Mam 22 lata, a mój chłopak 24, jesteśmy w związku od ponad roku. Moim problemem jest chorobliwa nadopiekuńczość matki mojego faceta. Chce ingerować we wszystkie aspekty jego życia. Kontroluje mu finanse, jak nie przyjdzie na głupi obiad, to się obraża, jak nie przyjdzie na daną godzinę, również jest foch. Kiedy jedzie do mnie na weekend, są telefony do niego z zapytaniem dlaczego do niej nie dzwoni i nie zapyta co u niej słychać... Punktem kulminacyjnym tego wszystkiego było jej pytanie, czy umył zęby. Tak, godzina 23, niedziela, leżymy, a tu wołanie z pokoju obok i pytanie, czy zęby umyte...
Serio? Nie jest moim pierwszym chłopakiem, rozumiem niektóre rzeczy, ale dla mnie to jest już przesada. Nie wiem co mam robić, rozmawiałam z nim o tym wiele razy, wiem, że mu wstyd, on też próbował z matką porozmawiać, ale to nic nie daje. Dalej jest to samo. Mnie jako dziewczynie jest głupio i też dziwnie się czuję z tym wszystkim. Mamy niedługo się wyprowadzać, ale wiem, że telefony od niej będą non stop...
Kilka lat temu kupiłem działkę pięknie położoną. Blisko niej las, strumyk, pola uprawne i kilka domów w sąsiedztwie. Sielsko. Po dopełnieniu formalności geodeta wyznaczył granice mojego 2 ha królestwa.
Pierwszy wolny weekend, zapakowałem moją lubą, kosę spalinową, prowiant i wio na wieś wycinać chaszcze z działki. Oprócz bujnej roślinności na działce zalegały śmieci. No dobra, poprzedni właściciel zostawił teren sam sobie, to miejscowi znaleźli miejsce na dzikie wysypisko śmieci. Zebraliśmy ich 4 duże worki, więcej nie weszło do bagażnika, a zostało jeszcze więcej. Kolejny wolny dzień - działka i walka z chaszczami i śmieciami. Było ich jeszcze więcej. Pewnie miejscowi nie przyzwyczaili się, że nie jest to bezpański teren. Powiesiłem na drucie zalaminowane kartki z informacją "Teren prywatny. Zakaz wstępu i wyrzucania śmieci". Drut rozpiąłem na granicach działki. Efekt? Następna wizyta - kartki i drut zerwane, śmieci więcej. Zacząłem robić ogrodzenie, ale śmieci były przerzucane przez płot. Za rękę nikogo nie złapałem. Rozmawiałem z ludźmi ze wsi położonej najbliżej mojej działki, ale nikt nic nie widział, nie słyszał i to pewnie miastowi podrzucają śmieci.
Przepychanka ze śmieciami trwała 4 miesiące, powoli zbliżała się jesień, a ja miałem już dość tej nierównej walki. Stwierdziłem, że trzeba to sprzedać. I wtedy w TV zobaczyłem fragment reportażu z jakiejś wsi, gdzie zagraniczna firma chce postawić wiatraki. Larum było wielkie, opór mieszkańców też. Podsunęło mi to pomysł.
Pojechałem do urzędu gminy, do której należała moja działka. Rozpytałem o m.in. plan zagospodarowania przestrzennego, warunki geologiczno-hydrologiczne i kilka innych tematów, których już teraz nie pamiętam dokładnie. Referent z gminy był zainteresowany po co mi te dane. Poskarżyłem, że mam dosyć śmieci na swojej posesji i chcę sprzedać działkę inwestorowi pod spalarnię śmieci.
Zawrzało.
Żeby podkręcić atmosferę, namówiłem 2 kolegów na małe przedstawienie. Ubraliśmy się w garniaki, kumpel pożyczył drogiego SUV-a od ojca i pojechaliśmy na moją działkę. Przez wieś przejechaliśmy wolno, pierwszy ja swoim autem, oni SUV-em za mną. Miałem pewność, że ktoś z miejscowych pojedzie za nami i będzie filował co się dzieje. Udawaliśmy, że pokazuję inwestorom działkę. Oglądali mapy, pokazywałem szerokim gestem granice działki itp. Udało się, łyknęli przestawienie. Tego samego dnia wójt gminy zadzwonił na moją komórkę (miał mój nr po mojej wizycie w urzędzie), żebym przemyślał sprzedaż działki, że on osobiście dopilnuje miejscowych, żeby nie podrzucali śmieci, że podstawi na koszt gminy kontener na śmieci z mojej działki.
