Mam 3-letnią córkę, moja żona nie żyje od 1,5 roku. Dzisiaj odebrałem wyniki testu na ojcostwo (już drugie - musiałem się upewnić). I mam pewność, że nie jestem biologicznym ojcem.
Kocham córkę nad życie, ale nie wiem co robić. Przez półtora roku prawie dzień w dzień chodziłem na cmentarz i opowiadałem pomnikowi o tym, co robiliśmy, o tym, że Hania uczy się nowych słów, coraz piękniej koloruje, że poznała nowy wierszyk w przedszkolu. Nienawidzę swojej żony. Nie wiem, jak mogła mi to zrobić i przez te wszystkie miesiące codziennie kłamać mi w żywe oczy. Nie wiem, jak mam opowiadać córeczce o mamie bez żalu w głosie. Nie wiem, czy i za ile lat powiedzieć jej, że nie jestem jej prawdziwym tatą.
Pamiętam, jak przyłapałem żonę na pocałunku z kolegą z pracy, a ona zarzekała się, że to tylko jeden raz, a ja jej wybaczyłem. Jak moi koledzy mówili, że zdradza mnie na prawo i lewo, a ja twierdziłem, że to nieprawda, że przecież obiecała...
Pamiętam, jak pokazała mi pozytywny test ciążowy, a ja rozpłakałem się ze szczęścia. Jak chodziłem z nią na wszystkie badania i zaczytywałem się we wszystkich poradnikach o rodzicielstwie.
Nie będę szukać biologicznego ojca Hani. Zrobię wszystko, by być najlepszym ojcem na świecie, nawet jeśli nieprawdziwym.
Umówiłam się na pierwszą randkę z chłopakiem, w którym kochałam się od dawna. Ubrałam krótkie, białe spodenki, bo przecież lato, ciepło. Co złego może się wydarzyć?
Dostałam miesiączki... Przemierzałam z moim ukochanym pół miasta z zakrwawionymi nogami do samych kostek, w poszukiwaniu toalety...
PS Od tego wydarzenia minęły dokładnie 4 lata. To już cztery lata, jak jestem z moim jedynym :)
Jestem w trakcie szkolenia do licencji pilota w jednym z aeroklubów na północy Polski. Szkolenie takie obejmuje także loty samodzielne przed otrzymaniem licencji - instruktor zostaje wtedy na ziemi, a samemu lecę na sąsiednie lotniska.
Nikt nie wie, że przed takimi lotami bardziej zwracam uwagę na to co zakładam, żadnych dziur w skarpetkach czy znoszonych ciuchów. Wszystko dlatego, żeby w razie wypadku nie było wstydu na sekcji. Może to i bez sensu, i tak wiadomo jak człowiek wygląda po takim wypadku, ale jakoś mi to pomaga :)
Będzie krótko. Lubię sobie od czasu do czasu coś zapalić. Zawsze w tajemnicy i gdy nikogo nie ma w domu. Robię tak już od 3 lat. Mąż o niczym nie wie. Jest przeciwnikiem używek i policjantem...
Miewałam ciężkie epizody depresji, psycholodzy i leki mi nie pomagali. Jak na razie to jedyny sposób, który mi pomaga, wszystkie objawy ustąpiły jak ręką odjął i znów mogę normalnie funkcjonować, ale jak nie robię tego przez dłuższy czas, to jednak pogarsza mi się i wszystko wraca. Mąż wiedział o moim stanie i starał się pomagać, ale też ma pracę. Nie wie tylko, dlaczego nagle mi się poprawiło, powiedzieć mu nie mogę, za dobrze go znam. Gdyby tylko istniał jakiś inny sposób, to nie musiałabym dłużej gryźć się z wyrzutami sumienia, ale przynajmniej jestem już wolna od depresji...
Co tu dużo mówić...
Mój ojciec przyszedł na urodziny mojej 8-letniej córki w koszulce z napisem "je*ać policję".
