Mój 4 letni siostrzeniec ma zespół Downa i w życiu nie wypowiedział ani jednego słowa, aż do zeszłego tygodnia. Chodził na terapię, ale bez powodzenia.
Tak się złożyło, że jego rodzice obydwoje nie mogli się zwolnić z pracy, a że nikt lepszy nie był dostępny, to poprosili mnie abym raz zawiózł go na te jego zajęcia.
Więc jedziemy. W drodze w pewnym momencie na skrzyżowaniu jakiś głąb nagle zajechał mi drogę. “Ku*wa, ku*wa, ku*wa” głośno zakląłem wciskając hamulec, momentalnie cały zlany zimnym potem. Jakimś cudem udało mi się w niego nie wjechać, ale serce waliło jak młotem.
Odwróciłem się do małego i pytam “Wszystko w porządku kolego?”. I to był ten moment w którym Kacperek zdecydował się pierwszy raz w życiu przemówić. Jego pierwsze słowa. I to od razu w formie piosenki:
ooo ku*wa, ku*wa, ku*waaa
Ooo Ooo Ooo ku*wa, ku*wa, ku*wa
OOO ku*wa, ku*wa, ku*waaa
Ooo Ooo Ooo ku*wa, ku*wa, ku*wa
No to przesrane. Jasne cieszę się, że mały zaczął mówić, ale jego rodzice chyba mi urwą łeb jak to usłyszą.
Dotarliśmy na miejsce. Terapeutka wychodzi z gabinetu, klęka przed Kacprem i pyta “Cześć Kacper, jak się masz?”. Nogi się pode mną ugięły, gdy ten rozpoczął swój popisowy przebój “O ku*wa”:
ooo ku*wa, ku*wa, ku*waaa
Ooo Ooo Ooo ku*wa, ku*wa, ku*wa
OOO ku*wa, ku*wa, ku*waaa
Ooo Ooo Ooo ku*wa, ku*wa, ku*wa
Nie wiem skąd wziął melodię, ale słowa były na sto procent ode mnie. Zrobiłem się czerwony i nie wiedziałem co powiedzieć. Terapeutka za to jakby nigdy nic “Widzę, że już zacząłeś mówić, to świetnie”. Następnie wzięła go za rękę i poszli na salę ćwiczeń.
Moja siostra natomiast się do mnie od tamtego czasu nie odzywa.
Masturbowałam się kiedyś świeczką. Akurat to miałam pod ręką, a naszła mnie chcica. Gdy wepchnęłam ją mocniej, to się złamała, ale nieproporcjonalnie, bo mały kawałek utknął w środku.
Próbowałam go wyprzeć, tak jakby urodzić, ale się nie dało.
Mam nadzieję, że w szpitalu, w którym mi to wyciągali, już nie pamiętają.
Gdy byłam w 6 klasie podstawówki, bardzo lubiłam chodzić z koleżankami do pobliskiego parku. Pewnego razu, gdy tam poszłyśmy po szkole, jedna z koleżanek, Kasia, zaproponowała, abyśmy weszły na największe drzewo. Żadna z koleżanek się nie zgodziła, oprócz mnie.
Gdy zaczynałam się wspinać, moje koleżanki ze strachem na mnie patrzyły.
Gdy byłam już dość wysoko, zobaczyłam moją mamę, która wracała z pracy przez park. Jako że nie pozwalała mi wchodzić na drzewa, musiałam się jakoś ukryć. Weszłam na samą górę i... przez przypadek trąciłam gniazdo os nogą. Rozwścieczone osy się na mnie rzuciły, a ja spadłam w krzaki. Moja biedna przerażona mama to wszystko widziała, zabrała mnie do szpitala.
Finalnie byłam cała pożądlona i złamałam rękę. I już nigdy nie zbliżyłam się do tego drzewa.
Raz jak byłem mały podczas rodzinnego zimowego spaceru znalazłem mały węgiel na ziemi. Byłem nieprawdopodobnie podekscytowany, gdyż jak niedawno się dowiedziałem z węgla powstają diamenty. Coś kojarzyłem, że aby to się stało potrzebna jest wysoka temperatura, a najcieplejsze miejsce jakie mi przyszło do głowy, to moja nagrzana kieszeń zimowej kurtki.
