Mam 19 lat, a mój brat 24. Jesteśmy bardzo zgranym rodzeństwem i zawsze sobie pomagamy.
Kiedy miałam 10 lat, a mój brat 15, zawsze chętnie zabierał mnie na spacery czy na plac zabaw. Rodzice byli bardzo dumni z tego, że ich starszy syn tak bardzo kocha swoją małą siostrę. Ale nie wiedzieli o jednym. Że kiedy wychodziliśmy z domu, mój brat zakładał mi różową kokardkę, trzymał mnie za rękę i kiedy szła ładna dziewczyna, wywracałam się, płakałam, a on mnie przytulał, dawał buziaka w czoło. Za każdą taką akcję dostawałam złotówkę, a jak dziewczyna podchodziła i pytała, czy wszystko dobrze itp., dostawałam 2 zł. A jak udało mu się ją zapoznać - 5 zł.
Rodzice do dzisiaj opowiadają wszystkim o ich synu, który był bardzo troskliwym, kochającym, starszym bratem, który poświęcał swój wolny czas dla siostry.
Jestem spokojnym facetem, 33 lata, stała, nudna, ale w miarę przyjemna praca.
Żona. Dom, dziecko i drugie w drodze...
Najbardziej przeciętny i najbardziej normalny szarak na tym bożym świecie...
A moim największym marzeniem jest przeżyć coś w stylu obalenia rządu - wyjść na ulicę, wziąć w rękę pałkę i lać wszystkich, którzy nie są z "nami". Chciałbym ruszyć na policjantów, którzy zostali po stronie rządu, chciałbym rewolucji. Uwielbiam filmy o obalaniu władzy, o walce o wolność, o walce, by móc nie walczyć już o każdy dzień...
Dobrze, że za marzenia jeszcze nikt nie karze.
Teraz siedzę cichutko, udaję, że pracuję, pisząc to wyznanie, i cicho nucę !no pasarán! !no pasarán!
Przyjaźń damsko-męska podobno nie istnieje. Chciałabym się podzielić historią pewnej dziewczyny (nazwijmy ją Kasia).
Kasia miała najlepszego przyjaciela (nazwijmy go Tomkiem) od zawsze, było dobrze tak jak było, dużo rozmawiali, nigdy nie brakowało im tematów, spędzali razem całkiem sporo czasu. Kasia spotykała się z różnymi chłopakami, bez większych powodzeń, po każdym miłosnym zawodzie słyszała od Tomka "Nie przejmuj się, nie był Ciebie wart, pamiętaj, że masz mnie". Od kiedy Tomek powrócił do świata singli spędzali ze sobą jeszcze więcej czasu, chodzili razem na imprezy, do kina, na kawę, wszyscy znajomi mówili, że powinni być razem, bo przecież tak do siebie pasują. Na te słowa zawsze reagowali tak samo, zmieszane uśmieszki "my się tylko przyjaźnimy".
Pewnego wieczora po spożytej zbyt dużej ilości alkoholu przez Kasię i Tomka, zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej w sposób hmm... fizyczny. Kasia czuła się zakłopotana całą sytuacją, przecież on jest dla niej najlepszym przyjacielem, jak tak można się całować z przyjacielem? Tomek mówił, że niczego nie żałuje, Kasia jednak miała moralniaka. Wspólnie uznali, że nie będą do tego wracać. Nadal spędzali ze sobą czas, wszystko wróciło do normy.
Po paru tygodniach Kasia po usłyszeniu/przeczytaniu wielu historii związanych z wychodzeniem z friendzona, przeanalizowaniu wszystkich sytuacji i ewentualnych znaków, które mogłaby uznać za coś więcej niż przyjacielskie gesty uznała, że może jednak warto spróbować. Chcąc szczerze pogadać z Tomkiem postanowiła się z nim spotkać. Okazało się, że Tomek wrócił do swojej eks. Ich znajomość się skończyła, kontakt się urwał, a Kasia lada chwila ucieka na drugi koniec świata żeby zapomnieć. Nie bądź jak Kasia, orientuj się szybciej i wychodź z friendzona.
Cześć, jestem Kasia.
Zazwyczaj sypiam całkiem nago, co jest kluczowe dla tego wyznania. I druga kluczowa rzecz - do mojego bloku często są otwarte drzwi, tak że każdy może wejść bez użycia domofonu.