Moja siostra dziś wyjechała z mężem na wakacje. A ja wracając z pracy znalazłam pod drzwiami swoje siostrzenice z walizkami. Pomimo że od początku roku byłam dwukrotnie pytana przez siostrę, czy zajmę się ich dziećmi w trakcie wyjazdu i za każdym razem odpowiadałam, że nie - mam nieregularne godziny pracy, a dzieci w wieku 5 i 7 lat moim zdaniem nie powinny siedzieć same przez 10 godzin. Zresztą po pracy chciałabym odpocząć, a nie dodatkowo niańczyć nie swoje dzieci przez dwa tygodnie.
Siostra i jej mąż telefony wyłączyli. Nasz ojciec jest w sanatorium (zresztą poważne problemy z kręgosłupem i tak by uniemożliwiły opiekę nad dziećmi), matka nie żyje. Z rodzicami szwagra ani jego rodzeństwem kontaktu nie mam. I teraz pewnie zbiorę mnóstwo hejtów, ale zadzwoniłam na policję, że jest dwójka dzieci bez opieki. Przyjechali, pogadaliśmy, opisałam sytuację, zabrali dziewczynki do pogotowia opiekuńczego. Podałam numery telefonu do siostry i szwagra, może jak dotrą na miejsce, to je włączą, jeśli nie, to po powrocie czeka ich niespodzianka.
I zanim ktoś napisze, że jestem wyrodną siostrą. Ja na pomoc mojej siostry nie mogę liczyć nigdy. Przeprowadzka - nie miałam wtedy samochodu, szwagier ma firmę transportową, trzy kolejne weekendy nie miał czasu (w weekendy nie pracuje), ostatecznie rzeczy pomógł mi przewieźć kolega z pracy. Kiedyś leżałam z ostrą grypą (ponad 40 stopni gorączki przez kilka dni) - pokończyły mi się zapasy jedzeniowe, zadzwoniłam z prośbą o podrzucenie bochenka chleba, bo i tak chora nie miałam ochoty na nic poza chlebem z masłem - dzień później poratowała mnie sąsiadka, bo pewnie bym z głodu umarła. Miałam kota i trzydniowy wyjazd na szkolenie z pracy - poprosiłam, żeby wpadła raz dziennie dać mu jeść - kot spędził trzy dni w hotelu dla zwierzaków. To takie trzy najbardziej obrazowe sytuacje, bo opisując te bardziej drobiazgowe pewnie zabrakłoby mi znaków. Ogólnie widujemy się tylko u ojca przy okazji imienin/świąt/spotkań rodzinnych albo kiedy ona czegoś ode mnie chce.
Dzieci zdarzyło się jej już wcześniej kilka razy bez zapowiedzi podrzucić na noc, mimo że zwracałam uwagę, iż wypadałoby chociaż kilka dni wcześniej zapytać. Szwagier ma trójkę rodzeństwa oraz dwójkę rodziców cieszących się dobrym zdrowiem, wszyscy mieszkają w tym samym mieście, ale to ja jestem darmową opiekunką. Cóż, pewnie do dzisiaj, ale po prostu miarka się przebrała. Mam nadzieję, że wakacje bez dzieci będą wybitnie udane, oboje się wyciszą i zrelaksują, bo po powrocie czeka ich dawka stresu i nerwów. Ja mam luz i nie żałuję. No może tego, że tak późno się postawiłam.
Kiedy jeszcze byłem małym dzieciaczkiem i chodziłem do przedszkola, zdarzyła mi się taka sytuacja. Otóż w przedszkolu zachciało mi się zrobić kupę, no to idę sobie do łazienki, wchodzę do kabiny, której nie dało się zamknąć i robię na Małysza. W pewnym momencie wszedł do mnie niechcący kolega. On zaczął krzyczeć, ja nie wiedząc co zrobić też zacząłem. Tak krzyczymy już parę minut, ja już skończyłem robić dwójkę i zacząłem się podcierać, dalej krzycząc. W końcu podciągam spodnie i majtki, wymijam go i wychodzę, dalej krzycząc.
