Opiszę wam coś co jest praktycznie całkowicie anonimowe, bo siedzi w moim serduszku taki mały smuteczek i wie o tym tylko, co nieco, moja żona i nikt więcej.
Moja siostra mimo, że młodsza, niewiele, ale młodsza, zawsze wzbudzała podziw całej rodziny. Najlepsza w całej podstawówce. Na koniec 6 klasy miała średnią 6.0 (ja "tylko" 5.9 bo nie miałem 6 z WF, taka ciamajda ze mnie...). Wygrywała konkursy, dobrze się uczyła. Od gimnazjum miała fajnych chłopaków, starszych itd. Rodzice średnio na to patrzyli, ale póki nie robiła nic złego to jedynie wzbudzała zainteresowanie całej rodziny. Ja oczywiście, życiowa ciamajda nie miałem żadnej dziewczyny, aż do końca liceum.
Po maturze siostra zaraz poszła do pracy, zanim jeszcze zaczęła studia. Znów podziw i poruszenie w rodzinie. Studiuje, pracuje... Cud miód. Ja wykorzystałem ostatnie długie wakacje, bo wiedziałem, że czekają mnie ciężkie studia inżynierskie. Przez całą inżynierkę nie pracowałem, codziennie dojeżdżałem pociągiem wiele kilometrów na uczelnię, podczas gdy siostra miała uczelnię pod nosem... Ale to wciąż ona wzbudzała zachwyt i poruszenie - w końcu to ona załapała się na stypendium i wciąż pracowała.
Po licencjacie siostra wymyśliła, że wyjedzie daleko na studia magisterskie. Jak pomyślała tak zrobiła. Miała trochę odłożonej kasy, potem załapała tam pracę... A ja wreszcie ogarnąłem, że nie da się przesunąć góry, żeby przestała rzucać na ciebie cień. Trzeba to olać, pójść w inne miejsce, zdystansować się, zacząć żyć po swojemu i być bardziej szczęśliwym. Na magisterce ogarnąłem sobie przyzwoitą biurową pracę. Szybko odłożyłem na wymarzony samochód (nikt się tym nie zachwycał, co innego jak kilka lat później siostra kupiła samochód, ale po mnie to już spływało).
Potem już poszło gładko. Koniec studiów. Wielokrotnie lepsza płaca. Kochająca dziewczyna, ślub, kupno mieszkania... Oczywiście rodzina i tak bardziej zachwyca się wynajętym mieszkaniem siostry w nowym budownictwie niż moim własnym, wyremontowanym, w starym budownictwie. Oczywiście ważniejsze są jej problemy z kolejnymi facetami niż moje udane małżeństwo. Oczywiście to ona sobie lepiej radzi - pracując nie w swoim zawodzie, w pracy której nienawidzi i za średnią krajową, podczas gdy ja pracuję w zawodzie, w pracy którą uwielbiam (no ok, lubię :P ) i za dwa razy tyle co ona w mieście "tańszym" niż siostra... I wiecie co? Zrozumiałem, że to się nigdy nie zmieni. Zwyczajnie wśród dwójki rodzeństwa, zawsze będzie to "lepsze" i to "gorsze". Nie, nie obiektywnie, tylko całkowicie subiektywnie według odczuć rodziny.
Jedyny sposób to się z tym pogodzić i żyć własnym życiem tak, aby potrafić być w tym szczęśliwym.
Chociaż w serduszku i tak zostaje taki mały smuteczek.
Chłopak mojej koleżanki ze studiów dosypał jej prochów do drinka, żeby w końcu z nim poszła do łóżka (byli już wtedy razem w związku). Średnio kontaktowała co się dzieje, ale po fakcie wybaczyła mu i są razem już parę lat. Tak jakby nie przeszkadzało jej, że swój pierwszy raz może nazywać gwałtem. Wiem o tym, bo kiedyś pokłócili się przy mnie na imprezie, ona upiła się na smutno i mi to opowiedziała.
Przeraża mnie to jak o tym myślę, bo lubię tę dziewczynę i wydaje się być w miarę miła i poukładana. Nie wiem co o tym sądzić, chyba wolałam żyć w nieświadomości.
Raz jak byłem mały, w czasie kąpieli szampon dostał mi się do oczu i zaczęło mocno piec. Zamknąłem na chwilę oczy. Tak się złożyło, że właśnie w tym momencie była awaria prądu i jak otworzyłem oczy, to otaczała mnie kompletna ciemność. Myślałem, że szampon wypalił mi oczy i oślepłem. Zacząłem krzyczeć z przerażenia. Gdy zaraz przybiegła mama z latarką i zobaczyłem światło, to byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.
Mając 17 lat nadal byłam dziewicą, większość moich koleżanek miała już swoich chłopaków, z którymi odkrywały swoje ciała.
Byłam bardzo ładna, miałam krągłe biodra duże piersi i blond włosy - to wystarczy żeby wokół mnie kręcili się tylko faceci, którzy byli zadufani w sobie i myśleli że "głupią blondynkę" wyrwą i zaciągną do łóżka w dwa dni.
W końcu znalazłam faceta, który był dla mnie dobry. Bez względu na to jak było między nami, to dwa dni po tym jak mnie zaliczył, okazał się dupkiem. Udawał 4 miesiące po to by mnie zaliczyć.
Z tego wszystkiego wniosek był tylko jeden - poznałam co to seks.
I to był mój koniec - teraz w wieku 24 lat jestem "czysta", ale od 17 do 23 byłam łatwą, tępą blondynką na zawołanie... Nie wiem ilu ich było, ale moja opinia była tragiczna, jedynie dobre stopnie w szkole pozwoliły mi wyrwać się z wioski i zamieszkać w mieście na studia. Tam wcale nie było lepiej ale byłam anonimowa i wszystko trwało dalej. Nie potrafiłam się z tego wyrwać, weekendy spędzałam na imprezach i co noc w innym mieszkaniu z innym facetem lub facetami.