Po kilku dniach zadzwoniłem, że działki nie sprzedaję, ale śmieci mają zniknąć. Zniknęły. Problem rozwiązany. Z czasem postawiłem mały domek i do tej pory przyjeżdżamy tam wypoczywać :)
Kilka lat temu wyprowadziłem się od rodziców do innej miejscowości, na wieś. Przeprowadzkę zacząłem od sprzątania na nieogrodzonej działce. Pozbierałem patyki i zacząłem je palić. Stojąc przy ognisku, usłyszałem, że dzwoni mi telefon, więc odszedłem od ognia, będąc równocześnie odwróconym do niego tyłem. Gdy skończyłem rozmawiać, chciałem dorzucić jeszcze kilka patyków do ogniska, ale wtedy się zorientowałem, że jakaś obca osoba kuca nad ogniskiem, piekąc sobie ziemniaka na patyku. Zatkało mnie, bo to takie niecodzienne trochę. Wydusiłem tylko "Dzień dobry", na co nieznajomy zaproponował mi ziemniaka. Nie wiem czemu, zgodziłem się. Pogadaliśmy trochę kim ja właściwie jestem itd., siedzieliśmy przy ognisku jakąś godzinę.
Teraz ten człowiek jest moim znajomym, ale zawsze jak sobie przypomnę, jak żeśmy się poznali, to mi się śmiać chce :D
Drogie Panie, czy wasi mężczyźni też oczekują od Was, aby nazywać ich przyrodzenie jakoś specyficznie ?
Mój mąż stwierdził, że od dziś mam nazywać jego męską cześć "włócznią Zeusa"... a moja część kobieca to "warsztat zła".
Jak to usłyszałam myślałam, że padnę i nie wstanę ze śmiechu.
Myślałam, że to żart, ale nie... Jak nazwę to inaczej, to zaraz mnie poprawia i grozi karą z włóczni Zeusa. :D
Pozdrawiam wszystkich nienormalnych :)
Z serii "moje dziwactwa": jeśli w chodniku jakieś płytki są położone nierówno, to potrafię się autentycznie zdenerwować. Czasem przejście 100 metrów po starym deptaku to dla mnie prawdziwe tortury.
Krótko i anonimowo.
Od kilku lat sprowadzam znajome, koleżanki z pracy itp. do domu, aby mój mąż kochał się z nimi na moich oczach. Nie ma innej rzeczy, która by mnie tak podniecała.
Nigdy nie sądziłam, że fale zazdrości gdy widzę mojego męża z inną sprawią, że będę przeżywała największe orgazmy w życiu.
Jakiś czas temu, całkiem przez przypadek, dowiedziałem się, że mój brat jest gejem. Nasi rodzice są ekstremalnie kato... homofobiczni i wiedziałem, że to nie jest zbyt wygodny fakt w tej całej sytuacji, więc postanowiłem coś zrobić. Żeby przygotować ich nieco lepiej na jego wyjście z szafy, sam powiedziałem im, że jestem biseksualny, co prawdą nie jest, ale miało ich trochę przygotować na syna geja, no i ogólnie chciałem wybadać teren - zobaczyć, jak zareagują.
Piszę to wyznanie siedząc w towarzystwie ojca przed gabinetem psychiatrycznym. Przykro mi, bracie.
Moja teściowa potrafi się przypierniczyć do wszystkiego. Ostatnio stwierdziła, że mam bardzo brzydkie włosy, bo są czarne i proste. Tydzień później trójka moich czarnoprostowłosych córek została pod jej opieką na cały dzień, a wieczorem... odebrałam trójkę blondyneczek z kręconymi włosami. Dzieci są zachwycone i oczywiście teraz chcą, żebym ciągle z nimi chodziła do fryzjera.
Stokrotne dzięki, "mamo".
Gdy byłam małą dziewczynką, miałam pewien dość popularny u dzieci nawyk: zjadałam kozy z nosa.