I tak sobie kiedyś spałem, jak mnie Pan Bóg stworzył. Nagle obudził mnie dzwonek do drzwi. Wstałem, nie bacząc na nic (wiadomo, jak funkcjonuje zaspany człowiek), nie zauważywszy porannej erekcji, popędziłem otworzyć owe drzwi. I tak przywitałem mojego szefa, który przyszedł ze swoją żoną po jakieś dokumenty (faktycznie, dzwonił dzień wcześniej, że przyjdzie, żebym nie fatygował się w dniu wolnym). Przywitałem go nagi, ze sterczącym interesem wycelowanym wprost w niego. Dla całości pechowej sytuacji akurat za jego plecami przechodziły dwie sąsiadki z piętra wyżej...
Szef jakoś zrozumiał. Nigdy nie wracał do tematu, powiedział tylko, że następnym razem, jak będzie pod moim blokiem, zadzwoni najpierw telefonem, później dzwonkiem. A sąsiadki? Nadal dziwnie się uśmiechają na mój widok, a ja nie umiem na nie popatrzeć, jak mówię im "dzień dobry".
Od października siedzę w domu. Przez pandemię zostało zamknięte moje miejsce pracy, studia zostały ograniczone do nauki zdalnej. Miałam tyle pomysłów co bym zrobiła, gdybym miała więcej czasu wolnego, a teraz kompletna pustka. Boję się wyjść do ludzi, boję się znaleźć zastępczą pracę. Boję się życia. Codziennie siadam, planuję co będę robić dzisiaj, ostatecznie i tak zostaję w łóżku, oglądając telewizję. Nie dbam o siebie, nie uczę się, nie rozwijam się, nie żyję.
Chciałam się po prostu wygadać komuś. Może komuś, kto to zrozumie, kto jest w podobnej sytuacji. Kogo tak samo jak mnie przytłacza to całe ograniczenie.
Moja babcia ma siostrę bliźniaczkę, ja mam siostrę bliźniaczkę, sama też urodziłam 2 piękne bliźniaczki. Teraz znów zaszłam w ciążę. Myślicie, że bliźniaki? Nie, ale blisko, trojaczki...
Na studiach, jakieś 6 lat temu, pojawił się nowy młody doktor... 30 paroletni, przystojny, niezbyt wysoki, tak z 1.75 cm. Wszystkie dziewczęta od razu zwróciły na niego uwagę, był można by rzec doskonały. Ten jego uśmiech, nie powiem szalałam za nim, ton głosu jak u anioła. Tak rozmarzona przychodziłam na zajęcia, nie dało się na nich skupić gdyż mój wzrok lądował na nim przez cały czas. Śnił mi się nawet po nocach.
Nie byłam jakąś mega wystrzałową dziewczyną, mogę powiedzieć że byłam cicha, nawet niezauważalna w wielkim tłumie jego "fanek", a mimo to zdawało mi się, że czasami spoglądał na mnie kątem oka. I tak oto przez cały semestr nie zamieniłam nawet z nim słowa, dopóki nie nakazał nam przygotować referatu o jakimś tam okresie w historii Niemiec (byłam na germanistyce), a to były jedyne zajęcia gdzie mogłam go zauroczyć swoja wiedzą. Tak, że przygotowywałam się do tego referatu ze 2 miesiące aby wystąpić. Wybrałam temat o Mitologii, lubię o tym czytać i wiem, że to był też jego ulubiony temat. Także do dzieła, chodzenie po bibliotekach, kupowanie książek itp. wszystko, aby mu zaimponować, chociaż trochę.
W końcu nadchodzi ten dzień, dzień przedstawiania mojego referatu. Wychodzę na środek sali, zestresowana jak cholera z lekkim zapaleniem krtani (efekt kibicowania, ujemnej temperatury i zimnego piwa), zaczynam czytać cicho, facet prosi abym czytała trochę głośniej, to staram się jak mogę, nie wychodzi... Mój kochany doktor widząc to, podchodzi do okna i je zamyka, aby lepiej mi się czytało...
Zawstydziłam się i rozkojarzyłam do tego stopnia że zamiast przeczytać "oryginalne wówczas metody zapobiegania najazdów przez dzikich Gothów", przeczytałam dość szybko jako "oralne wówczas metody zaspokajania przez dzikie koty"... i myślałam, że spalę się ze wstydu.
Spojrzałam na doktorka, który o mało nie udusił się ze śmiechu (nie tak jak moje koleżanki, które wybuchły śmiechem), dyskretnie usiłował go ukryć. Ale co tam, jako że mam do siebie dystans, zaczęłam się śmiać i przeprosiłam za przejęzyczenie, choć na twarzy byłam jak burak. Takim to sposobem na pewno muszę rzec, że jednak mnie zapamiętał.
