Jako nastolatka zostałam odurzona i wykorzystana na jednej z imprez. Nigdy o tym nikomu nie powiedziałam bo było mi zwyczajnie wstyd a poza tym pamiętałam twarz oprawcy jak przez mgłę.
Miałam po tym traumę, którą pomógł mi przezwyciężyć mój już były chłopak. Bardzo go kochałam jednak miałam problem ze zbliżeniami. Zwyczajnie coś mnie blokowało. Naciskał coraz bardziej a w końcu zrobił to wbrew mnie. I wtedy mnie olśniło. To co mi przeszkadzało to fakt, że to on zgwałcił mnie na tamtej imprezie. Spakowałam się i uciekłam.
Zmarł mój kuzyn miał 28-lat. Podobno serce. 2 miesiące przed jego śmiercią mi się przyśnił napisałam mu wiadomość na messenger żeby się ogarnął bo miałam sen, że nie żyje, a nie mam czasu na pogrzeby ani kasy na wiązanki. Nic się z nim nie działo po prostu miałam sen w którym jego matka mówiła mi ze on umrze i w tym śnie faktycznie umarł.
Wieczorem po jego prawdziwej śmierci zaczęłam na głos pytać co takiego się do cholery stało. Tej nocy śnił mi się jak prowadzi mnie do piwnicy i pokazuje mi miejsce w których ma ukrytą spora ilość amfetaminy. Korci mnie by pójść do wujka i przeszukać piwnicę. Anonimowo nikomu o tym nie powiem bo wezmą mnie za wariatkę, która źle mówi o zmarłym.
Takich historii jak moja z pewnością jest na pęczki, ale po prostu muszę to z siebie wyrzucić - choćby tu na anonimowych.
Pochodzę z rodziny alkoholików. Nie była to może taka patologia jak się nieraz słyszy - nie byli menelami. Niemniej zarówno mama i tata nie wylewali za kołnierz, były libacje, awantury i cały ten syf. Uratowała mnie i babcia, która wzięła mnie do siebie i wychowała.
Babcia pasjami nienawidziła mojego ojca i nie chciała go widzieć. Jednak kiedy mama pokłóciła się z ojcem, pozwalała jej wracać do siebie. Do dziś nie wiem jak mogła jej wierzyć, że tym razem się zmieni, ale to było jej jedyne dziecko. Dlatego nie potrafiła się od mojej mamy odwrócić. Mama oczywiście po kilku miesiącach wracała na skrzydłach do ojca, porzucając pracę i swoje dzieci.
Z domu wyprowadziłam się do chłopaka jak miałam 19 lat i od tamtej pory nikt z mojej rodziny nie pomagał mi nigdy finansowo - oprócz babci, która jak mogła kupowała mi drobne prezenty (nie miała wiele, ale pragnęła mnie rozpieszczać jak umiała). Skończyłam studia i wyszłam za mąż. Wtedy babcia zmarła, a moja mama została sama.
Dla mojej mamy ten okres był pewnie najtrudniejszy w życiu. Nie było już babcinej emerytury i chcąc nie chcąc musiała iść do pracy. Poszła i dawała sobie radę, ponieważ nie chcę dać jej złamanego grosza dopóki nie pójdzie na jakąś terapię.
Oczywiście życie pisze różne scenariusze. Po paru latach moja mama zachorowała na tyle poważnie, że nie może pracować i delikatnie rzecz ujmując, bieduje. Teraz jestem w kropce. Mama nie może iść do pracy, bo choroba. Na jakąkolwiek emeryturę nie ma co liczyć. Podejrzewam, że będę musiała ją utrzymywać i nie chcę tego. Z drugiej strony, jeśli mnie pozwie o alimenty to też lipa. (Brak świadków na jej złe zachowanie - ojciec już nie żyje - zapił się, a matka to typowy kobiecy alkoholik - popija w ukryciu). Jedyne wyjście dla mnie to pomóc jej w opłatach, czy zrobienie zakupów, żebym to ja w miarę decydowała o tym ile jej daję i na co. Wiem jednak, że kasę na alkohol zawsze wyszarpie nawet spod ziemi.
Z perspektywy prawa jestem na straconej pozycji. Tyle.
Czasem ktoś zaskoczy mnie pytaniem z rodzaju "czego pragniesz w życiu". Muszę wtedy szybko wymyślić coś wystarczająco ambitnego, co względnie wpisuje mi się w życiorys. Tak naprawdę najbardziej na świecie chciałabym być ładna. Mam 33 lata i nie przeszło mi od podstawówki.
