Swego czasu miałem szynszyla, którego z przewrotności nazwałem Pindol. Byłem z nim u weterynarza, a potem miałem mamie podrzucić do pracy klucze do domu, bo zapomniała ich rano, jak wychodziła.
Wizyta u weterynarza przebiegła szybko i bezboleśnie, więc postanowiłem, że od razu pojadę na uczelnię, gdzie moja mamuśka była wykładowcą, i załatwię wszystko za jednym razem. Dorwałem ją akurat jak wpuszczała studentów na zajęcia. Wiele nie myśląc dałem jej klatkę z szynszylem, żeby móc pogrzebać po kieszeniach za kluczami i powiedziałem:
- Mamuś, potrzymaj mi Pindola...
Mina studentów, jak 21-letni facet wypalił z takim tekstem do ich pani profesor, była nie do opisania :D
O wychowaniu, a raczej jego braku.
Posiadam młodszego brata lat 16, ja sam jestem starszy o 4 lata, ale do rzeczy.
Wszystko zaczęło się od obowiązków domowych - wynoszenie śmieci, pies, zmywanie, to wszystko miało być "na zmianę". Okazało się jednak, że głównie spada to na mnie, bo brat potrafił nie wyjść z pokoju ani razu od wstania (7) do powrotu rodziców (15) (grał, było słychać). Nie żeby to było jakieś ciężkie, ale kiedy na przykład wracałem ze szkoły (później) albo z pracy (bo pracowałem krótkie okresy czasu, bo szkoła, więc dłużej nie bardzo), było to samo. Były tzw. "zjebki", bo rodzice wracają z pracy, a tu niepozmywane, śmieci niewyniesione, i ja to rozumiem, też bym się wkurzył.
Może wymienię parę przewinień brata:
- Po dwójce nawet nie używał (i nie używa czasami) szczotki, a potem udawał, że to nie on.
- Zmywanie? "Ja nie umiem" albo "ojciec i tak wie, że nie chce mi się zmywać, więc po co?".
- Pies? Ja głównie wychodziłem, bo on akurat gra mecz (jak cały czas od 7 do 15) albo mówił, że on oczywiście wyjdzie z psem przed treningiem, ale potem było "już nie zdążę z nim wyjść".
- Mamę traktuje jak kolegę, nie będę cytował niektórych tekstów.
- Mamy działkę. Malowałem słupki, bramę, wywalałem gruz (nie oczekując niczego w zamian, zrobiłem to, bo chciałem pomóc rodzicom). Brat dokładnie raz był na działce coś robić - pomalował pół bramy, do tego z jednej strony, i stwierdził, że fajrant.
- Obsikanie deski? Udawał, że to nie on.
Jest tego więcej oczywiście :)
Kiedyś, jak to wszystko się zaczynało, powiedziałem mamie, że jeśli teraz czegoś z lenistwem brata nie zrobią, to będzie źle. Rodzice machnęli ręką, że "oj tam, przejdzie mu, wyrośnie". Nie reagowali.
Czemu to piszę? Bo właśnie przed chwilą oczywiście po raz kolejny moja rodzicielka musiała wyłączać prąd, bo braciszek nie chciał wyjść z psem. Dlaczego tak ostro zareagowała? Bo brat potrafi sobie włączyć mecz w ligę w momencie kiedy pies od 10 minut piszczy mu pod uchem, że chce wyjść (a w 7 na 10 przypadków jak o coś poprosicie, to powie, że teraz nie może, bo gra).
Mieszkam w internacie, do domu mam 3 godziny drogi. Żyję za grosze, wracam do domu raz na 2 tygodnie.
Pewnego razu poszłam do pobliskiej Biedronki po jakieś drobne zakupy. Gdy czekałam w kolejce stała przede mną kobieta z dzieckiem. Widać było na pierwszy rzut oka, że nie przelewa im się. Gdy jej córeczka poprosiła mamę o najtańszego batonika, ta zaczęła (za przeproszeniem) "drzeć mordę" i zarzekać się, że naprawdę nie ma pieniędzy.
