Jesteśmy małżeństwem od dwóch lat. Ostatnio postanowiłam, że trzeba nieco ożywić nasze życie intymne. Mój mąż raz w miesiącu wyjeżdża na kilkudniową delegację, pomyślałam, że przygotuję dla niego niespodziankę, gdy wróci w piątek do domu.
Kupiłam fikuśną bieliznę, zrobiłam sobie mocny makijaż, zakręciłam włosy, ubrałam szpilki. W kuchni mamy drzwi, którymi się wchodzi z podjazdu, więc wiedziałam, że tędy wejdzie. A co mogłoby być bardziej sexy dla mojego zmęczonego małżonka po wejściu do domu, po męczącej delegacji, niż widok wypindrzonej żony przygotowującej obiad?
Gdy mąż zadzwonił, że już dojeżdża i będzie za 5 minut, w ekscytacji chwyciłam pierwsze warzywo, które wpadło mi w rękę. To była cebula... Kiedy mąż wmaszerował do kuchni, zastał swoją żonę pięknie wyszykowaną i… wypłakującą oczy nad deską do krojenia. Makijaż spływał po mojej twarzy, ledwo dawałam radę utrzymać oczy otwarte. W międzyczasie zdążyłam jeszcze skręcić kostkę podchodząc do zlewu na tych obcasach. Osłupiały mąż patrzył na półnagą mnie, kuśtykającą po kuchni z zapłakaną twarzą i nie wiedział jak ma zareagować.
Widząc, że plan nie wypalił wydusiłam z siebie tylko “No co, gotuję…”. Miało być sexy, a mąż myślał, że dostałam załamania nerwowego.
Oto jak mój chłopak kupuje mi prezenty.
Gdy przychodzi jakieś święto typu Walentynki czy moje urodziny, wpierw upatruje sobie jakąś rzecz, którą rzekomo ja chcę dostać, po czym bierze mnie na siłę do sklepu miesiąc wcześniej, kupuje i zaraz po wyjściu ze sklepu wręcza tą oto rzecz z paragonem.
Na walentynki dostałam słuchawki, tydzień wcześniej, przy czym wręczył mi je zaraz po zakupie na oczach sprzedawcy, a prezent na urodziny dostałam miesiąc przed, zaraz po wyjściu z marketu. Jest mi przykro, wiem, powinnam skakać z radości, że w ogóle coś dostaję, ale takie kupowanie i wręczanie od razu miesiąc przed, jakoś nie nadaje uroczystości całej sytuacji. Już wolałabym nic nie dostać lub kwiaty w dniu urodzin. Mówiłam mu, że nie podoba mi się coś takiego, że mógłby mi wręczyć to w dniu urodzin, to się oburzył. Czy ja przesadzam?
Dodam, że nawet nie wziął reklamówki i wracałam ze swoim prezentem w ręku.
Spacerowałam po mieście i nagle w witrynie sklepowej zauważyłam że rozwala mi się fryzura, postanowiłam to poprawić, ale w bardziej ustronnym miejscu. Poszłam więc kawałek dalej i zauważyłam fajne auto na uboczu z przyciemnianymi szybami! Pomyślałam więc, że to idealne miejsce dla mnie.
Podeszłam, poprawiłam koczka, korzystając z okazji podmalowałam usta, "pocmokałam" trochę w stronę szyby. Wszystko pięknie, ostatnie spojrzenie na własne odbicie i nagle... czarna szyba zsuwa się powoli.... Młody, przystojny kierowca powiedział, że już ślicznie wyglądam, ale on przeprasza, bo musi jechać! Nigdy nie było mi aż tak wstyd!
Zesrałem się na lekcji online.
Miałem zaliczenie, profesor wymyślił, że kamera ma być cały czas włączona, żeby sprawdzić, czy nie ściągamy. Mieliśmy 10 sekund na odpowiedź i nie wolno było odchodzić od komputera. Ze stresu popuściłem w spodnie, siedząc na mym krześle obrotowym.
Miałam 8 lat, gdy moi rodzice wzięli rozwód, zamieszkałam z mamą i dziadkami od strony mamy. Często rozmawiałam z tatą, ale widywaliśmy się 10-15 razy w roku.