Rodzicom nie powiedziałem o nowo nabytej fortunie, gdyż chciałem olśnić ich moim geniuszem, gdy w końcu z dumą wyciągnę z kieszeni najprawdziwszy diament. Jednak wkrótce pochłonęły mnie inne ważne dziecięce sprawy, zapomniałem o węglu, przyszła wiosna a kurtka trafiła gdzieś głęboko do szatni.
Przewijamy do następnej zimy i oto stoję w przedpokoju gdy mój Tata wyciąga moją kurtkę z szafy i widzę, że wsadza rękę do kieszeni. Od razu przypominam sobie o sprawie, a że przez cały rok mój węgiel niezawodnie stopniowo zdążył zamienić się w diament to jestem podekscytowany jak diabli. Tata zaraz odkryje diament w mojej kieszeni i będzie ze mnie niezwykle zadowolony.
Ledwo mogę się opanować, obserwując w napięciu jak wyciąga przedmiot z mojej kurtki i ogląda się na mnie z totalnym zaskoczeniem na twarzy i pyta “Synu, a czemu masz wysuszone psie gówno w kieszeni?"
Zawsze mam tak, że w żenujących sytuacjach chce mi się śmiać.
Kiedyś śpiewałam z koleżanką w kościele psalm i okazało się, ze dostałyśmy jakiś inny tekst, wcześniej go nie ćwiczyłyśmy. Zaczęłyśmy śpiewać i na początku było git, ale potem było źle - inna tonacja, zły rytm, pozamieniane słowa. I wtedy mnie ta sytuacja tak zaczęła śmieszyć, że zaczęłam się śmiać na środku kościoła do mikrofonu, cały czas się śmiałam i nie mogłam się uspokoić, a moja koleżanka się popłakała, że to tak źle wyszło.
Teraz się z tego śmieję, ale nadal jest mi mega głupio na myśl, co wtedy ludzie pomyśleli.
Niedawno miałam okazję do przeczytania tutaj wyznania o „wujku” - lekarzu, który podstępem zwabiał dzieci do domu. Od razu nabrałam chęci do podzielenia się dziwnym wspomnieniem z dzieciństwa.
Mieszkam w domu jednorodzinnym. W okolicy są podobne domy, w których mieszka dużo rodzin z małymi i nastoletnimi dziećmi. Gdy byłam młodsza, bawiłam się z tymi dziećmi na placu zabaw. U nas plac zabaw jest w takim małym zagajniku.
Wraz z pójściem do szkoły podstawowej rodzice pozwolili mi chodzić samej na plac zabaw. Umawiałam się czasem z koleżankami na określoną godzinę. Rodzice dali mi zegarek i kazali wracać punktualnie, a kiedy nie wracałam, przychodzili po mnie.
Tego dnia było tak samo. Umówiłam się z moją koleżanką Olą na plac zabaw po obiedzie i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy. Bawiłyśmy się, o ile dobrze pamiętam, na karuzeli. Tak się zdarzyło, że oprócz nas nie było na placu nikogo. W dali było tylko kilku starszych chłopaków na rampie na rowerach.
W pewnym momencie pod lasek podjechał od strony osiedla czarny mercedes. Wyszedł z niego elegancki mężczyzna i zaczął iść w naszym kierunku, ale nie zwracałyśmy uwagi. Mężczyzna podszedł do nas i najpierw zagadał do Oli, potem do mnie. W tamtym okresie byłam miłośniczką Scooby Doo, Ola tak samo. Facet spytał, co robimy tutaj same, gdzie są nasi rodzice. To było podejrzane, bo rodzice często mówili mi, żebym nie rozmawiała z obcymi ludźmi, kiedy jestem sama. I tłumaczyli, jak reagować w takich sytuacjach. A kiedy to się działo, zareagowałam zupełnie na odwrót. Wdałyśmy się z nim w rozmowę, w której powiedział, że ma w garażu wóz ekipy Scooby Doo oraz kostiumy potworów z kreskówki i może nam pokazać. Byłyśmy na tyle naiwne, że dosłownie po paru minutach gadki znalazłyśmy się w samochodzie mężczyzny. Ola mówiła, że nie chce jechać, bo nie ma fotelików, ale pan odparł, że mieszka 5 minut stąd i że na pewno nie złapie nas policja. Ruszyłyśmy. Zauważyłyśmy, że zamknął drzwi od środka. Dotarło do mnie, co właśnie zrobiłam. Na domiar złego facet zaczął się śmiać do rozpuku i mówić, że on nas „porwie (na kawałki)”. Aż zapamiętałam ten cytat. Wyjechał z osiedla i znaleźliśmy się na drodze głównej. Płakałyśmy, ale nie reagował.
