#qMh2l

Kojarzycie takie zdjęcie, gdzie stoją trzy dziewczyny, pokazują pierścionki, a czwarta pociąga wino z butelki?
To ja się czuję jak ta czwarta.

Tak się złożyło, że moje trzy najlepsze koleżanki zaręczyły się w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. I teraz gdy spotykamy się, nie ma innego tematu niż sukienki, bukiety, sala, kościół...
To samo jak piszemy na Messengerze.
Cieszę się z ich szczęścia, ale czasem chciałabym pogadać o czymś innym.
Zastanawiam się, czy będzie sens ciągnąć tę przyjaźń po ślubach, gdy będą gadać o dzieciach...

#QiDIb

Będąc na pielgrzymce, leżałem na odpoczynku w jakimś rowie. Kilka metrów dalej gawędzili jacyś mieszkańcy, ich rozmowa wydała mi się dosyć ciekawa, więc pozwolę sobie ją przytoczyć.

- Pani, my to pielgrzymów nie przyjmujemy.
- Dlaczego tak?
- Przyjęliśmy paru ze dwa lata temu. Przyszli, zjedli, poszli. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że strasznie po ich odejściu zaczęło śmierdzieć. Przez dwa tygodnie szukaliśmy smrodu, niemal dusząc się we własnym mieszkaniu. W końcu znaleźliśmy. Okazało się, że któryś geniusz nasrał pod dywan i przyklepał dla niepoznaki.

#OEwf2

Może zacznę od tego, że jestem jedynaczką. W pewnym momencie chce się pokazać sobie i całemu światu, że jest się niezależnym, zdolnym do ogarnięcia życia, etc., etc.

Tak więc zaplanowałam wielką wakacyjną wyprawę do słonecznej Italii. Żeby wyzwanie było poważne, zaplanowałam trzy bite tygodnie podróży na couchsurfingu z początkiem w Mediolanie i zakończeniem w Rzymie.

Wszystko dopięte na ostatni guzik, rodzice dumni. Nadchodzi Ten Dzień. Wyjeżdżamy na lotnisko. Dziecko dorasta, te klimaty. Wchodzę, a tam lot w dobre miejsce, pora prawie-dobra, ale nie te linie. Myślę - zmienili linie? Samolot się zepsuł? Piekło zstąpiło?
Mówię tacie: zniknął mój samolot! Tata mówi: sprawdź bilet! Wyciągam, sprawdzam, wszystko gra! Tata wyciąga mi bilet z rąk, spogląda i pyta: A co tutaj jest napisane, drukowanymi literami w lewym górnym rogu?
W rogu było napisane BALICE.
My byliśmy w Pyrzowicach...
Tak właśnie pokazałam wszystkim, jak bardzo ogarniam życie.

Tego dnia dowiedziałam się też, ile kosztuje bilet tanich linii kupiony pół godziny przed odlotem. Krocie.

#Uw5IJ

Wychowałam się w małej miejscowości na typowo męskim podwórku. Pamiętam, jak przekopali nam je, żeby wymienić rury kanalizacyjne i wstawić taką małą studzienkę, która była kompletną nowością w naszym przybytku. Znajdowała się z metr od budynku. Stała się obiektem zainteresowania, szczególnie że można było ją otworzyć i obserwować, jak płynie woda.
W końcu ktoś rozumiał, że jak w domu puści się wodę, to w studzience strumień będzie większy.
Nie pamiętam już który z moich braci lub przyjaciół wpadł na ten genialny pomysł, ale ktoś rzucił tekstem: "ej, to ja pójdę zrobić kupę i zobaczymy jak tu płynie!".

