Pewnego razu spiknęliśmy się z paroma kumplami i wpadliśmy na fantastyczny pomysł by pozwiedzać pewien park. Skamieniały. Nie że wszystko tam było ze skamienia, tylko no, taka nazwa. Chcieliśmy koniecznie znaleźć wodospad, który gdzieś tam był w pieruny w głębi tego lasu.
Zajechaliśmy na parking gdzieś grubo po 20-tej, bo już ciemniej i żadnych ludzi. Tak sobie hopsasamy w tej całej florze, aż nagle się skapnęliśmy że wodospadu jak nie było tak nie ma, ciemno jak w czeskim Cieszynie, każdy z nas głodny i jakby tego było mało - wybiła godzina 2 w nocy. Jeden rzekł: "Wypadałoby by wrócić, nie?". Nie no, Einstein nam się znalazł. Eureka!
Gdy tak po omacku doczołgaliśmy się do mniej więcej takiego punktu zbiorczego, gdzie już wiedzieliśmy jak trafić z powrotem na parking, jeden z nas stanął jak wryty. A my za nim - tak jak gęsiego - powpadaliśmy się na siebie. "Dzik!".
No i rzeczywiście dzik, dzik jak żywy. Stoi wryty, nieruchomo. On lampi na nas, my na niego. Co robić? Jeden rzuca pomysł, że trzeba się wycofać, drugi- "pewnie śpi", trzeci aby jeszcze było fajniej "pewnie w okolicy są młode". Ja już nie wiem, nogi z waty. Całe szczęście, że mieliśmy takiego mózga w ekipie (niczym Walo z Blok Ekipy), który powiedział "Spokojnie, oglądałem Nasional Dżeografik, trzeba stanąć koło siebie, podnieść ręce i krzyczeć w ch*j. Dzik pomyśli, że jesteśmy większym zwierzem i ucieknie".
Jako że nie było lepszego pomysłu, stanęliśmy w rządku i drzemy pyski. "Aaaaa, Ugabuga, Trelemorele" - krzyczymy jak orkiestra smyczkowa pod dyrekcją Leszka Bogdanowicza. Jak zakończyliśmy nasz występ, po tak 2 minutach, zorientowaliśmy się, że dzik wciąż się nie rusza. Kiedy podeszliśmy okazało się, że natknęliśmy się na powalony konar, który no wypisz wymaluj był w kształcie dzika.
No więc tak że tego...
Gdy byliśmy mali, babcia nie pozwalała wpuszczać podwórkowych kotów do domu. Miało to swoje uzasadnienie, gdyż kot Węgielek po wejściu do kuchni podnosił nogę jak pies i strzelał moczem na kredens, celując w zawieszoną na klamce siatkę, w której babcia trzymała chleb. Do domu mogła czasem wejść kocica Rysia, ona była grzeczniejsza. Gdy je karmiliśmy, Węgielek zawsze ustępował Ryśce miejsca przy misce, dochodził dopiero gdy ona się najadła, choć sam również był głodny. Węgielek został również dwukrotnie ojcem dzieci Rysi. Moja młodsza siostra uznała, że koty nie powinny żyć tak bez ślubu, więc gdy na wakacje przyjechał nasz mały kuzynek Kuba, oczywistym było, że zorganizują im ślub. Kuba był o rok młodszy od Oli, był mały i suchy jak patyk, do tego straszny niejadek, co martwiło niezmiernie babcię, która non stop próbowała go czymś karmić, zazwyczaj bezskutecznie.
Dzieciaki bardzo poważnie podeszły do kwestii organizacji ślubu, na podwórku został zbudowany ołtarz, alejka, po której mieli przejść państwo młodzi, ławki dla zaproszonych gości (głównie dzieciaki z sąsiedztwa i nasze misie), Ola nazbierała kwiatków na bukiety, ja zrobiłem z papieru koloratkę dla Kubolka, który miał być księdzem na uroczystości. Na wesele zorganizowane były paluszki, draże kokosowe, czipsy maczugi (cała paczka za zawrotną sumę 50 groszy) i jakiś gazowany pomyj w stylu Helena czy inna Fanta. Był jednak jeden problem, koty nie były zainteresowane zinstytucjonalizowaniem swego związku ani uczestnictwem w sakramencie swego ślubu. Próby ceremonii wypadały fatalnie. Myślę, że po prostu dalej wolały dalej żyć na kocią łapę. Sprytni Ola i Kubolek postanowili jednak je jakoś przekonać. Kubolek poszedł do babci, która należała do pokolenia wojennego, które cierpiało głód, miało kompleks sybiraka i dla którego mięso było luksusem i przywilejem i stwierdził, że bardzo zgłodniał. "A co byś zjadł, wnusiu?" - zapytała babcia. "A zrób mi babciu kanapkę z szynką i kiełbasą". Babcia szczęśliwa jak nigdy narobiła Kubolkowi i Oli mnóstwo kanapek z szynką i kiełbasą. Mięso schowali do siatki, a chleb wyrzucili chichocząc.