Po około 10 minutach jeżdżenia w kółko wrócił na osiedle i podjechał pod mój dom, przed którym byli rodzice moi i Oli.
Okazało się, że mężczyzna był kolegą mojego taty, a podczas spotkania dorośli ustalili, że zrobią nam taką nauczkę, żeby sprawdzić, jak się zachowamy. I żeby wystraszyć nas przed takimi sytuacjami. Od tej pory byłyśmy przezorne, ale to pokazało nam wszystkim, jak łatwo zmanipulować bezbronne, naiwne dziecko. Eksperyment rodziców był dość drastyczny, ale skuteczny i nie zapomnę go nigdy.
Wychowałam się w rodzinie świadków Jehowy.
Pamiętam, że zawsze mieliśmy sztywne zasady - rodzice decydowali, czy mogę się z kimś spotkać czy nie. Chociaż zazwyczaj, jeśli nie był to ktoś ze zboru, to odpowiedź brzmiała "nie". Nigdy nie byłam u żadnej koleżanki w jej domu. Czasami udawało mi się spotkać z kimś w kawiarni, ale również niezbyt często. Po szkole miałam wracać do domu i tyle.
Kiedy miałam 10 lat mój brat uznał, że ma dość. Więc jak to świadkowie Jehowy - musieliśmy wszyscy uciąć z nim kontakt. To jest taka taktyka, aby osoba zatęskniła za rodziną i wróciła. Nie wrócił. Potajemnie pisałam z nim na messengerze - z drugiego konta, o którym rodzice nie wiedzieli, bo pierwsze mi cały czas sprawdzali.
Przez większość życia nie widziałam w tym nic złego, tak się wychowywałam i było to dla mnie normalne. Nie wciskałam nikomu mojego wyznania - opowiadałam o tym tylko kiedy ktoś się zapytał.
Pamiętam, że od zawsze byłam świetna z matematyki, najlepsza w klasie wręcz. Całe gimnazjum miałam piątki, chodziłam na różne konkursy. Wszyscy mówili mi, że mam potencjał, powinnam iść na ścisły profil w liceum, a później na studia. Jednak rodzice stanowczo mi to odradzali, wmówili mi, że to nie ma sensu, że kobieta ma skończyć szkołę jak najszybciej, znaleźć jakąś zwyczajną pracę, ale co najważniejsze wyjść za mąż. Więc koniec końców poszłam do technikum.
Zrozumiałam, czym to wszystko jest, kiedy weszłam w wiek dorosły. Rodzice zaczęli mi proponować kandydatów na męża - wszyscy ze zboru, oczywiście. A ja zakochałam się w chłopaku z mojej klasy. Potajemnie zostaliśmy parą, ponieważ on był protestantem, a nie świadkiem Jehowy, więc moi rodzice nie zaakceptowaliby naszego związku. On uświadomił mnie, że to wszystko to sekta. Dzięki niemu zrozumiałam, że powinnam z tego odejść, nawet kosztem kontaktu z rodziną.
I to zrobiłam. Skończyłam szkołę, wyprowadziłam się, z chłopakiem co prawda nam nie wyszło, ale to z innych powodów, dalej jesteśmy przyjaciółmi. Napisałam maturę i poszłam na studia. Rodzice się do mnie nie odzywają. Ale czuję się wreszcie wolna. W Jehowę wierzę nadal, ale korzystam z różnych źródeł informacji o Nim.
Tęsknię tylko za moimi rodzicami i starszą siostrą. Bardzo. Chociaż odnowiłam kontakt z bratem, to bardzo mi ich brakuje. Ale wiem, że to o to chodzi, więc nie wrócę.