Taaak, mając kilka lat miałam niezła frajdę z obserwowania cudzej dwójeczki w 30-centymetrowym otworze. Nawet autor dzieła zdążył na ten spektakularny przepływ. Na szczęście byłam najmłodsza na podwórku i jestem w stanie sobie to wybaczyć. :D

#cEibo

Rzecz działa się, kiedy miałem jakoś 11-12 lat. Jako podrostek uczęszczałem do szkoły sportowej w sekcji pływackiej, dosyć poważna sprawa - 2 treningi dziennie, pierwszy już o 6:30, w soboty też. Generalnie nie polecam, jak ktoś lubi spać. To "profesjonalne" dziecięce pływanie cierpi też inną mniej znaną dla szerszej publiki przypadłość. Wszechobecna nagość oraz fakt, że szatnia była wspólna dla nas dzieciaczków i całej reszty uczniów w wieku maturalnym włącznie sprawia, że rodzice, którzy wysyłają swoje dziecko do klubu pływackiego z powodzeniem mogą sobie odpuścić rozmowy o pszczółkach, kwiatkach i tłumaczenie im działania męskich narządów w atlasie anatomicznym (piszę ze swojej perspektywy, ale podejrzewam, że w szatni u dziewczyn było podobnie). W skrócie, jak to mawiała moja babcia - sodomia i gomoria.

Otóż był to wiek, kiedy po raz pierwszy uznałem, że dziewczyny jednak "nie som gupie" i spodobała mi się koleżanka z klasy. Wszystko pięknie, ładnie. Pojechaliśmy na zimowy obóz sportowy w okolice Zakopanego. W pokojach mieliśmy włączniki do świateł działające na zasadzie "dotykowej blaszki" i właśnie tutaj znaczenia nabiera wszystko to, co opisałem wcześniej. Nie wiedzieć czemu uznałem, że muszę sprawdzić, czy włącznik dalej będzie działał, jak pstryknę go swoją "końcówką", więc niewiele myśląc wpakowałem się na szafkę nocną, opuściłem gacie w dół i zacząłem włączać i wyłączać światło w pokoju, będąc niezwykle z zadowolonym z siebie, gdyż moja hipoteza, że włącznik zadziała się sprawdziła.

W tym momencie drzwi do mojego pokoju otwarły się bez pukania i stanęła w nich moja luba. Popatrzyła na mnie stojącego ze sprzętem w ręce na szafce nocnej, chwilę tak stała zanim ogarnęła co tu się odpierdala, skrzywiła się znacząco i uciekła. Nie odzywała się do mnie przez następny rok.

Do dzisiaj, chociaż to już 10 lat z okładem od tamtego czasu, za każdym razem, jak zaczynam się spotykać z jakąś dziewczyną, przynajmniej raz śni mi się, że moja wybranka przyłapuje mnie na pstrykaniu włącznika światła moim "sprzętem" i odchodzi :D

#JmZDO

Dla całego otoczenia - sąsiadów, znajomych czy dalszej rodziny tworzyliśmy idealną rodzinę stawianą jako wzór. Ciężko pracujący ojciec, matka zajmująca się domem i dwójka dzieci nigdy nie sprawiających problemów. Dzieci spokojnych, grzecznie siedzących przy stole, uprzejmie witających się z innymi ludźmi, znających słowa takie jak dziękuje, proszę, przepraszam. Dzieci nie biegających po kościele w czasie mszy, nie krzyczących, nie proszących o kupienie jakiegoś drobiazgu.

Wszyscy chcieli wiedzieć jak tak wychować dzieci, ale nikt się nie dowiedział nigdy, że to nie było wychowanie, tylko tresura. Chciałbym powiedzieć, że tresura metodą kija i marchewki, ale marchewek to ja nie pamiętam. Pamiętam za to pas. Pamiętam ból i strach przed tym, żeby ten ból się nie powtórzył. Bolał tyłek, czasem plecy, ale bardziej bolało serce dziecka, które po laniu siedziało same w pokoju i płakało, z bólu i poczucia samotności. W zasadzie chlipało w poduszkę, bo płacz był zabroniony. Płacz słyszany przez sąsiadów był określany jako powód do wstydu dla dziecka, że jest małe i słabe. Że to wstyd tak ryczeć i stanę się pośmiewiskiem otoczenia.