Mam pewien wstydliwy problem a mianowicie kiedy śpię puszczam bąki... I powiecie ''ok, zdarza się'', ale one są tak głośne, że się od nich budzę. I nie są to jednorazowe sytuacje - mam tak niemal codziennie.
Na początku wstydziłam się tego szczególnie przed moim chłopakiem, ale mieszkamy razem ponad rok, a on nigdy o tym nie wspomniał (nie wierzę, że nie słyszał, chyba po prostu nie chce wprawiać mnie w zakłopotanie), więc tym się nie przejmuję. Problemy zaczynają się gdy mam zasnąć przy innych ludziach. Stresuje mnie nocowanie u znajomych, czy nie daj Boże zaśnięcie w pociągu czy autobusie...
To kawałek historii mojego życia. Nie mam przyjaciela, któremu mógł bym się wyżalić, dlatego postanowiłem wyrzucić to tam, gdzie jestem akceptowany.
Ale od początku. Młody, dorosły, świetnie do mnie pasuje, jednak w tak młodym wieku zamiast cieszyć się życiem jestem przez nie przytłoczony i chyba znienawidzony.
Mając 12 lat, moja matka poznała przez internet nową miłość, pomimo tego, że miała dobre życie u nas w domu. Tato ślepo kochał moją matkę i dawał jej to o co prosiła - pieniądze, a że było ich mało w tamtych latach, brał kredyty jeden po drugim - "będziemy rozbudowywać nasz dom i takie tak inne kłamstwa z jej ust". Długi rosły, ale jakoś wiązaliśmy koniec z końcem.
Przyłapałem mamę na pisaniu z innym facetem. Opowiedziałem to wszystko tacie. Kiedy mama wróciła z popołudniowej zmiany, zaczęła się awantura, która wybudziła mnie ze snu, matka zręcznie potrafiła kłamać i sytuacja szybko się uspokoiła, rodzice zaczęli się śmiać i rozmawiać ze sobą normalnie. Postanowiłem, że chcę to zobaczyć, łzy szczęścia i zgody, więc udałem, że idę do toalety i stało się, matka zawołała mnie do siebie i zapytała dlaczego okłamuje tatę. Po czym uderzyła mnie z liścia tak mocno, że uderzyłem głową w piec kaflowy.
Trochę teraz skrócę bo braknie mi liter.
Rozwód tak czy siak doszedł do skutku, a ja wraz z 9-letnią siostrą zostałem z ojcem tak jak chciałem, mieszkała z nami jeszcze babcia (matka ojca), a ja zawaliłem jeden rok szkolny. 10 lat minęło, matka zniknęła całkowicie z naszego życia. W moje urodziny zmarła babcia, było to dla mnie traumą, lecz taka jest kolej rzeczy, prawda? Ojca miałem wspaniałego, złota rączka, potrafił dosłownie wszystko od zakładania płytek po naprawdę auta czy budowanie samodzielnie dachu/domu. Los chyba się uparł i sprowadził na nas katastrofę. 9 dni po śmierci babci, zmarł i on. W wypadku w pracy.
Zostałem sam wraz z siostrą. Kompletnie się załamałem, stałem się kompletnie zamknięty w sobie, a cała "rodzina" odwróciła się ode mnie - "no teraz musisz być silny, nie możesz płakać", byle by się jakoś usprawiedliwić. Ja nie dostałem żadnego odszkodowania, ponieważ już sam na siebie pracowałem, natomiast siostra dostała tyle, że się ze mną podzieliła, starczyło mi to na spłatę wszystkich kredytów i zakup taniego auta.
Minęło już 2.5 roku od tej tragedii, a moja depresja się tylko powiększa, i kiedy spotykają mnie następne problemy, bo coś się zepsuło, i naprawa kosztuje, mam ochotę skończyć sam ze sobą. Nie mam przyjaciół, bo nie potrafię się otworzyć dla innych, psychiatrzy, psycholodzy traktują mnie źle - "jesteś facetem" albo "przepiszę ci antydepresanty, przejdzie ci". Lecz to wszystko od środka mnie niszczy, czuję się bezwartościowy, oraz to, że "nie pasuję do tego świata". Ale nie poddaje się, bo wiem, że nie po to mój tato się męczył wychowując mnie, żebym teraz mu odebrał ten owoc.
Mój chłopak wrócił ostatnio z zakrapianej imprezy i tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Wyznał mi, że kiedyś razem z siostrą prowadzili dla zabawy bloga ze zmyślonymi, naturalnymi lifehackami urodowymi. Jak się okazało, czytałam tego bloga i stosowałam wiele ich porad dotyczących włosów.