To był szczególnie pracowity dzień w zagranicznej delegacji. Jedenaście godzin zapierniczania i śmieciowego jedzenia - pizza, przekąski, słodkie napoje, kawa. Tortura dla mojego wrażliwego układu pokarmowego.
Jednak trzymałem się twardo, nie dopuszczałem aby okazjonalne burczenie w brzuchu przerodziło się w coś nieprzyjemnego dla otoczenia. Ale gdy nadeszła pora pożegnania i transportu na lotnisko, to czułem, że w środku jest już kryzys. Trudno, wsiadłem obok kierowcy do taksówki, zacisnąłem poślady i jedziemy.
Trzymanie gazów przez tyle godzin stało się dla mnie już wyjątkowo irytujące, ale ludzka przyzwoitość wymagała, aby wytrzymać jeszcze trochę i oszczędzić biednego taksówkarza.
Po chwili okazało się niestety, że dobre maniery działały tutaj tylko w jedną stronę. Nie minęło więcej niż 5 minut, gdy smród uderzył mnie w nos. Nie mogłem uwierzyć, taksówkarz zdrajca zatruł powietrze!
Oczy mi się zaszkliły, a ten dalej kłapie o pogodzie, jakby nigdy nic. Nie chcę go zawstydzać, więc nie komentuję. Ale po kilku minutach nadchodzi kolejna fala. To obrzydliwe. Nie mogę nawet otworzyć ust, bo powietrze jest tak gęste, że wręcz czuć jego smak i zbiera mi się na wymioty.
Co za niesprawiedliwość. Ja z gigantycznym wysiłkiem się powstrzymuję, ale i tak oddycham skażonym powietrzem, dzięki uprzejmości tego skunksa.
Gdy po kolejnych pięciu minutach otrzymuję trzecią dawkę, nie wytrzymuję. Niech cię piekło pochłonie, myślę.
Zadanie wykonałem po mistrzowsku. Bezszelestna dekompresja nagromadzonego ciśnienia. Cichy powiew gorącego powietrza, 5 sekund błogiej ulgi. Misja zakończona.
Wiem, co myślicie. Co mogło pójść źle? Może się posrałem? Wymioty? Może odpaliły poduszki powietrzne? Nic z tych rzeczy, wszystko zgodnie z planem. Przez moment wręcz poczułem się dumny z siebie.
I wtedy poczułem nowy zapach. Przeszedłem sam siebie. To była dewastująca odpowiedź na to, co działo się wcześniej. Poczułem całą gamę zwykłych woni, które spotyka się przy takich okazjach, do tego kilka nowych nieznanych i jeszcze nutka spalonej gumy dla podkreślenia efektu. Spektakularna gama najbardziej zjadliwych aromatów. Pierd tak dojrzały i toksyczny, że można go określić tylko w jeden sposób - 1/10, nie polecam.
Po chwili widzę jak elektryczna szyba po mojej stronie się opuszcza, a taksówkarz odwraca się do mnie, z najprawdziwszymi łzami w oczach i mówi:
“Jest mi tak bardzo, bardzo przykro”.
“Ale o co chodzi?” - tak mnie zaskoczył, że nie przyszła mi do głowy lepsza odpowiedź.
“Gazy…” - odpowiedział ze zdziwionym wyrazem twarzy. - “Każdy czasem pierdzi, jestem tylko człowiekiem, ale COŚ TAKIEGO… bardzo, bardzo przepraszam”.
Moja szyba była opuszczona już przez resztę drogi na lotnisko, a na miejscu dostałem 50% zniżki za przejazd.
Moja dziewczyna i ja byliśmy razem 5 lat, aż w końcu zamieszkaliśmy razem pół roku temu. Bardzo dobrze się z nią mieszka, jest inteligentna, wesoła, bezproblemowa, dba o porządek. Po miesiącu mieszkania razem pojawił się jednak problem.
Ona zwykle wstaje sporo wcześniej ode mnie, bierze prysznic, je śniadanie itp. Gdy ja wstaję, to ona zwykle już zbiera się do wyjścia. Jednego ranka gdy poszedłem do łazienki wziąć prysznic zauważyłem bardzo podejrzane brązowe ślady w paru miejscach podłogi kabiny prysznicowej. Z niepokojem i obrzydzeniem spłukałem je najlepiej jak potrafiłem. W TV słyszałem kiedyś o celebrytce, która sika pod prysznicem, ale coś takiego?
