Wczoraj wieczorem moja dziewczyna zadzwoniła do mnie w stanie okrutnego upojenia alkoholowego. Przez piętnaście minut opowiadała, jak bardzo mnie kocha, jakim wspaniałym mężczyzną jestem i jak bardzo chciałaby mieć ze mną dzieci.
Swój długi, kwiecisty wywód przerywała tylko parę razy. Gównie po to, aby poprosić faceta, z którym akurat była w łóżku, aby nie niecierpliwił się, nie był taki napalony i dał jej skończyć rozmowę...
Moja teściowa ostatnio mi marudziła, że jej głupio i smutno, że jej syn, a mój mąż, częściej używa prezentu świątecznego, który dostał ode mnie, niż tego od niej.
Ode mnie dostał szalik, a od niej samochód.
W mojej podstawówce gdy byłam dzieckiem zamiast obiadów jak w normalnych szkołach, były rozdawane kanapki. Żeby dostać posiłek trzeba było zapłacić albo załatwić to w MOPSie czy GOPSie. Wiecie co nam dawali? Kanapki z zeschniętym serem, kanapki z serkiem topionym, z zepsutym pieczonym pasztetem (mówiliśmy na to "kanapka z mózgiem") i wszystko okraszone Delmą czy inną masłomargaryną.
W gimnazjum (dalej w tej samej szkole) weszły już zupy na obiad. Tyle tylko, że talerze i sztućce były plastikowe i jednokrotnego użytku, a panie Woźne myły je pobieżne i takie tłuste dawały nam na drugi dzień skrupulatnie pilnując, żebyśmy oddali. Nie wiem czy się czymś nie zaraziłam.
Zacznę od tego, że to moje trzecie podejście do tego wyznania. Dwie próby powstrzymałam, jednakże ostatnie wydarzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że już dłużej sama nie dam rady. No właśnie. Sama.
Pochodzę z kochającej rodziny, nigdy w życiu niczego mi nie brakowało. Moi rodzice dobrze zarabiają, dobrze nam się żyje. Ja sama mam dwadzieścia parę lat, studiuję i pracuję. Mam również młodsze rodzeństwo, wszyscy póki co mieszkamy razem. Jednakże od pewnego czasu jestem częścią tajemnicy rodzinnej, która zabija mnie od środka. Otóż jakiś czas temu dowiedziałam się od matki, że ojciec ma/miał kochankę. Ba, nawet ma z nią dziecko. Nie muszę chyba opisywać, jak bardzo świat mi się zawalił. Jednak to i tak nic w porównaniu z tym, że matka kazała mi milczeć. Nie mogłam przyznać się ojcu, że wiem, rodzeństwu, a nawet chłopakowi co na mnie spadło. Każdy rodzinny obiad z dziadkami, ciociami i wujkami to ta sama szopka.
To był pierwszy moment, kiedy zostałam z tym sama, kiedy chciałam to z siebie zrzucić i się z kimś podzielić. Ale nie mogłam.
Drugi moment nadszedł parę miesięcy później, kiedy to sam ojciec mi się przyznał. Dostałam to samo polecenie, że mam nawet matce nie mówić, że wiem. Na szczęście tu się nie posłuchałam, jednak w dalszym ciągu nie wyszło to dalej niż poza naszą trójkę. Wszystkie kłótnie, które jestem zmuszona słuchać, niekiedy nawet kończące się szarpaniną, rozmowy o rozwodzie, a na drugi dzień wspólne śniadanie, to wszystko sprawia, że żyję w ciągłym stresie. Matka za wszelką cenę chce podtrzymać obraz kochającej rodziny, gdzie rozwód nie wchodzi w grę, gdzie czasem nawet potrafi mnie obciążać, że "nie pomogłam jej w kłótni z ojcem, skoro i tak wszystko wiem, to mogłabym mu coś powiedzieć". Ale co ja mam powiedzieć, co ja mam czuć, kiedy musiałam w trybie natychmiastowym nauczyć się skrywać emocje, kiedy musiałam o tym po prostu zapomnieć i żyć dalej? Zostałam ze wszystkim sama.
Mówiłam również o trzecim punkcie kulminacyjnym, który już definitywnie mnie rozbił i jestem całkowicie oderwana od rzeczywistości. Otóż mój ojciec podjął kroki do zrzeczenia się praw do tamtego dziecka, przez co ostatnio odezwała się do mnie ta kobieta, nawet bez pewności, czy jestem we wszystko wtajemniczona, po prostu zapoznała mnie ze wszystkim. Z kontekstu doszłam do wniosku, że chce powstrzymać ojca przed zrzeczeniem się praw, dlatego postanowiła obciążyć tym mnie.