Mało tego tuż po egzaminie i wpisach do indeksu, dostałam od niego 5, przy czy skwitował, iż urzekł go referat.
W sobotę znajomi wzięli mnie na imprezę aż do samych Siemianowic i wiecie kogo tam spotkałam? Doktorka w grupie jego znajomych. Podszedł do mnie, chwycił za rękę, pocałował, postawił drinka, jednego, drugiego, trzeciego, potem rozmowa i zaprosił na parkiet, gdzie spędziliśmy miłe chwile, aż w końcu położył swoją rękę na mojej talii, przyciągnął do siebie, serce biło mi ja oszalałe, normalnie sen, przyłożył usta do mojej szyi, zaciągnął się zapachem i wyszeptał o ucha "oralne metody zaspokajania dzikich kotów". Romantyk, nie da się ukryć.
I tak oto za pół roku odbędzie się nasz ślub :)
Pewnie prawdziwi anonimomaniacy wiedzą, że dresa po dresie się nie ocenia :)
Chciałbym dorzucić swoją opinię na ten temat.
Zacznę od tego, że w klasie mieliśmy typowego dresa. Trzy białe paski nosił z dumą, do tego palił i prawdopodobnie pił (tak słyszałem). Na lekcje chodził jak koszula kujona - w kratkę. Ogólnie typ spod ciemnej gwiazdy.
Była środa i na czwartej lekcji mieliśmy iść obejrzeć jakieś przedstawienie, tak jak zazwyczaj Eugeniusza (losowe imię dla dresa ;D) nie było w szkole. Każdy nauczyciel na swojej lekcji oczywiście się pytał gdzie on jest, wszyscy zgodnie powiedzieli, że był w szatni, czyli pewnie się rozmyślił i wrócił do domu grać w CS Go.
Matematyka, wszyscy szczęśliwi, że tracimy tak nudny przedmiot, idziemy powolutku, żeby jak najwięcej czasu ubyło, do sali teatralnej. Po posadzeniu zadka w niewygodnym szkolnym fotelu, rozglądam się i oczom nie wierzę. Eugeniusz siedzi na scenie i trzyma skrzypce.
Cała klasa oczy jak kokosy, do tego okazało się, że nie trzymał ich tylko dla szpanu, potrafił grać! Swoją drogą bardzo dobrze!
Chyba nikogo kto nałogowo czyta anonimowe nie zdziwi ta sytuacja :D
Moja dziewczyna posiada kalkulator, który ma o wiele więcej funkcji niż ten podstawowy. Używa go na uczelni.
Dziś chciałem zsumować i podzielić dość długa listę zakupów (nadal się składamy i dzielimy zakupami), więc wziąłem jej kalkulator.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy podchodzi do mnie i głaszcze kalkulator i mówi "Przepraszam, tak, wiem nie jesteś do tego stworzony".
Ja wiem, że ludzie z polibudy są dziwi, ale aż tak?!
Mam 16 lat, mój chłopak 17. Jesteśmy razem 10 lat. Tak, 10 lat. Brzmi dziwnie, prawda? Przed Wami historia miłości dzieci... z oddziału onkologicznego.
Mając 5 lat zachorowałam na raka. Najlepsze lata dzieciństwa spędziłam w szpitalu. Nie można się dziwić, że na początku pobyt tam był dla mnie koszmarem. Gdy miałam 6 lat, na moją salę przywieziono o rok starszego chłopca, u którego niedawno wykryto raka. Wysoki jak na swój wiek, jeszcze miał swoje cudowne blond włosy. Widziałam, że był przerażony. Jako że byłam już oswojona z tym miejscem, postanowiłam oprowadzić nieznajomego po sali, świetlicy i oddziale. I tak zaczęła się nasza "miłość".
Cały czas chodziliśmy za rączkę, bawiliśmy się, ganialiśmy po oddziale, kiedyś nawet dał mi wisiorek z misiem, który mam do dziś ("Mama mówiła, że ci się spodoba" :)).
Po wielu latach leczenia, po chemiach, operacjach, po których wspieraliśmy się nawzajem, oboje pokonaliśmy chorobę (mi udało się to wcześniej, przez 1,5 roku bywałam w szpitalach jako gość). Połączył nas koszmar onkologii. Nigdy nie zapomnę, jak płakałam, gdy mój 8-letni chłopak walczył na OIOM-ie. Ale mimo to, nie mam pretensji do świata o to wszystko. W końcu gdyby nie choroba i cierpienie, nigdy byśmy się nie poznali :)
Dodaj anonimowe wyznanie