#cEuSO

Nie jestem zamożną osobą, ale miałam swoje kosztowne marzenie, które jakiś czas temu udało mi się spełnić. Po miesiącach rezygnowania z przyjemności i odkładania pieniędzy zostałam posiadaczką drogiego, oryginalnego płaszcza znanej marki.

Dumna i szczęśliwa opowiedziałam o swoim zakupie zaufanym koleżankom z pracy. Dziewczyny, wielbicielki sprzedawanych po okazyjnych cenach podróbek, najpierw wyraziły podziw dla mojego nowego nabytku. Później jednak życzliwe zainteresowanie przerodziło się w złośliwość o "pindach, które nie mają na co kasy wydawać" i gadanie "skoro masz tyle hajsu, to się podziel ze mną". Koleżanki bywały bezpośrednie, ale to, co uważałam za żart, nie skończyło się dla mnie wesoło.

Jakiś czas później zaprosiłam znajome na kameralną imprezę. W którymś momencie wysłały mnie po wino do osiedlowego sklepu, a po powrocie przegadałyśmy jeszcze dwie godziny. Gdy żegnałam się z nimi, zauważyłam, że coś stało się z moim płaszczem. Przeraziłam się – był oblany winem, podeptany, brudny od błota, miał oderwane guziki i rozszarpaną podszewkę.

Żadna się nie przyznała. Zostałam za to wyśmiana, że ja, głupia, zmarnowałam tyle pieniędzy na zakup wadliwego produktu. W końcu mogłam mieć "logowaną" podróbę za grosze, dlatego sama jestem sobie winna. Że przesadzam i histeryzuję, przecież to da się wyczyścić. Że mam się ogarnąć, bo to pewnie wina mojego kota (!). Gdy jednak zażądałam zwrotu kosztów za zniszczenia, pogroziły mi policją za próbę wyłudzenia i zarzuciły, że jestem snobką. Dodały też, że skoro raz pozwoliłam sobie na taki wydatek, co to za problem, żebym kupiła taki sam płaszcz raz jeszcze.

Wspominałam o pasji moich "koleżaneczek", czyli o kupowaniu podrób na m.in. zagranicznych portalach. Ostatnio biedaczki uskarżały się w biurze na niebotyczne grzywny, którymi zostały obciążone za dokonane jakiś czas temu duże zakupy.
Czy los niespodziewanie się do mnie uśmiechnął, a życie okazało się sprawiedliwe?
Nie. To tylko ja. I moje życzliwe donosy do kontroli celno-skarbowej.

#L27Tp

Kojarzycie moment, Drodzy Anonimowi, kiedy coś spadło wam za łóżko/szafę/cokolwiek? No właśnie. Mnie dzisiaj też to spotkało.


Syn powiadomił mnie, że za łóżko spadł pilot, ale żeby go wyciągnąć, trzeba owo łóżko odsunąć. No to biorę się do roboty, lekko odsuwam i wkładam rękę.



Nawet nie wiecie, jaki wrzask wydobył się z mojego gardła, kiedy coś łaziło mi po ręce. Siła, która mnie odrzuciła była tak wielka, że przyjebał*m w szafkę z takim impetem, że stłukła się ulubiona lampa mojej drugiej połówki i musieliśmy jechać do szpitala, zszywać głowę.

A wszystko to przez długie włosy, które smyrnęły mi rękę.
Pozdrawia 26-letni mężczyzna.

#ZP8Vl

Mój chłopak ma dość dziewczęcą urodę, przez co często mylony jest z dziewczyną (do tego pochodzi z zagranicy, jego imię można zdrabniać jako ''Ann'', co jest dość ważne w tej historii).

Moja mama, gdy pierwszy raz zobaczyła jego zdjęcia, wpadła w zachwyt. Ochami i achami zaczęła wychwalać tę jakże delikatną urodę, wypytywać o rodzinę i inne tego typu pierdoły. Od razu zaprosiła nas do siebie, żeby lepiej go poznać. Wypowiadała się o Ann w dziwny sposób, ale mój mózg postanowił nie przywiązywać do tego większej uwagi. Pomimo wcześniejszego stresu związanego z przedstawieniem im ukochanego, szybko dogadaliśmy się co do daty spotkania.

Tego feralnego dnia wszystkich nas zaskoczył upał, na ulicy widok gołych klat atakował moje niewinne oczy z każdej możliwej strony. Mój chłopak chcąc zachować pozory przyzwoitości przy moich rodzicach, wcisnął się w luźną koszulkę bez rękawów, spod której i tak wesoło wyglądały bokami jego sutki.

Tak więc gdy mój mężczyzna wkroczył dumnym krokiem do przedpokoju domu rodziców, świecąc tym samym swoją półgołą klatą, matka prawie zemdlała, osuwając się tym samym na zszokowanego ojca.