Na myśl o tym, że mogła to samo wysłać do mojego młodszego rodzeństwa, które nie wie kompletnie NIC, jest mi niedobrze. Nie powiedziałam o tym żadnemu z rodziców, chłopakowi, nikomu. Musiałam się tym gdziekolwiek podzielić, gdyż na bliskich nie mogę w tej sprawie liczyć. Nie liczę na porady, chciałam to z siebie wyrzucić. Skoro tyle się z tym sama borykałam, to coś wymyślę. Prawda?
Przez większość mojego życia zmagałam się z hemoroidami. W sumie do 15 r.ż. myślałam, że to normalne, że tak boli podczas wypróżniania.
Do rzeczy.
Mając jakieś 6 lat dostałam okropnej biegunki i w akcie najwyższej desperacji, po którymś z kolei posiedzeniu, poszłam do babci po poradę. Przecież babcia wie wszystko!
J: babciu, a jeśli bardzo boli mnie pupa, to co muszę zrobić, żeby przestało?
B: musisz pomodlić się do anioła stróża. On cię wysłucha i ci pomoże.
Tak oto, idąc za radą, siedziałam na tronie i odmawiałam wszystkie znane mi modlitwy, bo przecież miało pomóc. Babcia mówiła!
Ostatnio jakiś facet wyskoczył do mnie z nożem i próbował mnie okraść. I tak naprawdę to powinno być jego wstydliwe anonimowe wyznanie, bo jak wyciągał nóż, to skaleczył się w rękę i uciekł.
Jestem prawiczkiem, mam 27 lat. Nigdy nie miałem dziewczyny, jednak nie dlatego, że jestem jakiś szpetny (przynajmniej z tego, co słyszę). Powód dlaczego tak jest bardziej nadaje się na anonimowe (i prawdopodobnie do jakiegoś specjalisty).
Otóż panicznie boję się... Bycia posądzonym o gwałt lub o molestowanie. Nigdy nie podszedłem żeby zagadać do jakiejkolwiek dziewczyny, żadnych prób flirtu, żadnego kontaktu fizycznego też. Nawet przytulas na powitanie. Nawet w autobusie staram się jak mogę nie mieć kontaktu z żadną dziewczyną, choćby poprzez przypadkowe trącenie dłonią. A co dopiero mówić o pieszczotach, czy zbliżeniu. Paraliżuje mnie strach, że jakiekolwiek próby flirtu z mojej strony mogą być wzięte za molestowanie, a po seksie oskarży mnie o gwałt z jakichś powodów, wszyscy uwierzą jej a nie mi, skończę w więzieniu i będę miał zniszczone życie.
Dodatkowo, jakiś czas temu padł pomysł, żeby to mężczyzna oskarżony o gwałt musiał udowadniać, że jest niewinny. Już teraz cały czas czuję silne napięcie psychiczne, a jeżeli pomyślę sobie, że to prawo mogłoby wejść w życie... Wypada wtedy chyba tylko ze sobą skończyć. Albo pójść do psychiatry, żeby mi dał możliwość spędzenia reszty życia w bezpiecznym wariatkowie.
Sprawdzam milion razy czy gaz jest zakręcony nie dlatego, że boję się śmierci. To to tam nic.
Sprawdzam dlatego, że boję się astronomicznego rachunku, który by za niego przyszedł, gdybym zostawiła go na noc.
Dzisiaj robiłem zakupy w Lidlu, podjechałem jak zwykle z synem na parking, zatrzymując się na miejscu oznaczonym dla rodziców z dziećmi. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po dokonaniu zakupów i zapakowaniu ich do auta w momencie usadawiania syna w foteliku zostałem zwyzywany przez dwie matki za to, że stoję tam, gdzie nie mogę. Po moim wyjaśnieniu, że jestem z dzieckiem, dowiedziałem się, że to jest miejsce dla matek z dziećmi, a nie dla ojców.
Nienawidzę mojej siostry.
E choruje na autyzm i wybaczają jej dosłownie wszystko.
Nieważne czy coś zniszczy, zacznie krzyczeć, piszczeć albo płakać.
Tysiące razy kupowałam sobie coś dobrego, jakiś sok albo paczkę chrupek i po powrocie do domu odkładałam ją na biurko. Kiedy wracałam po kilku minutach mojej paczki już nie było. I nikt mi tego nie odkupił albo nie oddał pieniędzy. Pamiętam jak brała moje pieniądze tylko po to, żeby się nimi bawić.
W dodatku mam wrażenie, że jest uzależniona od komputera.
Mam już jej dość. Zawsze kiedy coś się stanie słyszę "E jest chora." i koniec tematu.
Mimo, że ma 10 lat zachowuje się gorzej niż przedszkolak. Non stop trzeba jej pilnować. A najgorsze jest to, że mam z nią pokój.
Nie mogę po prostu się przebrać, bo cały czas mnie obserwuje i cały czas czuję jej wzrok na sobie.
Wolałabym mieć już 2 zdrowe siostry zamiast niej...
Szlag już mnie trafia.
Jakieś rady jak przetrwać?
Dodaj anonimowe wyznanie