Gdy przyszedł ten najważniejszy w życiu każdej kobiety dzień, na deskach siedzieli zaproszeni goście i misie, wszyscy odświętnie ubrani, wykradziona została woda święcona z kościoła, a Ryśka i Węgielek pojmani. Ustawiliśmy je obok siebie na początku drogi pod ołtarz i zaczęliśmy nucić marsz weselny. Koty jednak zamiast iść z godnością do ołtarza, tak jak byliśmy pewni, że zrobią w tak wyjątkowym dniu, wystrzeliły jak z procy, by dorwać się do mięcha leżącego u stóp Kubolka. Zanim Kuba zdążył ogłosić je mężem i żoną, zeżarły wszystko i zaczęły węszyć po "kościele", czy nie ma gdzieś więcej. Ostatecznie jednak je pożeniliśmy, a sprawa mięcha nigdy nie ujrzała światła dziennego.
Mam 33 lata, jestem alkoholiczką. Uzależniłam się mając 22 lata. Już nieważne dlaczego... Bo ból po stracie bliskiej osoby, bo brak pewności siebie i potrzeba jakiegoś ośmielenia towarzyskiego. Przez lata rozwinęło się to w olbrzymi problem.
Wczoraj usiłowałam z tym skończyć. Potworny ból psychiczny i lęk, taki, że zrywałam się z łóżka 10 razy ponieważ nie mogłam wytrzymać sama ze sobą. Niewyobrażalny strach, poty, poczucie winy w końcu głosy mówiące mi, że mam się wychylić przez balkon to się napiję z sąsiadem piwa (8 piętro).\
W końcu nie wytrzymałam i się napiłam. Teraz czuję spokój, błogość, senność. Cisza, tylko wiatrak cicho szumi. Nie wypiłam dużo, ot, trzy piwa i już cały ten koszmar zniknął. Łatwo mówić: "Wystarczy przestać pić". Pewna jestem, że gdyby każda z osób tak mówiących chociaż przez 10 minut przechodziła przez koszmar, który przechodzi uzależniony na odstawieniu sama by zrobiła wszystko, aby tylko to przeszło Wiem, mogłam nie zaczynać, ale wpakowałam się w to w bardzo młodym wieku i nie od razu rozpoznałam objawy. Zanim rozpoznałam - było już za późno. Teraz odczuwam silne głody alkoholowe, nie mogę wyjść nawet ze znajomymi na piwo. Nawet zapach spirytusu w płynie do mycia szyb sprawia, że myślę o alkoholu. Tak łatwo oceniać. Tak trudno pomyśleć.
Miłość między mną, a obecną dziewczyną rodziła się w wielkich bólach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale dużo osób przez to cierpiało, żyliśmy w tzw. toksycznych związkach.
Obecnie jest dobrze. Mamy podobne charaktery, zero kłótni, czas spędza się przyjemnie. Dbamy o siebie nawzajem. Podobne oczekiwania od życia. Marzymy o małym domku, ogródku i spokoju. Po kilku latach jak ja dotykam, nadal twierdzi, że jest tak jak pierwszego dnia. Ja bym za nią zabił albo życie oddał. To najwspanialsza i najbardziej szlachetna kobieta na świecie. Ale.... czemu zawsze pojawia się jakieś ale.
Jakiś czas temu pojawiła się ona. Szalona dziewczyna, nieobliczalny charakter. Wulkan energii i uczuć. Pełna sprzeczności. Niby zimna i nieczuła, ale w środku ogień miłości. Nie taka piękna jak moja obecna dziewczyna, ale jej wzrok, uśmiech przeszywają na wylot. Nie daje spać nocami. Czuję się niewolnikiem uczuć. Nie chcę iść w to dalej, ale nie mogę. Każdy kontakt z nią, każda rozmowa sprawia, że stajemy się sobie coraz bardziej bliscy. Niestety, pracuję z nią, nie jestem w stanie nie mieć z nią kontaktów. Nieważne co byśmy robili i tak kończy się długimi rozmowami. Wiele osób mi mówi, że wystarczy popatrzeć na nią, by zobaczyć że jej się podobam.
By być dobrze zrozumianym, dodam że do niczego nie doszło. Nie wyobrażam sobie zrobić krzywdy tak wspaniałej osobie jaką moja dziewczyna jest. Ona także nie należy do tych dziewczyn co interesuje się zajętymi facetami. Chcemy tylko przyjaźnić się jak dawniej i spać spokojnie w nocy.
