Byłem ostatnio w odwiedzinach u siostry. Ma dwóch synów (16 i 14 lat) oraz córkę (13 lat).
Siedzieliśmy, piliśmy kawę. W pewnej chwili N. powiedziała:
- Chłopaki, oderwijcie się na chwilę od tej gry i pozmywajcie.
(Dodam, że nie była to gra online, dało się zastosować)
- A K. nie może? - zapytał młodszy.
- Właśnie, zmywanie to babska robota - dodał starszy.
Widziałem, jak siostrze drgnęła powieka.
- A niby gdzie jest to napisane? Chłopcy mają wrodzone uczulenie na pomaganie w domu?
- Mamo, ale zawsze tak było. Mężczyźni polowali i przynosili jedzenie, a kobiety zajmowały się domem i dziećmi.
Na twarzy N. pojawił się chytry uśmiech. Wstała, wyjęła z gniazdka wtyczkę od konsoli.
- W takim razie ja i K. posprzątamy dom, a wy wypieprzajcie do lasu i proszę nie wracać mi bez dzika. Z czegoś w końcu kobiety muszą ugotować obiad, prawda?
Pozmywali.
Jeden nawet później odkurzył.
Kiedy jadę samochodem i wpadnę w jakąś dziurę, to głaszczę samochód po kierownicy. Czasem jeśli jest możliwość to i całuję w kierownicę na przeproszenie.
Jak przeczytałam wyznanie #SvHRv przypomniały mi się własne zaręczyny. Wszyscy - rodzina, znajomi - są przekonani, że mój mąż oświadczył mi się nad Morskim Okiem z całą romantyczną otoczką.
Tak naprawdę dał mi pierścionek od razu po powrocie z Zakopanego, tak zwyczajnie, bez klękania, kwiatów itp. Po prostu zapytał czy za niego wyjdę i dał pudełeczko z pierścionkiem. Tym, który sama sobie wybrałam u jubilera (o to akurat nie mam pretensji). Zawsze marzyłam o romantycznych zaręczynach i on o tym doskonale wiedział.
Jesteśmy już 10 lat po ślubie, kocham go, ale wciąż mam o to żal, czasem wracam myślami do tych nieszczęsnych zaręczyn i za każdym razem jest mi strasznie smutno.
W zeszłe wakacje pracowałam w Niemczech na magazynach na 3 zmiany. Akurat byłam na końcówce nocnej zmiany, gdy dostałam okresu. W torbie tylko dwie podpaski, gdyż nie spodziewałam się go tak szybko.
Pierwsza przesiąknęła szybko, więc muszę iść do toalety wymienić na ostatnią, jaką mam przy sobie.
W tamtejszych toaletach były kosze z półeczką. Gdy otworzyłaś kosz, podnosiła się półeczka i uniemożliwiała zajrzenie do wnętrza kosza.
Mój zmęczony móżdżek przypadkiem wrzucił ostatnią podpaskę do kosza. Co robić? Nie da się jej normalnie wyciągnąć, niemieckiego nie znam, kobiety około czterdziestki, które były ze mną na zmianie, nie znały ani polskiego, ani angielskiego, a włożony w majtki papier musiałabym wymieniać co 15 minut (szefostwo by nie było zadowolone, że tak często uciekam z hali). Pozostało mi jedynie jakimś cudem wcisnąć rękę obok tej plastikowej półki i wyciągnąć podpaskę.
Pokaleczyłam rękę o krawędź półeczki, ale udało mi się dostać do środka. Jednak nie mogło by być zbyt łatwo! Ręką nie sięgałam dna. Musiałam zatem podnieść kosz wraz z ręką w środku do pozycji poziomej i po omacku szukać mojego skarbu. Zanim znalazłam, dotknęłam ręką zużytej podpaski (nie mojej, bueh).
Uradowana, opuszczając kosz, nacisnęłam nim na klamkę, a otwierające się drzwi ukazały starszą Niemkę równie zdegustowaną i zmieszaną, co ja.
Bez słowa wyjęłam rękę z kosza i zamknęłam drzwi. Rękę po tym szorowałam chyba 10 minut. Wśród pracowników rozeszła się plotka o Polce grzebiącej w koszu na odpadki sanitarne. Na szczęście był to mój ostatni tydzień pracy.