Dopiero gdy poznałam mojego obecnego chłopaka to zapragnęłam zmienić życie. Być z jednym i tylko jednym. Choć powód był bardzo pusty - duży członek, to wystarczyło by spróbować stworzyć coś co okazało się związkiem, który trwa już rok. Nie wyobrażam sobie życia bez niego - a wyrzuty sumienia czasami zabijają mnie na amen i potrafię tylko leżeć dzień lub dwa nim powracam do życia...
Bez pointy.
Mam 22 lata i przeprowadziłam się właśnie z moim narzeczonym do mieszkania, i wszystko by było fajnie gdyby nie to, że ciągle płaczę. Bardzo chciałam z nim zamieszkać i on ze mną też, ale teraz kiedy już stało się to realne nie mogę sobie poradzić z tęsknota za rodzinnym domem. Nie wiem czy to normalne, czy jednak popełniliśmy błąd.
Z moją rodziną jestem bardzo zżyta, ale mam dużo rodzeństwa i stwierdziliśmy z narzeczonym, że skoro nas stać, to może warto się wyprowadzić. Jednak teraz jestem po prostu w rozpaczy, czuję się jak ostatnia idiotka i po prostu mi głupio. Nie wiem czy to wyznanie dobre na tą stronę, ale czytam anonimowe od lat i to była pierwsza myśl żeby tu napisać.
Moja dziewczyna powiedziała mi dzisiaj, że wszyscy faceci są płytcy i zwracają uwagę tylko na wygląd. Odpowiedziałem jej, że to nieprawda i że przecież na przykład ja jestem z nią, a wcale nie jest taka ładna.
Lepiej już było nic nie mówić.
Jestem w stałym, szczęśliwym związku od 7 lat. Na studiach "dorabiałam" jako prostytutka. Mój mąż zna moją przeszłość. Wie, że potrzebowałam pieniędzy. Jednak czasami wspominam ten czas i brakuje mi tego "dreszczyku" emocji.
Pracuje w trybie zmianowym, również w weekendy. Znajomi zaprosili mnie w piątek na grilla, problem w tym, że w sobotę miałam być w pracy, na szczęście na drugą zmianę. Impreza była udana, kiełbaska, piwko itp.
Obudziłam się w sobotę 2 godziny przed pracą, ogarnęłam się i poszłam na moją zmianę. Po przyjściu do pracy otrzymałam info, że odwiedzi nas przełożona, która nie stacjonuje w naszej lokalizacji, ale nie wiadomo o której będzie. Zaczęłam więc wykonywać swoje obowiązki i w pewnym momencie poczułam, że wszystko co wrzuciłam w siebie poprzedniego wieczoru za chwilę ze mnie wyskoczy w postaci kackupy.
Udałam się więc do świątyni dumania, zostawiłam tam pokaźny okaz, dodatkowo bardzo brzydko pachnący. Na szczęście nic się nie zakorkowało, posprzątałam po sobie tak, że nie było wizualnych śladów, ale fetor pozostał. Niestety nie było żadnego odświeżacza. Wyszłam z toalety i spotkałam przełożoną, wyraźnie poddenerwowaną. Spytała gdzie się podziewałam, bo od kilku minut mnie szuka żeby przekazać mi jakieś ważne polecenie. Nie zdążyłam odpowiedzieć na pytanie, usłyszałam tylko to mega ważne polecenie i szefowa zniknęła. Wróciła za kilka minut, w lepszym humorze, z pytaniem czy ostatnio nie mieliśmy awarii w toalecie bo strasznie tam śmierdzi. Dobrze że pracuję w maseczce na twarzy, bo moja mina musiała być wymowna. Mam nadzieję, że nie skojarzyła faktów.
W czasie lekcji wszedłem do pustego pokoju nauczycielskiego i zacząłem czegoś szukać w szafce. Po chwili wszedł nauczyciel i jak tylko mnie zobaczył to od razu naskoczył “Młody człowieku! Na drzwiach jest informacja, że uczniom wstęp wzbroniony. A za grzebanie w szafce nauczyciela dopilnuję, abyś dostał naganę od dyrektora!”.
To był mój pierwszy dzień na stanowisku nauczyciela w liceum...
W podstawówce bardzo często przyjeżdżałam do mojego świętej pamięci dziadka. Zapoznałam się tam z Kasią. Bardzo często przychodziłam do niej w odwiedziny, kiedy akurat przyjeżdżałam do dziadka. Był tylko jeden zasadniczy problem. Kasia miała sporego pit bulla, który nie przepadał za gośćmi, dlatego zawsze jak przychodziłam, to ktoś albo na jakiś czas zamykał go w garażu, albo trzymał dopóki nie weszłam do domu (to był pies typowo podwórkowy).
Pewnego pięknego dnia jak zwykle poszłam do Kasi, stałam chwilę przed bramką, ale po psie nie było ani śladu, więc bez zastanowienia weszłam przez furtkę i już byłam prawie przy drzwiach wejściowych... Nagle jej pies wybiegł zza domu i szybkim krokiem zaczął podążać w moją stronę. Jako że byłam wtedy w jakiejś 4 klasie podstawówki i byłam strasznie niska, to ten pies wydawał mi się przeogromny. Spanikowana nie wiedząc co robić wskoczyłam na drzewo i... się posikałam. Autentycznie się posikałam ze strachu.
Mina mamy Kasi, kiedy wyszła zobaczyć co się stało (strasznie krzyczałam i na pewno zrobiłam sporo hałasu) była wprost bezcenna.
Dodaj anonimowe wyznanie