Dziś mam już dawno skończone 30 lat i jedno marzenie. Móc cofnąć się w czasie i stanąć w obronie siebie samego, dziesięcio-, dwunastoletniego zastraszonego brzdąca, i tym samym dać mu odrobinę wsparcia i wiary w jego możliwości. Bo teraz bym się nie wahał. A wtedy nie było nikogo, kto mógłby pomóc, nikogo, kto by uwierzył choć w część tego, co się działo w 4 ścianach naszego domu. Zresztą do tej pory nikt komu o tym wspominam, a kto zna moich rodziców, nie wierzy w to. A przeszłość powraca w snach, które sprawiają, że dorosły mężczyzna kuli się pod kołdrą ze strachu. Który tylko raz spał z dziewczyną, bo gdy we śnie go przytuliła, on obudził się z krzykiem, odpychając ją.

#xrdsI

W moim domu zawsze resztki z posiłków są wrzucane do jednego garnka i zostawiane na gazówce. Zazwyczaj po obiedzie idę to wszystko wyrzucić.

Pewnego dnia wpadł do nas syn kuzyna. Był bardzo głodny i widząc coś, co w jego mniemaniu przypominało zupę, postanowił spróbować. Stwierdził, że jest dobra, więc przyszedł do mnie spytać, czy może sobie ją podgrzać i zjeść. Oczywiście zgodziłam się.
Fakt, że tego dnia nie gotowałam zupy uświadomiłam sobie słysząc "Ciociu! Dlaczego w tej zupie pływa herbata?".

Nawet nie chcecie wiedzieć jak się czułam, tłumacząc mu swoją pomyłkę.

#Ulnfu

Z moją dziewczyną Basią poznałem się w pewnym klubie jazzowym i wiele naszych wspaniałych wspomnień związanych jest właśnie z tym miejscem. Jako że moja ukochana nie lubi zbyt efektownych „szopek”, postanowiłem poprosić ją o rękę w najbardziej zwyczajny sposób. Kupiłem pierścionek i wymyśliłem sobie, że wrzucę go do jej kieliszka z szampanem podczas najbliższej wizyty w naszym ulubionym klubie.
Siedzieliśmy przy stoliku i jak zwykle patrząc sobie w oczy rozmawialiśmy o pierdołach, a ja czekałem aż Basia skoczy do łazienki i będę mógł wrzucić „niespodziankę” do szampana. W końcu nadszedł ten moment. Poszła. Wychyliłem się, aby być pewnym, że na pewno jest w łazience, nerwowo zanurkowałem w kieszeni moich spodni, rozglądając się na wszystkie strony, wydobyłem z niej pierścionek i PLUM! Wrzuciłem go do kieliszka.
Udało się – pomyślałem... I wtedy poczułem uderzenie w policzek i krzyk. Jakieś kobiety nie wiadomo skąd znalazły się wokół mojego stolika, w liczbie przynajmniej ośmiu jednostek i wrzeszczały, machając rękoma niczym wiatrakami, niektóre potrącały mnie, szarpały za bluzę. Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi, kiedy jednak któraś z nich wylała mi zawartość Basiowego kieliszka na głowę, wstałem, żeby wydostać się z tego piekła. W tym momencie dostałem w kły od rosłego ochroniarza. Upadłem na ziemię i wykręcono mi ramiona. Koszmar zakończyło dopiero pojawienie się Basi, która przecisnęła wrzeszczące baby i rzuciła się na duszącego mnie goryla.
Paradoksalnie ten chaos skończył się dopiero wtedy, gdy wykrzywiony z bólu ryknąłem: CZY WYJDZIESZ ZA MNIE?!
Ochroniarz mnie puścił, a dziewczyny przestały się drzeć. Rozczochrany, mokry od szampana i brudny od syfu z podłogi, schyliłem się po leżący na ziemi zdeptany pierścionek i wręczyłem go Basi. W tej chwili do wszystkich dotarło, że to nie pigułka gwałtu wylądowała w kieliszku. Dziewczyny oczywiście szybko zwinęły się, nie przepraszając za tę awanturę. Klasę natomiast pokazał goryl, który nie tylko wylewnie pokajał się, ale i przyprowadził szefa lokalu, który w ramach przeprosin postawił nam butelkę najlepszego szampana, zapewnił stolik w sekcji dla VIP-ów, a nawet dał mi koszulkę z logo klubu, abym mógł się przebrać.
Cóż, nie tak wyobrażałem sobie moje zaręczyny, ale przynajmniej zapamiętamy je na całe życie...