Jedno z najobrzydliwszych sytuacji w moim życiu, o której nie wie nikt z moich znajomych. Jesteście pierwsi, drodzy anonimowi.
Nadal mam ciarki obrzydzenia, fuj.
Kiedy miałem 6-8 lat byłem bardzo wyrywny co do obierania ryb złowionych przez mojego tatę.
Jaką mi radość sprawiało zabijanie szczupaków, skrobania ich i patroszenia. Wyrywanie wnętrzności było najlepszą częścią całego procesu.
Tydzień temu pojechałem na ryby pod lód. Nie pytajcie co mnie podkusiło, sam nie wiem. Złowiłem kilka okoni, zabrałem do domu. Zabrałem się do obierania. W momencie wbicia noża w rybę, gdy wypłynęły wnętrzności zwymiotowałem do zlewu.
Ryby wyrzucone, a ja chyba do końca życia będę marketowym wędkarzem. Mrożona tilapia też jest spoko.
Zacznę od tego, że moja rodzina jest nienormalna. Bicie i wyzywanie jest tu na porządku dziennym.
Mieliśmy kiedyś psa. Właściwie tylko jego traktowałam jak członka rodziny. Był to wielki labrador o jeszcze większym sercu. Mój najlepszy przyjaciel. Niestety nie dożył spokojnej starości, ponieważ został otruty w niewyjaśnionych okolicznościach.
A teraz historia właściwa.
Niedawno przeglądałam stare zdjęcia w rodzinnych albumach. Znalazłam tam zdjęcie, przez które wszystkie wspomnienia wróciły. Byłam na nim mała ja i mój kochany przyjaciel. Mój młodszy brat (mały szatan ma 7 lat) podbiegł i wyrwał mi to zdjęcie. Z wielkim złośliwym uśmiechem biegał po domu i chciał zniszczyć tę fotografię. Prosiłam, aby mi ją oddał, ale on z szyderczym uśmiechem uciekał i dalej śmiał się ze mnie. Ja nie wytrzymałam i wybuchłam wielkim płaczem z bezsilności. Prosiłam go dalej i próbowałam mu ją odebrać, ale bez skutku.
Jak zareagowała moja rodzina?
Wielki ŚMIECH.
Rodzeństwo zwija się ze śmiechu, rodzice mówią, że mam przestać robić z siebie idiotę.
Pewnie większość z was też sobie pomyśli, że przesadzam i robię z siebie idiotę, ale jak wy byście się zachowali?
Co WY byście zrobili, gdyby ktoś chciał zniszczyć jedyne rzeczy po waszej najważniejszej osobie w życiu, jedynej istocie, która was kochała?
Od dłuższego czasu razem z chłopakiem wynajmujemy mieszkanie w jednym z większych polskich miast. Sam pokój, w którym śpimy nie jest duży, ale za to ma wielkie okno balkonowe, które zajmuje całą jedną ścianę naprzeciwko rozkładanej kanapy.
Wczoraj wieczorem leżeliśmy na łóżku i sytuacja nabierała coraz szybszego tempa i robiło się coraz bardziej gorąco. Gdy już było po wszystkim i trochę ochłonęliśmy, ubrałam się i wyszłam na balkon. W oknach mamy rolety, ale były podciągnięte i gdy się obróciłam w ich stronę, ujrzałam mojego przystojnego chłopaka w całej okazałości. Zanim doszło do czegokolwiek z moim chłopakiem, leżałam na łóżku i czytałam książkę, tuż przy samej ścianie stała lampka skierowana niefortunnie w stronę okna, a w trakcie zabaw oczywiście jej nie wyłączyliśmy, więc osoby przechodzące ulicą miały świetny TEATRZYK CIENI!
Przez pół godziny później leżeliśmy z chłopakiem na łóżku i płakaliśmy z śmiechu :)
Zacznę od tego, że wiem, że nie sika się pochwą, to zupełnie inna "dziurka", ale...
Zawsze kiedy mam założony tampon, nawet najmniejszy rozmiar, nie potrafię się wysikać. Mocz co najwyżej wypływa pojedynczymi kroplami, a strumień jest dopiero po wyjęciu tamponu.
Zdarzyło mi się, że po którejś próbie, zakończonej wypływem tylko kropel, zaczęłam wyjmować tampon i mimo powstrzymywania, mocz pociekł mi po palcach.
Czuję się oszukana hasłami, że można sikać przy założonym tamponie.