W taki oto sposób moi rodzice dowiedzieli się, że wolę mężczyzn, a mój związek z tajemniczą "Ann" wcale nie jest heteroseksualny.

Co w tym anonimowego?

Też na początku myślałem, że Ann to dziewczyna. Dopiero po dwóch tygodniach, przez przypadek, zorientowałem się, że jest inaczej.

#sm3D1

Mam 19 lat i jestem z moim chłopakiem od ponad roku. Bardzo się kochamy, ale jest jedna rzecz, która mnie dobija. Kiedy się poznaliśmy, byłam dziewicą, a on miał już inne przede mną. Okropnie mnie to boli, jestem też chorobliwie zazdrosna o chyba każdą dziewczynę z jego otoczenia. Po prostu kiedy sobie pomyślę o tym, że mógłby chociażby spojrzeć na inną, (a dosyć często mam takie myśli), to mam ochotę porozrywać wszystkich na strzępki. Wiele razy próbowałam zmienić swoje nastawienie, albo chociaż zacząć planować nad złością, ale nie potrafię, to tak, jakbym nie była wtedy sobą. Odczuwam jedynie gniew i nienawiść. Żadnego współczucia ani szacunku. Mówię przykre rzeczy, a kiedy moja złość osiągnie maksymalny poziom, zwykle się samookaleczam. Gdy moje emocje opadną, zazwyczaj nie pamiętam większości rzeczy, które wtedy mówiłam bądź robiłam.

Dodam tylko, że na co dzień jestem bardzo wrażliwa i opiekuńcza. Nie potrafię nikogo skrzywdzić, więc każdy mój wybuch skutkuje później ogromnymi wyrzutami sumienia.

Najbardziej jednak dręczy mnie świadomość, że jestem osobą toksyczną i mój chłopak przeze mnie cierpi.

#q9kJ3

Jara mnie język rosyjski, Rosja i wszystko co z Rosją związane.
Ojciec, mój chłopak i reszta rodziny myśli, że jestem szczęśliwą i normalną osobą. Takie zachowuję pozory, ale...

Kiedy słyszę, że ktoś mówi po rosyjsku, podniecam się (dosłownie) i mam ochotę tę osobę bliżej poznać, a najlepiej poślubić. Dążę do tego, by zostać żoną jakiegoś Rosjanina i nie wiem jak to osiągnę, ale nie zaznam spokoju i szczęścia życiowego, dopóki nie poznam kogoś, z kim będę mogła zgłębiać rosyjską kulturę, literaturę i podróżować po tymże kraju.

#YgfKJ

Postanowiłem poprosić Anię - wybrankę mojego serca, o rękę. Chciałem być romantyczny w tym jedynym w swoim rodzaju dniu. Wybrałem najpiękniejszy pierścionek, jaki znalazłem u jubilera. Zapłaciłem za niego majątek, ale czego nie robi się z miłości?

Nie chciałem robić sztampowej sceny z klękaniem, więc pomyślałem, że całkiem zabawne będzie włożenie pierścionka do buta mojej dziewczyny. Akurat rano miała iść na jogging, więc zaplanowałem to sobie tak: Moja ukochana wstaje, wypija szklankę wody, przebiera się w dresy, zakłada buty i znajduje prezent. Wbiega z nim do sypialni zalewając się łzami radości. Wtedy ja udając, że dopiero się obudziłem, leniwie wyciągam spod poduszki kartkę z napisem „Aniu, czy wyjdziesz za mnie?”. Następuje kumulacja szczęścia, ona się zgadza, żyjemy długo i szczęśliwie.

Prawie całą noc nie spałem z tych emocji. Rano moja ukochana wstała, wypiła szklankę wody, założyła buty i… usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Co do…? Zerwałem się z wyra i pobiegłem do okna. Ania właśnie wybiegła z klatki i poleciała w stronę parku. Co mogło pójść nie tak? - zastanawiałem się.
Kiedy wróciła z joggingu i poszła wziąć prysznic, stanąłem sobie koło kabiny i zapytałem jak się biegało. „Dobrze….” A buty były wygodne? - głupie pytanie, ale lepszego nie dałem rady wymyślić. „Yyyy… no, tak. Jakiś kamień mi wpadł po drodze i musiałam go wyrzucić.” Mało nie zemdlałem. Kamień… warty dwa i pół tysiąca złotych!

Wywlokłem Anię spod prysznica, szybko kazałem się ubierać i nie bacząc na jej protesty zatargałem ją do parku każąc natychmiast pokazać miejsce, gdzie wytrzepała swój but. „No, tam. Koło krzaczków.” Nie musiała kończyć – rzuciłem się w zarośla, jak jakaś wygłodniała bestia, która liczy, że pod liściem łopianu czai się schabowy z frytkami.