#6CXEd

Jestem fizjoterapeutą i nie znoszę dzieci ani tych zdrowych, ani chorych. Podczas pracy zawodowej było mi dane spotkać się z najróżniejszymi przypadkami zarówno dzieci powypadkowych, jak i z wadami wrodzonymi lub okołoporodowymi. Mimo że na wierzchu muszę zaciskać zęby, zachowywać się profesjonalnie oraz jak najlepiej wykonywać swoją pracę, absolutnie nienawidzę (to nie jest za mocne słowo) pracować z dzieciakami z dwóch ostatnich wymienionych grup. Wynika to z moich osobistych poglądów, że jeśli płód jest uszkodzony lub dziecko urodzi się chore, to powinna być wykonana aborcja. Podobnie przy uszkodzeniach okołoporodowych powinna być dozwolona eutanazja. Jeśli dziecko będzie niezdolne do czegokolwiek, to przez 18 lat bez sensu będzie opłacana jego rehabilitacja, która nie wniesie nic. W tym samym czasie ludzie po wypadkach (też i dzieci) czekają na rehabilitację i słyszą: za pół roku, za rok, skończył się limit.

Nigdy nie zapomnę widoku zabiedzonej matki, która dosłownie przynosiła dziecko 17-letnie (potocznie nieładnie nazywane warzywem) na rehabilitację, a potem podczas terapii powiedziała, że dziecko zostało uszkodzone okołoporodowo i gdyby mogła, dokonałaby eutanazji, aby oszczędzić cierpienia dziecku i sobie. Bo miałaby wtedy szansę mieć kolejne dziecko, być może zdrowie.

Możecie mnie hejtować, mówić o zmianie zawodu, grupy, z którą pracuję (dzieci zdarzają mi się w terapii bardzo rzadko już na szczęście), że gdybym był rodzicem, to moje zdanie uległoby zmianie. Zawód swój kocham, ale patrząc na niego też pod względem czysto medycznym i biologicznym, to niestety selekcja naturalna. Normalnie nie mogę się głośno podzielić swoimi poglądami, więc chociaż tu się "wypiszę".

#ASwEj

Historia ta zdarzyła się w czasach, gdy byłem jeszcze dzieciakiem.
W ten dzień z kolegą przechodziłem obok sadu i postanowiliśmy poczęstować się jabłkami naszego nielubianego sąsiada, oczywiście bez jego zgody.
Nazrywaliśmy jabłek ile tylko się dało i stało się... przyłapał nas właściciel. My jak to młode wilki, w długą, ale właściciel się nie zniechęcił i niczym Usain Bolt mnie dopadł.
Zadowolony z siebie sąsiad, targając mnie pod pachą, przywlókł mnie do mojego rodzinnego domu i domagał się od mego ojca jakiejś reprymendy, a raczej jakiegoś lania paskiem po dupie.
Tata wziął mnie do pokoju obok, aby zastosować reprymendę, sąsiad czekał w kuchni. Gdy byliśmy już sam na sam, ojciec pochylił się i powiedział mi na ucho "dobra, to ja walę w stół, a ty krzycz". Jak powiedział, tak zrobił, tata walił w stół z całej siły, a ja darłem się wniebogłosy, jak to bardzo boli.
Po wymierzeniu kary wróciliśmy do sąsiada i wszyscy byli zadowoleni: sąsiad, tata, a najbardziej ja, choć rzecz jasna nie okazywałem tego, bo kto się cieszy, że dostał po dupie?
Tak oto mój tata o gołębim sercu zaskarbił sobie szacunek i u sąsiada (bo twardo z "obowiązków ojcowskich'' się wywiązał), i u mnie :)
Dodaj anonimowe wyznanie