doktor X często formułował wskazówki, jak w pełni wygrywać ze studentami.
Myślą przewodnią było: Starać się wspiąć na wyżyny własnej złośliwości.
Oczywiście trzeba to robić z klasą. Nie poprzez zadawanie diablo trudnych zadań, nie przez kładzenie nacisku na duże skomplikowanie lub czasochłonność, a wręcz przeciwnie...

1. Podczas omawiania jakiegoś przykładu wspomnij kilkukrotnie, że to pewnik na kolokwium/egzamin. Upewnij się, że nikt nie ma pytań i wszyscy rozumieją. Przed egzaminem przypomnij, że tego typu zadanie jest niemal pewne. Gwarancja, że 70% studentów go nie zrobi.
2. Jeżeli jest jakaś popularna w internecie metoda, skup się na przedstawianiu metody alternatywnej. Zaznacz, że zadanie z wykorzystaniem tej metody będzie na kolokwium. Zadanie skonstruuj tak, żeby wykorzystanie metody z internetu było mozolne i czasochłonne, a metody alternatywnej niemal trywialne. 80% zrobi metodą z internetu i pogubi się po drodze.
3. Konstruuj zadania, w których chwila zastanowienia się pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu (np. skomplikowana całka potrójna, w której zamiana kolejności całkowania sprawia, ze staje się trywialna) - 90% polegnie.
4. Na poprawie daj te same zadania, co na pierwszym terminie, bez zmieniania treści ani nawet danych - gwarantowane 99% zwycięstwa.

To zaledwie kilka ze wskazówek doktora X.

Jako człek z natury złośliwy, na swoich zajęciach wprowadzałem w życie wszystkie wskazówki mojego guru. Urzekła mnie przede wszystkim konstrukcja sprawiająca, że wygrana była podwójna - nie dość, że student nie zaliczył, to jeszcze mógł mieć o to pretensje tylko i wyłącznie do siebie ;)

Jedyne, co mi nie pasowało w tych wskazówkach, to statystyki, które wydawały się bardzo zawyżone.
Otóż, Szanowni Anonimowi, myliłem się.
Te statystyki nie były ani trochę zawyżone.

Tak więc do listy moich wad możecie śmiało dopisać: złośliwy i znęcający się psychicznie nad studentami ;)

PS. Po tym wyznaniu raczej nie będę tak lubiany, ale na wszelki wypadek (żeby uniknąć rozczarowań i złamanych serc) zaznaczę, że jestem już w szczęśliwym związku z cudowną dziewczyną :)
Dodaj anonimowe wyznanie