Niedawno (23.09.2019) skończyłam 11 lat, na w wigilię tata zabrał mnie jak zawsze do jego brata, gdzie spotykała się cała rodzina od strony taty. Nie wiedziałam wtedy, że przytuliłam go ostatni raz... Dzwoniliśmy do siebie 2-3 razy w tygodniu, a co jakiś czas rozmawialiśmy na kamerce. Pewnej środy (04.03.2020) jak zawszę dzwonię do taty i dowiaduję się, że jest od kilku godzin w szpitalu (miał bardzo opuchnięte nogi) i wtedy nie wiedziałam, że słyszę jego głos po raz ostatni. Chciałam odwiedzić go w sobotę w szpitalu, lecz nie mogłam, bo był koronawirus, więc powiedziałam mu, że zadzwonię w piątek wieczorem. (06.03.2020) wychodzę do szkoły po 3 lekcji (zadzwoniłam wcześniej do mamy, że się źle czuję i czy może odebrać mnie ze szkoły) i uśmiechnięta wchodzę do auta... I wtedy mamy mina zrobiła się smutna i powiedziała "Mam ci coś ważnego do powiedzenia... Tata nie żyje, zmarł dziś w nocy (4:28)". Kilka dni później cała klasa się o tym dowiedziała i zaczęła do mnie pisać z kondolencjami, przez co było mi jeszcze bardziej smutno. Na pogrzebie pojawiła się nawet moja wychowawczyni.
Od tego momentu wieczorem, gdy wszyscy w moim domu już śpią, biorę albumy i wyjmuję wszystkie zdjęcia taty. Zawsze wieczorem płaczę, bo już nie daję rady. Dziś (1.06.2020) płakałam przez prawie cały dzień, to jest pierwszy Dzień Dziecka bez taty. Już nie daję rady, śpię po 3-4 godziny dziennie, moja mama myśli, że wszystko jest dobrze, ale tak nie jest.
W wakacje pracowałem w małym sklepie. Raz gdy zamiatałem podłogę przyszła staruszka, która jest stałym klientem. Pochwaliła mnie, że dobrze pracuję. Po chwili zobaczyłem, że rozmawia z moim szefem. Zrobiło mi się miło, bo widziałem po spojrzeniach, że to na mój temat i pewnie coś dobrego.
Potem się dowiedziałem, że powiedziała "Jak to miło, że zatrudniliście upośledzonego chłopca, żeby sprzątał w sklepie. To pewnie najlepsze co on może osiągnąć w życiu".
Jestem nieśmiały i trudno nawiązuję kontakt z ludźmi, ale kurde, bez przesady...
Jakiś czas temu, po masturbacji postanowiłem spróbować swojej spermy. Miałem ją na ręce, wiec po prostu zlizałem. Bardzo mi smakowała i od tego momentu zawsze masturbuję się do niewielkiej miski, a później próbuję i oceniam ją w skali 1-10. To chore, ale smakuje mi i nie mogę się powstrzymać.
Od dwóch miesięcy każdy dzień, to dla mnie walka o to, by wstać z łóżka. Byłam z chłopakiem trzy lata i były to najszczęśliwsze trzy lata mojego życia. Wiem, że kochał mnie najbardziej na świecie, zrobiliśmy razem mnóstwo fajnych rzeczy, wspieraliśmy się zawodowo. Oboje pochodzimy się z mocno patologicznych rodzin, odcięliśmy się od tych środowisk, mieliśmy siebie, nieliczne grono przyjaciół i to nam wystarczało. Niecałe dwa miesiące temu mój partner mnie zostawił, bo... nie dałam mu dziecka. Z uwagi na chorobę genetyczną nie mogę mieć dzieci, ryzyko obdarzenia ich chorobą byłoby zbyt duże. Mój partner o tym wiedział, pogodził się z tym.
Ostatnio było między nami gorzej, dopytywałam, co się dzieje, bo widziałam, że coraz częściej się irytuje, łatwo wpada w gniew. Twierdził, że "coś sobie ubzdurałam". W końcu zdobył się na odwagę i powiedział mi, że chce być ojcem, że nie umie pogodzić się z tym, że ze mną nigdy nie będzie miał dzieci, że mnie kocha, ale że miłość, to za mało. Wyznał, że jest na mnie coraz bardziej zły z tego powodu, że nie jestem w stanie dać mu dziecka i że powoli miłość do mnie zastępuje złość i żal, że mnie przeprasza, ale nie ma wpływu na to, co czuje. On płakał, ja płakałam. Rozstaliśmy się, wyprowadził się, a ja każdego dnia wyję w poduszkę. Mamy sporadyczny kontakt, wiem, że się o mnie martwi i o to, jak sobie radzę. Wiem też, że na razie nikogo nie ma, ale powoli zaczyna szukać kobiety, którą pokocha i która da mu dziecko, z którą będzie mógł założyć rodzinę.