Przestałem krzyczeć dopiero po umyciu rąk i wyjściu z łazienki.
Kilka lat temu, jak skończyłem średnią szkołę, zostałem wyrzucony z domu.
Dziś, kiedy mi się powodzi, nagle znalazła się kochająca rodzina, która chce ode mnie pieniędzy. W końcu ja dobrze zarabiam i mogę ich finansować.
Kiedy przypomniałem swoim rodzicom i rodzeństwu, że się nade mną znęcali i wyrzucili mnie z domu, zaprzeczyli temu. Teraz starają się popsuć mi opinię wśród sąsiadów. Rozważam przeprowadzkę na drugi koniec Polski, żeby się całkowicie od nich uwolnić.
Pewnie słyszeliście, a może nawet i znacie z autopsji ten ekstremalny poziom upojenia alkoholowego, kiedy ktoś w przypływie procentowej szczerości chwyta za telefon i dzwoni do swojej eks?
Wczoraj w nocy obudził mnie telefon od Przemka. Odebrałam. Był tak bardzo pijany, że ledwo rozumiałam co mówi. „Jesteś miłością mojego życia, Klaudyna” - wybełkotał. - „Żałuję, że zerwaliśmy. Kocham cię i dla ciebie jestem w stanie rzucić Martę. Jesteś od niej pod każdym względem lepsza. Mądrzejsza, bardziej taka, no wiesz… mięciutka (serio?). W łóżku jesteś prawdziwą, kurde, tygrysicą, wiesz Klaudynkooo? A nie jakąś tam zimną kłodą bez cycków. Wróć do mnie, a będę dla ciebie jak Alfa Romeo dla Julii” - jego nieskładne wyznanie było takie romantyczne, że nawet, walcząc z resztkami sennego oszołomienia, zaczęłam zastanawiać się, czy nie dać temu głupkowi jeszcze jednej szansy…
…i wtedy nagle otrzeźwiałam. Przecież Przemek to mój chłopak! To ja jestem Marta, a Klaudyna to dziewczyna, z którą spotykał się, zanim mnie poznał!
W grudniu moja sąsiadka popełniła samobójstwo, wieszając się w łazience na sznurze. Była samotną matką małego chłopczyka i tak szczerze to nigdy nie wiedziałam o nich za wiele szczegółów, bo nasze relacje to zwykłe mówienie sobie "dzień dobry", a warto dodać, że ich też stale nie było w mieszkaniu. Sąsiadka miała podobno zdiagnozowaną depresję. Policja przeszukała wszystkie szafki w jej włościach i znaleźli pamiętnik, w którym to opisywała, że jestem nieznośna, musi słuchać przeze mnie głupiej muzyki (jestem miłośniczką rapu, inni się na hałasy nie skarżyli) i mój pies ciągle wychodzi z mojego mieszkania i drapie jej drzwi wejściowe od strony klatki schodowej.
W czym problem? Cała jej rodzina i ponadto wszyscy lokatorzy bloku uważają, że to ja ponoszę odpowiedzialność za jej śmierć. Powiem tyle: przykro mi z tego powodu, ale jak przeszkadzała jej muzyka, to mogła zapukać w drzwi i powiedzieć, a ja nawet nie mam psa, więc ktoś po prostu bezczelnie zrzuca winę na mnie i nie przyznaje się do tego zwierzęcia. Jej synek nawet potwierdza, że nigdy nie było między nami żadnych spin, a kobieta oszalała, bo widać nikt się nią nie interesował.
Szkoda mi najbardziej chłopca, ponieważ to fajny dzieciak i musi iść do domu dziecka, a nie takie proste, żebym ja go zaadoptowała. Gdybym cofnęła czas, to bym się starała zagadać do tej kobiety, ale cóż... Teraz muszę się z tym pogodzić i z opinią sąsiadów również.
Dodaj anonimowe wyznanie