Po chwili, cały utytłany, z butem usmarowanym psią kupą, wylazłem z krzaków trzymając w dłoni pierścionek. Trudno – będzie sztampowa scena. Ukląkłem przed nią i zapytałem „Aniu, czy wyjdziesz za mnie?” Zalała się łzami radości. Zgodziła się. Żyjemy już ze sobą długo i szczęśliwie.

Ach… bym zapomniał. Od tego dnia minęło już osiem lat, a ona ciągle z jakiegoś powodu wierzy, że cały ten cyrk był perfekcyjnie opracowanym przeze mnie planem. Często mnie pyta, jak ja to wszystko obmyśliłem, ale zawsze udaje mi się zmienić temat. Lepiej niech nie wnika.

#olOFj

Mam kota z errorem! Mieszkamy na obrzeżach miasta w jednorodzinnym domu, więc nasz pupil traktuje chatę niczym hotel, do którego można w każdej chwili wpaść, wygrzać kości przy piecyku i znowu pójść się wałęsać.

Ostatnio jak zwykle wyszedł z domu łajdaczyć się z innymi, wyleniałymi dachowcami. Wrócił późnym wieczorem niosąc w pyszczku naprawdę wielkiego, tłustego, całkiem martwego (jak się wydawało) szczura. Serio – to największy zaraz po kapibarze, gryzoń z jakim kiedykolwiek miałem okazję się spotkać.

Podczas gdy ja poszedłem po łopatę, aby pozbyć się szczurzego trupka z naszych progów, zadowolony z siebie kot wypluł truchło w dużym pokoju i przez chwilę siedział nad swoją zdobyczą, tak jakby chciał powiedzieć „I co wy na to, żałosne, dwunożne, cieniasy? Patrzcie kto tu rządzi! Kto chatę w świeże żarło zaopatruje!”. Ten tryumfalny moment został jednak bezpowrotnie zniszczony przez szczura, który nagle ożył i zaczął biegać po domu. Kot stracił całą swoją waleczność – podskoczył z żałosnym wrzaskiem i rzucił się do ucieczki. Konkretnie – zabarykadował się w naszej sypialni, gdzie znalazł schronienie zakopany pod kołdrą.

Nagle zdałem sobie sprawę, że mamy w domu tchórzliwą zakałę całego kociego rodu oraz, co znacznie bardziej niepokojące - wściekłego szczura o wymiarach dobrze odżywionego jamnika. Najlepszym rozwiązaniem byłoby podpalenie chaty i wyprowadzka w Bieszczady, ale w porę się opamiętałem. Następne trzy dni spędziliśmy z żoną (i ciągle przerażonym kotem) w hotelu, podczas gdy wynajęty przeze mnie specjalista usiłował złapać bestię.

Po szczurze nie było jednak śladu. Być może udało się mu uciec z domu, albo… gdzieś się bardzo dobrze ukrył. Do dziś będąc w domu czuję się niczym członek załogi Nostromo, który wie, że gdzieś tam w ciemności czai się wielki, rozjuszony wróg.
Na kota natomiast wciąż się dąsam...

#RwYI4

Mam nowe auto z wbudowanym systemem głośnomówiącym. Fajna sprawa – telefon łączy się z tym ustrojstwem przez Bluetooth i można prowadząc gadać bez potrzeby korzystania z słuchawek. Ja już się do tego przyzwyczaiłem, ale moja żona ciągle zapomina o tym wspaniałym usprawnieniu technologicznym.

Ostatnio poprosiła mnie, abym zawiózł jej rodziców do sanatorium. Co jesień robią sobie taki urlop – wypoczywają w jakichś basenach razem z innymi pomarszczonymi emerytami.

No, więc jedziemy sobie przez polską krainę w kierunku Ciechocinka, rozmawiamy wesoło, śmiejemy się, aż tu nagle telefon dzwoni. Patrzę – moja żona. „Pewnie chce zapytać jak się nam podróżuje...” - myślę sobie. Odbieram więc odruchowo na głośnomówiącym, a tu moje kochanie, nie czekając na powitalne „Halo?” przemawia:
- Weź, Marcin. Tak mnie wczoraj mocno w tyłek wygrzmociłeś, że dziś w pracy siedzieć nie mogłam… Co tam u was?
W odruchu paniki rozłączyłem rozmowę.

Dwie godziny jechaliśmy w milczeniu. Ani ja, ani teściowie nie pisnęli nawet słówka. To najdłuższe i najbardziej niezręczne 120 minut w moim życiu. Tematu nigdy potem nie poruszaliśmy, aczkolwiek relacje między nami są teraz dość dziwne. Tymczasem zdecydowałem się nie korzystać już z zestawu głośnomówiącego – tak na wszelki wypadek.
Dodaj anonimowe wyznanie