Liceum, w którym się uczyłam, współpracowało z ośrodkiem terapii dla niepełnosprawnych i często w szkole organizowaliśmy dla jego podopiecznych wspólne zajęcia. Była to grupa niepełnosprawnych, z którymi np. robiliśmy wspólnie kartki i ozdoby świąteczne, warsztaty muzyczne itd. Zawsze uczestniczyła w tym grupa chętnych z różnych klas naszej szkoły.
Przy okazji robienia właśnie kartek świątecznych siedziałam przy stoliku z grupą osób niepełnosprawnych, odpowiedzialna za przygotowanie z nimi kartek. Wszyscy chętnie pracowali, oprócz jednego chłopaka, który siedział cicho w rogu. Podeszłam do niego i wesoło zatrajkotałam "A ty co, nie robisz karteczki? Chodź, pomogę ci, zrobimy razem". Po niechętnym spojrzeniu postanowiłam iść o krok dalej, podsunęłam mu kolorowy papier i dodałam "Zobacz, twoim kolegom świetnie idzie, ty też na pewno zrobisz super kartkę!". W tym momencie koleś wstał, popatrzył na mnie wzrokiem, którego nigdy nie zapomnę i wycedził: "Ja chodzę do tej szkoły!" i wyszedł.
Chyba nie byłam jedyną wolontariuszką z naszej szkoły przy stoliku.
Dziś świętowalibyśmy jego 23 urodziny, lecz nie jest to nam dane. Tak bardzo chciałabym żeby to wszystko okazało się nieprawdą, że wróci i razem będziemy świętować. To pierwszy raz gdy w urodziny nie przytulę go, nie dam mu prezentu i nie powiem jak bardzo go kocham, bo już go nie ma, nie wróci i nie przytuli.
Byłam dziś u niego przy grobie, tak bardzo mi go dziś brakuje ,to 1 jego urodziny ,które tak musieliśmy spędzić, nie potrafię sobie z tym poradzić. Zabrała mi go jego pasja jego miłość do motorów. Choć prawie minął już rok to ja dalej nie mogę sobie poradzić ze stratą mojego skarba. Wciąż mam nadzieję, że to wszystko to jeden długi koszmarny sen.
Wszystkiego najlepszego kochanie zawsze będę cię kochać. Śmigaj po niebieskich autostradach.
Będzie o pandemii i zamknięciu szkół, a także o przemocy psychicznej w szkołach.
Tak bardzo byłem gnębiony w szkole przez rówieśników i nauczycieli, że gdy ogłosili zamknięcie szkół, był to najlepszy moment mojego życia. Teraz modliłem się tylko o to, żeby nie otworzyli szkół przed zakończeniem roku szkolnego i się udało. Sytuacja była lepsza o tyle, że w tym roku byłem w klasie maturalnej, więc ludzi, którzy mnie gnębili widziałbym maksymalnie przez 3 dni, bo na rozszerzenie zdawałem wiedzę o społeczeństwie jako jedyny w klasie. Co więcej, przez to, że wpuszczali pojedynczo z kolejki udało mi się uniknąć rozmowy z nimi.
Teraz trochę o lekcjach online. U nas żaden z nauczycieli ich nie prowadził przez kamerkę ani nawet przez mikrofon. Jedynie wysyłali nam zadania do zrobienia. Większość by narzekała na poziom nauczania, a właściwie jego brak, ale dla mnie był to istny raj. Nie musiałem rozmawiać z ludźmi, którzy się ze mnie nabijali, nie musiałem słuchać, jak mnie obgadują ani bać się, że ktoś mnie ośmieszy przy całej klasie. Nie obawiałem się wychowawczyni, która gnębiła mnie za każdy nawet mały błąd i wyśmiewała przy klasie. Uczyłem się już tylko pod maturę, bo i tak nie wstawiali nam ocen, a tych zadań nie wymagali, żeby im wysłać.
Zazdroszczę ludziom, którzy piszą w internecie, że tęsknią za szkołą, za kolegami. Uspokoję was, nie czuję się jakoś bardzo samotny. Mam kilku przyjaciół z poprzednich szkół i znajomych z różnych wydarzeń, z którymi czasami się spotykam na piwo, jednak szkoła to był istny koszmar, chociaż tam też miałem kilka osób, które chciały siedzieć ze mną w ławce i czasem pomogły, pogadały. Tylko że wystarczy kilka złych osób, żeby zniszczyć człowieka i nie wiem jak bym to wytrzymał, gdybym musiał chodzić do szkoły jeszcze przez 3 miesiące.