Pewnego dnia pojechaliśmy z rodziną do kuzynów. Oglądając ich pokój, nagle na biurku zauważyłam małą, czarną kulkę. To była czyjaś koza. Wyglądała pięknie, jak upieczona. Ukradkiem położyłam zdobycz na języku, aby rozkoszować się jej smakiem, ale jeszcze szybciej wyplułam ją z ust. To była najohydniejsza rzecz w moim życiu! Tego dnia automatycznie nałóg stał się obrzydzeniem. Nigdy więcej nie tknęłam żadnej wydzieliny z nosa.
A kuzyn... Cóż, nie zauważył straty :D
Urodziłam dwójkę dzieci. Mój mąż stwierdził, że chciałby trzecie, a mnie krew zalewa, gdy to słyszę. Jasno stwierdziłam, że nie ma takiej opcji, ale on nie odpuszcza. Bo przecież "tylko sobie ponosisz 9 miesięcy, potem pyk - poród i już będzie". Mój ojciec tak samo "zrobiłabyś mi kolejnego wnuka, przecież stać was". I najczęściej właśnie z takim podejściem spotykam się ze strony facetów. Nie wrzucam wszystkich do jednego wora, rozumiem, że facet nigdy tego nie doświadczy, ale wystarczy posłuchać co do powiedzenia maja kobiety. Bo, do cholery, to że stać mnie na kolejne dziecko nie oznacza, że dzięki dobrym zarobkom nie pęknie mi krocze przy porodzie, nie będę mogła się normalnie wysikać przez miesiące, a leczenie hemoroidów nie będzie trwało w nieskończoność.
Ciąża to straszne cierpienie, poród tak samo. To nie jest takie sobie hop siup i już. Jedne kobiety znoszą to lepiej, inne gorzej. Ja należę do tych drugich. W obu ciążach myślałam, że umrę zaraz, tak mocno wszystko mnie bolało. Rzyganie, sikanie co 5 minut, tycie, wahania nastroju... Standard. Przytyłam 10 kg w pierwszej ciąży i 18 kg w drugiej. Ciało kompletnie zniszczone, mam rozstępy wszędzie, wyglądam jakbym była poszarpana. Do tego żylaki, a piersi wiszą do pasa. A poród to jazda bez trzymanki. Oczywiście odmówiono mi cesarki, wiec męczyłam się cały dzień. Krocze mi pękło, ból niemiłosierny. Ryczałam, darłam się wniebogłosy. Jednak mimo wszystko to było nic w porównaniu do miłości, jaką darzę swoje dzieci. Dla nich mogłabym to wszystko znosić jeszcze raz. Za to nie znoszę podejścia, które reprezentuje mój mąż.
Jedyny powód, dla którego nie chcę kolejnego dziecka jest taki, że po prostu nie chcę znów tak niewyobrażalnie cierpieć i rezygnować z życia na rok. Moje ciało ma już naprawdę dość. Młodszy syn ma 6 miesięcy, a ja dalej ledwo chodzę. Czasem aż przykro mi się robi, gdy kobiety piszą o niechcianych ciążach, a ludzie doradzają - urodź i oddaj. Żeby podołać takiemu wyzwaniu, trzeba naprawdę kochać swoje dziecko, inaczej to jest trauma, ogromna trauma. Gdyby nie miłość, ja bym temu chyba nie podołała. Nie wyobrażam sobie jak można kazać tak cierpieć kobiecie, w dodatku na darmo, tylko po to, żeby czuć, że jest się takim dobrym, moralnym i kogoś się "uratowało". Szczególnie mam o to żal do niektórych mężczyzn. Nie macie pojęcia jak to wygląda, a nawet na anonimowych czytam czasem facetów kalkulujących jak by kobieta sobie poradziła z niechcianą lub chcianą ciążą, ile by po tym dochodziła do siebie i jak to wpłynie na jej psychikę. A ja wam gwarantuję, że nikt nie będzie wiedział lepiej jak postąpić z ciążą niż kobieta, która w niej jest. I nie propaguję tu masowego usuwania ciąż czy coś, tylko chcę zwrócić uwagę na to, że ciąża nie jest tylko noszeniem w sobie małego maluszka, ale ogromnym wyzwaniem, ciężarem i cierpieniem. Z miłości i to może być piękne, ale gdy jej nie ma, to istny horror dla kobiety.
I z tym was zostawiam, a teraz lecę dalej tłumaczyć mężowi, dlaczego nie chcę kolejnego dziecka.
Dodaj anonimowe wyznanie