Do tej pory nigdy nie przeszkadzało mi to, że nie mogę mieć dzieci. Wiem o tym od 8 lat (mam ponad trzydzieści) i nie było mi z tym źle. Cieszyłam się, że udało mi się znaleźć kogoś, kto to akceptuje. Dziś... czuję się niewarta niczego, boję się, że już nikt nigdy mnie nie pokocha. Nie mam do niego żalu, po prostu jego pragnienia się zmieniły, a tej jednej "rzeczy" ja nie jestem w stanie mu dać.
Zarejestrowałam się na portalu randkowym, ale nawet jeśli rozmowa "się klei" i w którymś momencie pada pytanie o dzieci (większość panów chce założyć rodzinę), to po mojej odpowiedzi, że mieć ich nie mogę, kontakt się urywa. Wiem, że nie muszę się nikomu tłumaczyć, ale wolę od razu postawić sprawę jasno. Oskarżenia o to, że pewnie mogę, tylko jestem wygodną egoistką, też się pojawiły. Czuję się jak wybrakowany towar, który już do końca swoich dni będzie kurzył się gdzieś na półce...
Nienawidzę rodziców mojego narzeczonego.
Jak sobie pomyślę, że to moi przyszli teściowie to robi mi się słabo.
Maks, jego brat i rodzice - wszyscy mają wyższe wykształcenie. Rodzice są szanowanymi nauczycielami, uczą tego samego przedmiotu i powoli zbliżają się do emerytury.
U mnie w domu nikt nie ma wyższego wykształcenia - brat i ja mamy maturę, rodzice nawet tego nie mają. Brat skończył technikum informatyczne i pracuje jako programista, bardzo dobrze zarabia. Mama ma fajną, lekką pracę i przyzwoite zarobki. Tata (który skończył zawodówkę) od lat ma bardzo dobrze prosperującą firmę. No i ja - kilka lat ciężko pracowałam za granicą, żeby móc wrócić do Polski i otworzyć swój mały biznes. Tata powiedział, że może mi dać pieniądze, ale ja chciałam sama.
I właśnie dlatego, że moi rodzice, brat i ja nie mamy wyższego wykształcenia, dla rodziców mojego przyszłego męża jesteśmy gorsi. Niejednokrotnie w moją stronę padały różne złośliwości (bardzo często rzucane między wierszami, ale im się zdaje, że jestem tak tępa, że nie rozumiem o co im chodzi), przytyki i podśmiechujki. Ogólnie ich opinia jest taka, że ludzie niewykształceni to ludzie życiowo niezaradni. Raz moja przyszła teściowa stwierdziła (niby w żartach), że jak weźmiemy ślub to będzie swego rodzaju mezalians...
To był ostatni raz, kiedy ugryzłam się w język.
Nie wspomniałam wcześniej o tym, że rodzice mojego partnera, mimo, że tacy wykształceni i zaradni to od 20 lat nie mogą wykończyć domu (rodem z PRL-u) i jeżdżą 20-letnim szrotem. Mój ojciec jeździ porsche (nie chcę się przechwalać, lecz zobrazować sytuację), mamy piękny dom z jeszcze piękniejszym ogrodem, a rodzice przynajmniej raz w roku podczas urlopu są w jakimś egzotycznym miejscu. Mój brat w wieku 20 paru lat ma naprawdę duże oszczędności. Ja sama zarabiam jakieś 3 razy więcej niż matka Maksa. I kiedy po raz kolejny ta jędza zaczęła mi cisnąć (w akompaniamencie swojego męża), to powiedziałam jej to wszystko, co napisałam wyżej i stwierdziłam, że chyba jednak nie są do końca zaradni, skoro żalą się, że w tym roku znowu nie pojadą na urlop, bo z kasą krucho. Zatkało ich, Maksa też, ale całe szczęście stanął po mojej stronie. Od tamtej pory ich nie odwiedzam, w końcu nie z nimi biorę ślub, a z ich synem.
Przychodzę na uczelnię. Kątem oka zauważyłem, że za mną idzie dziewczyna. Otworzyłem drzwi, odwróciłem się do niej z uśmiechem i zrobiłem gest ręką, że ją przepuszczam. Kiedy ona to zobaczyła od razu wystrzeliła "Przepraszam, ale mam już chłopaka". Trochę mnie wcięło, ale odpowiedziałem "Gratuluję! Ale wchodzisz czy będziesz tu na niego czekała, żeby ci otworzył drzwi?".
Dziewczyny, jeśli facet jest uprzejmy, to nie od razu oznacza, że na was leci.
Dodaj anonimowe wyznanie