Teraz już wiem dlaczego nie działały ;)
Czy może mi ktoś logicznie wytłumaczyć po co mężczyźni w związkach zastępują sobie seks masturbacją i pornografią? Właśnie zakończyłam taki związek. Już nie mogłam znieść tych ciągłych wykrętów od seksu, wiecznego flaka, i tłumaczenia, że on tak zawsze ma. Nigdy nie miałam problemu z pornografią, ale mój partner skutecznie mi ją obrzydził, zresztą siebie też. Tona śmierdzących spermą chusteczek w koszu w ubikacji, kremy i papier toaletowy walające się wszędzie.
Poruszyłam temat masturbacji na samym początku związku. Dla niego to był wstyd, więc zaczął się ukrywać i dalej robił swoje. Wstydem powinno być to, że w tym czasie gdy był ze mną, nic nie zrobił aby było lepiej. Mimo tego, że zwracałam mu uwagę na to, że mamy problem i chciałam rozwiązania. Jest mi tak bardzo przykro, że byłam zastępowana czymś, co jest tak sztuczne. Pornografia odziera z uczuć. Człowiek nadużywający staje się zimny, nie potrafi budować bliskości. Mózg seksoholika nie odbiera poprawnych sygnałów o seksie, działa tak samo jak mózg alkoholika. To jest choroba. Nie należę do grona tzw. kłód, lubię seks i urozmaicenia. Mam normalną wagę. Chętnie uczę się nowych rzeczy, ale potrzebne jest mi do tego uczucie. Nie wyobrażam sobie, przespać się z kimś do kogo nic nie czuję.
Gdy mu powiedziałam otwarcie, że wiem o tym, że korzysta z porno i się sam zadowala, zaczął się obsesyjnie ukrywać i izolować. Głupie pytanie - "jak ci minął dzień?", "co dzisiaj robiłeś?". Było dla niego bardzo problematyczne. Kamerka w laptopie została zaklejona, żeby nikt go nie rozpoznał podczas cybersex. Bo wszędzie go podsłuchują. Postanowiłam to skończyć, bo jak mam konkurować z tym co on widzi na ekranie? Nigdy nie dorównam tym szlaufom. Seks z nim nie był dla mnie przyjemnością. Zbliżenia były bardzo rzadkie. Gdy ja inicjowałam, zawsze mi odmawiał. Jak już do czegoś doszło, potrafił zabierać się za mnie godzinę, a jego penis nawet nie stanął, mimo moich starań. Nigdy nie miał wytrysku. Myśl o tym boli najbardziej, nie pociągałam go i nigdy nie miał spermy. Co ze mnie za kobieta? Przez tą całą farsę potrzebuję pomocy psychologa. Mam zrujnowaną psychikę. Czuję się nieatrakcyjna i mam wielkiego doła. Niesmak i upokorzenie, to wszystko co mi zostało.
Panowie, pomyślcie o tym jak czują się kobiety, gdy wy macie zachcianki i zamiast zrobić to z Nią, odpalacie porno albo sex-kamerki. A jak wam nie zależy, to zostawcie je w spokoju i nie marnujcie ich czasu. Zabawiajcie się dalej, ale żyjąc sami. Wiem, że to jest indywidualna sprawa, ale jak jest się w związku, to chyba powinno się dbać o siebie wzajemnie, a nie tylko o swojego penisa. Naprawdę seks z żywą kobietą nie jest dla Was atrakcyjny? Lepiej załatwić to na własną rękę? Nie piszę tego aby kogoś urazić, chciałabym się dowiedzieć dlaczego tak się dzieje.
Pozdrawiam i życzę miłego dnia.
Moja żona ok. dwa lata wstecz zachorowała na schizofrenię. Szok, niedowierzanie itd... Wydawało mi się, że to choroba ludzi młodych. My nie jesteśmy młodzi. W ubiegłym roku była w szpitalu, gdzie naprawdę ustabilizowano jej stan i w stopniu zadowalającym dopasowano leki. Dopóki je brała, wszystko było OK. Do czasu kiedy uznała, że "jest zdrowa".
Jestem kierowcą TIR-a, stąd jestem gościem w domu. Nie miałem kontroli nad leczeniem żony. Ta zaś postanowiła odstawić leki. Po krótkim czasie zapadła w swoistą katatonię, śpiąc przez około 4 miesiące. Widząc, jak kobieta niknie w oczach, wzywałem pogotowie (trzykrotnie!). Złożyłem też w miejscowym sądzie wniosek o leczenie bez zgody pacjenta. W krótkim chwilach przytomności żona stanowczo odmawiała jakiegokolwiek leczenia. Załogi karetek stwierdzały, że "funkcje życiowe" są zachowane, a terminy w sądzie bardzo odległe.