PS Wybaczcie, nie dam rady opisać wszystkich przykrości, które mi sprawiali, ale może kiedyś się pojawi osobne wyznanie, ewentualnie komentarz.
Postanowiłam napisać tutaj o tym, bo na samą myśl o porozmawiania o tym z kimś kogo znam moje struny głosowe zawiązują się na supeł.
Rok temu wyjechałam do Ameryki, do pracy, jestem tatuażystką. Najzwyczajniej w świecie, jak wielu takich jak ja, chciałam sobie dorobić i wracać do Polski.
Rzecz, która będę tu opisywać, bo to nawet nie jest jedna sytuacja, dotyczy kolesia, który przyszedł do mnie w mój drugi dzień pracy. Chciał sobie zrobić pierwszą dziarę, ale nie miał pomysłu, więc wybrał sobie jakiś mój projekt. Całą sesję próbował ze mną flirtować, chociaż powiedziałam mu nawet wprost, że nie jestem zainteresowana.
Co on na to? Że podoba mu się moja stanowczość i dalej swoje. Nie był przy tym jakiś nieuprzejmy ani nie przeszkadzał mi bezpośrednio w pracy, jedynie mnie irytował, więc go nie wyprosiłam. Pieniądze też miały tutaj swoje do powiedzenia, nie mam zamiaru ukrywać. Kiedy wychodził, odetchnęłam z ulgą. Niestety, ku zszarganiu moich nerwów, wrócił dwa tygodnie później po kolejną dziarę. Miałam mu odmówić, ale zaproponował, że zapłaci za tatuaż tak naprawdę dwa razy więcej niż był wart. Tym razem był trochę mniej natarczywy, najwyraźniej zauważył, że nawet nie próbuję go słuchać i tylko pod koniec zaprosił mnie na obiad, ale się nie zgodziłam.
To powtarzało się kilkanaście razy. Przychodził, płacił dwa razy tyle ile powinien, próbował mnie nieskutecznie poderwać i wychodził.
W pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać z szefem skąd on na to tak naprawdę bierze pieniądze, bo z czasem decydował się na coraz większe, a co oczywiście za tym idzie droższe tatuaże. Wiecie, to nie jest tak, że byłam jakąś wielką suką dla kolesia, który po prostu się starał. Traktowałam go jak klienta, nie pozwalałam tej znajomości przejść na jakiś koleżeński poziom, a pieniądze brałam za pracę jak dawał, bo przecież po to tam przyjechałam, aby zarobić.
W każdym razie, kiedy już myślałam, że poddał się w startowaniu do mnie i to tak definitywnie, to on zrobił coś, co sprawiło, że autentycznie zaczęłam się go bać.
Oświadczył się. Któregoś razu po prostu przyszedł, zrobił sobie małą dziarę, a potem padł przede mną na kolana i zapytał, czy zostanę jego żoną.
Pamiętam, że powiedziałam mu tylko "Nie. Idź sobie!", a on rzeczywiście wyszedł, chociaż zapowiedział, że jeszcze się nie poddał.
Po tym musiałam przeprowadzić się do swojego szefa i jego rodziny, bo wcześniej mieszkałam w miejscu, gdzie były same kobiety i po prostu się bałam.
Wyobraźcie sobie, że napalił się na was prawie dwumetrowy napakowany Afroamerykanin, podczas kiedy wy macie ledwie 167 cm wzrostu i kończyny jak patyki.
Nie powiedziałam o tym nikomu, bo na samą myśl o tamtej sytuacji robi mi się niedobrze. Szef wie jedynie, że koleś zachował się "nieodpowiednio".
Byłam cichym i nieśmiałym dzieckiem.
Rozmawiając z obcymi ludźmi, bardzo się stresowałam, czasem nie wiedziałam, co powiedzieć. Pewnego dnia mając 7 lat i siedząc w szkolnej toalecie, zestresowałam się do tego stopnia, że zamiast powiedzieć "zajęte", gdy ktoś zapukał do drzwi, odpowiedziałam "proszę".
Do dziś pamiętam zdziwioną twarz tej dziewczynki, którą zaprosiłam do środka :D
Byłam na sali porodowej. Akcja w toku, ból jak diabli, krzyczałam i przeklinałam. Mąż czekał na korytarzu. Nagle chwyciłam położoną za rękę i powiedziałam do niej: "Proszę szybko iść i powiedzieć mojemu mężowi, że zostawiłam w domu włączony gaz pod zupą!".
Wyobraźcie sobie minę męża, który chodził tam i z powrotem po tym korytarzu, cały w stresie, gdy w końcu wyszła do niego pielęgniarka i przekazała taką informację.
Dodaj anonimowe wyznanie