Mieszkamy w starej kamienicy, kiedyś był tu problem z myszami więc po długich rozmyślaniach uznałem, że jednak to muszą być myszy. Porozstawiałem w różnych miejscach łapki. Jednak po paru tygodniach łapki były puste i ogólnie zero śladów mysiej aktywności. Mimo to kilka razy w tygodniu rano odnajdywałem obrzydliwe tłuste brązowe ślady koło odpływu.
Musiałem pogodzić się z faktem, że moja dziewczyna ma problem. Kolejne dni mijały, długo planowałem jak zacząć tę rozmowę z nią. Nie chciałem jej zawstydzić, obawiałem się że tego typu zachowanie może być oznaką głęboko ukrywanych problemów psychicznych. Niezależnie jaka była przyczyna, byłem pewien że z moim wsparciem uda się jej z tego wyjść.
W końcu przemogłem się, postawiłem na bezpośredniość i pewnego dnia po obiedzie spojrzałem jej w oczy i spytałem “Aniu, czy zdarza ci się zrobić kupę pod prysznicem?". Zobaczyłem zmieszanie na jej twarzy gdy odpowiedziała “Że co? Czy to jest poważne pytanie?”. Opowiedziałem o moich wielotygodniowych obserwacjach śladów brązowej mazi, które znajdowałem na podłodze prysznica i że na żel do kąpieli ani szampon do włosów to na pewno nie wyglądało.
Po krótkiej chwili zaczęła się śmiać. “Robię sobie peeling z fusów kawy i oliwy!”. Poczułem ogromną ulgę, ale ona po paru sekundach spytała:
“Hmm.. a od kiedy dokładnie miałeś te podejrzenia?”
“A ze dwa miesiące, a co?
“MYŚLAŁEŚ ŻE SRAM POD PRYSZNICEM I CZEKAŁEŚ DWA MIESIĄCE ABY MNIE O TO SPYTAĆ?"
Kilka tygodni temu po ciężkim dniu w robocie jak zwykle udałem się na przystanek i wsiadłem do tramwaju. Przede mną wsiadała ładna dziewczyna, na oko studentka. W tramwaju tak wypadło, że usiadłem naprzeciwko niej. Podczas jazdy czytałem coś na telefonie, ale poczułem ochotę aby na nią zerknąć, więc na moment podniosłem wzrok. Tak, była bardzo ładna. Ale niestety złapała moje spojrzenie, więc czym prędzej wróciłem do wpatrywania się w telefon.
Po paru minutach licho mnie podkusiło i znowu na nią popatrzyłem. I znów prawie od razu też popatrzyła na mnie i zauważyła, że się na nią gapię (a przynajmniej tak to pewnie zrozumiała). Zauważyłem, że lekko skrzywiła się z niesmakiem. Wydawało mi się, że nie jestem aż taki odrażający, no ale niech będzie. Złapała mnie dwa razy pod rząd.
Ale to przestało mieć znaczenie, bo był przystanek przy dworcu, gdzie większość ludzi wysiada. Ona wstała, ja też bo chciałem zmienić miejsce na wygodniejsze. Jednak tego dnia dużo więcej osób niż zwykle wsiadło. Ona nie wysiadła tylko zmieniła miejsce, a ja już nie miałem gdzie usiąść więc stanąłem niedaleko.
Gdy mnie zauważyła, to widziałem, że chyba się już wręcz przestraszyła. No ale nic, zbliża się ostatni przystanek. Mój przystanek. Jej przystanek.
Wysiadamy z tramwaju. Ona wysiada pierwsza i szybkim krokiem idzie w kierunku... mojego domu. Ja wolniej idę za nią. Widzę, że co chwilę się ogląda. Gdy już jesteśmy blisko mojego bloku zaczyna biec do MOJEJ KLATKI. Otwiera drzwi i krzyczy do mnie z paniką w głosie “Zjeżdżaj stąd zboczeńcu albo dzwonię na policję!”.
W ten właśnie sposób poznałem nową sąsiadkę.
Dodaj anonimowe wyznanie