Dni, tygodnie i miesiące mijały, a sytuacja stawała się coraz bardziej patowa. Żona była w stanie bezpośrednio zagrażającym jej życiu, ale wszyscy rozkładali ręce, bo... nie wyrażała zgody na leczenie. Ostatecznie, za namową lekarza rodzinnego (wspaniały człowiek), okłamałem wezwaną czwarty raz załogę karetki, oświadczając, że żona usiłowała popełnić samobójstwo. Dopiero wtedy żonę zabrano do szpitala. Wcześniej podano kroplówkę. Zajęto się nią.
Czy to tak ma być? Czy trzeba kłamać, żeby osiągnąć oczywisty cel? Czy postępowanie sądowe w takiej sprawie naprawdę tyle musi trwać?
Na koniec: uważajcie, jeśli macie bliskich chorujących na tę chorobę. To choróbsko ma świadomość. Broni się przed wyleczeniem, manipulując chorym. Często chory postępuje w sposób dla bliskich irracjonalny. Celem samej schizofrenii jest jej trwanie. To choroba dezintegracyjna.
Swego czasu dorabiałem jako "chłopak do wynajęcia", ale nie do seksu, tylko do wyjścia gdzieś na różne przyjęcia czy też wesela i udawania partnera lub zwyczajnie bliskiego przyjaciela. Mieszkam w średniej wielkości mieście, chętnych pań z miasta i okolic miałem do policzenia na palcach jednej ręki, ale było to dość ciekawe przeżycie.
Jedna z moich klientek miała obmyślony plan co do naszego "związku", żeby pokazać się na ślubie swojej kuzynki po tym, jak zakończyła długoletni związek ze swoim chłopakiem. Kilka razy poszliśmy gdzieś do jej znajomych, przedstawiła mnie swojej kuzynce (jako nowego chłopaka) i tak wreszcie naszedł dzień mojego pierwotnego zlecenia. Oczywiście mieliśmy przygotowaną całą historyjkę, którą narzuciła mi klientka i musiałem zwyczajnie grać w jej grę. W międzyczasie poznałem ojca mojej klientki, który był mną zafascynowany i chwalił się wszystkim dookoła jaki to ja nie jestem, a ten jej były chłopak to zwykły nieudacznik (ładnie ujmując). Po imprezie zadowolona klientka poprosiła jeszcze o kilka dni udawania, żeby nie było podejrzeń. Długo to nie trwało, raptem po 2 dniach już była gotowa, zapłaciła nawet trochę więcej niż powinna i wszystko było fajnie, do czasu...
Po kilku miesiącach odezwała się do mnie dziewczyna, która potrzebowała towarzystwa na ślub swojej siostry. Miałem tutaj więcej luzu, dziewczyna nie miała jakichś wielkich wymagań, nawet nie chciała mnie przedstawiać z góry jako swojego "chłopaka". Umarłem w środku, gdy dowiedziałem się, że siostrą mojej aktualnej klientki jest klientka z akapitu powyżej, czułem się jakbym trafił do paradokumentu typu "Dlaczego ja" czy "Trudne sprawy". Okazało się, że siostra klientki poleciła mnie jej na swój własny ślub, ale nie poinformowała jej o tym, że wcześniej udawałem jej chłopaka. Moja aktualna klientka nie miała pojęcia o tamtej sytuacji, nie było jej na ślubie kuzynki. Byłem strasznie zmieszany, wkurzony, ale szkoda mi jej było, więc tam zostałem.
Dowiedziałem się w międzyczasie, że gdy siostra mojej klientki po 2 dniach "zerwała ze mną", to wrócił do niej jej chłopak błagając o związek, bo usłyszał o jej "nowym chłopaku" i nie mógł tego znieść, a potem jak widać w międzyczasie się jej oświadczył. Podczas wesela ojciec klientki sprawił, że serce mi pękło i zrozumiałem jak głupi byłem dorabiając w ten sposób... Powiedział mi ze łzami w oczach, że załamał się jak jej siostra mnie zostawiła, ale teraz cieszy się, że jednak będzie miał mnie za zięcia. Przerosło mnie już to wszystko, powiedziałem prawdę, przeprosiłem go i wyszedłem. Klientka nie miała mi za złe, chciała nawet zapłacić za mój czas, ale odmówiłem.
Minęły już w sumie 2 lata, ale cała sytuacja nie daje mi spokoju, a tym bardziej głupio mi by było o tym komukolwiek opowiedzieć prosto w oczy...
Dodaj anonimowe wyznanie