Po śmierci dziadka moja babcia skrajnie się załamała. Nie jadła, żyła tylko o herbacie i wciskanych jej niemal siłą zupach. Wymiotowała, całe dnie leżała albo siedziała gapiąc się w sufit. Cierpiała niemiłosiernie. Babcia to najcudowniejsza, najukochańsza osoba jaką wszyscy znamy. Zaczęła mieć objawy choroby psychicznej. Najgorzej było, gdy w końcu się podniosła, próbowała coś zrobić, a potem odruchowo mówiła coś do dziadka, wołała go albo szła w miejsca, gdzie lubił przesiadywać/leżał i go tam nie zastawała. Potrafiła po prostu paść na podłogę i wyć, albo co gorsza biegała wszędzie z obłędem w oczach, szukając dziadka.
Wszystko zmieniło się, gdy podarowałam jej kociaka. Był bardzo młody, jeszcze potrzebował karmienia mlekiem, choć sam człapał. Jeśli chcecie mnie skrytykować, doczytajcie proszę do końca. Przyniosłam go do babci prosząc ją o pomoc w jego odratowaniu, bo "ja nie umiem, nie znam się, mam problemy z czasem (praca plus uczelnia)". Babcia mimo swojego stanu zajęła się nim, bo prędzej by sama padła, niż zostawiła potrzebującego na pastwę losu.
Chociaż na imię dostał Pruszek (od swojej mizerności) i był tak nazywany przez babcię od dwóch miesięcy, reagował tylko na zdrobniałe imię dziadka. Miejscówki dziadka natychmiast stały się jego ulubionymi miejscami. Potrafił miauczeniem prosić, by wsadzić go na wyściełany fotel albo ławeczkę przed domem. Gdy coś przeskrobał, np. zbojkotował narzutę na kanapie, babcia z przyzwyczajenia groźnie wołała "FELICJAN, coś ty zrobił, na litość boską?!" natychmiast przepraszał, przymilając się, na co babcia reagowała jeszcze większą miłością niż zwykle.
Rodzina uznała to za coś w rodzaju cudu/reinkarnacji/znak od dziadka. Babci wrócił dawny wigor i chociaż wciąż cierpiała po dziadku, stała się dawną sobą. Gdy wołała "Feluś", zawsze był odzew. Z czasem znów gotowała, sprzątała, gadała jak katarynka, Feluś stał się dla niej wszystkim.
Teraz część anonimowa. Kociak nie był taki sam z siebie. Ukradłam go kocicy, która mieszkała od lat na naszym osiedlu, ale była tak nieudolną matką, że każdy jej miot ginął i ludzie tylko znajdowali trupki na jezdni/w piwnicach. Próby pomocy kończyły się marnie, nawet fundacja nie dała sobie z tym dzikusem rady. Gdy zobaczyłam, że znowu ma małe, podstępem jednego ukradłam (nie chciałam zabierać wszystkich), gdy był jeszcze maleńki. To ja nauczyłam go reagowania na Felusia/Felicjana. Potajemnie spryskiwałam miejsca dziadka zapachem, do którego go przyzwyczaiłam i dopiero dałam babci. Bałam się efektu bardzo, ale byłam zdesperowana widząc cierpienie babci.
Jego rodzeństwo znów nie przeżyło. Podejmujemy kolejne próby ogarnięcia tej kotki, ale spełzają one na niczym. Poprosiliśmy o pomoc kogoś, kto może ją uśpić strzałkami i zabrać na sterylizację, ale nie wiemy, czy odpowie.
Szedłem do szkoły, w parku na swojej drodze przeplatanej wieloma ludźmi napotkałem menelika. Rzecz jasna zaczepił tylko mnie:
- Dzień dobry, młody człowieku.
- Dzień dobry, słucham... (Oczywiście moja mina była dosyć wymowna)
- Mam do ciebie nietypowe pytanie, mogę ci je zadać?
- Tak, oczywiście...
- Lubisz ptaki?
Tutaj lekko zgłupiałem, podejrzewając niecny podstęp, ale po chwili wahania powiedziałem z niepewną miną:
- Yyyy, tak.
A pan menelik na to:
- To wspomóż SĘPA.
Słysząc to parsknąłem śmiechem i oczywiście sypnąłem dwójkę.:D
Dodaj anonimowe wyznanie