Gdy przyszło im już płacić, matka poprosiła jeszcze ekspedientkę o paczkę polskich papierosów. Aż się we mnie zagotowało... Niewiele myśląc kupiłam tej dziewczynce 5 batonów. Dogoniłam ją i wcisnęłam w jej małe rączki zakupione szczęście. Nie obyło się bez awantury i histerii ze strony jej matki. Powiedziałam tylko na odchodne, że gówno z niej nie matka, skoro dziecku żałuje batona, a sobie sama dogadza, i szybkim krokiem odeszłam.
Nie żal mi straconych pieniędzy.
Miałam 18 lat, pochodzę z małej miejscowości, ale uczyłam się w większym mieście oddalonym o ponad 100 km i dlatego mieszkałam w internacie. Byłam w drugiej klasie i miałam najwyższą średnią w szkole, lecz była jeszcze Magda, która miała troszkę niższą średnią ode mnie i zawsze zajmowała miejsce za mną w różnego rodzaju konkursach. W szkole, do której uczęszczałam, jeden najlepszy uczeń miał szansę na praktykę w Londynie, oczywiście byłam pierwsza brana pod uwagę, a druga była Magda, która zazdrościła mi tego wyjazdu i była bardzo zła. Zrobiłaby wszystko, by pojechać.
Jak już wspomniałam, mieszkałam w internacie i mieszkał tam też mój chłopak i wspomniana Magda. Jak to bywa w internatach, gdy się wychodzi z pokoi np. do kuchni czy gdzie indziej na terenie internatu, swojego pokoju się nie zamyka.
Przez dwa tygodnie byłam sama w pokoju, ponieważ moja lokatorka była w szpitalu i wiadomo, korzystaliśmy z sytuacji wraz z chłopakiem.
Wkrótce potem dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ale jak to się stało? Przecież się zabezpieczaliśmy.
Koleżanka Magdy przyszła do mnie i wytłumaczyła mi, jak to się stało. Podczas mojej nieobecności w pokoju, Magdalena weszła do mojego pokoju, przeszukała go i znalazła prezerwatywy, które poprzekłuwała szpilką, a my nieświadomi ich "używaliśmy" jako środek bezpieczeństwa.
Moja rywalka wreszcie osiągnęła swój cel i wygrała ze mną walkę o praktykę.
Wychowuję samotnie 9-letnią córkę, jej mama zmarła tuż po porodzie. Kiedy Gabrysia była w przedszkolu, miała pewne zadanie, mianowicie narysować swoją rodzinę. Przedszkolanka zaniepokoiła się rysunkiem, na którym ani ja, ani Gabrysia się nie uśmiechamy. Dodatkowo na pytanie: "Czy lubisz swojego tatusia?" odpowiedziała: "Nie". Zostałem wezwany na rozmowę, bardzo się zdziwiłem, myślałem, że moje relacje z córką są świetne.
Gdy wszedłem do odpowiedniej sali, przywitał mnie niemiły wzrok pań przedszkolanek. Słyszałem komentarze, że nie potrafię sam dziecka wychować. Kiedy podczas spotkania Gabrysia znów została zapytana o rysunek, odpowiedziała: "Jak ja i tata możemy się uśmiechać? Przecież tatuś na rysunku daje mi buziaka na dobranoc, a wtedy trzeba zrobić dzióbek. Nie da się uśmiechać". Wtedy zaczął się dialog Gabrysi i pani przedszkolanki:
- Gabrysiu, kochasz swojego tatusia?
- Kocham najmocniej na świecie!
- To dlaczego wcześniej odpowiadałaś, że go nie kochasz?
- Pani mnie zapytała, czy lubię tatusia, ja go nie lubię, ja go kocham nad życie.
Kocham moją małą córeczkę... :)
Oglądam z moją 73-letnią babcią zdjęcia i zobaczyła siebie sprzed 5 lat. Jej reakcja:
- Ale ryj... Ja pier*olę...
Uważajcie, czego sobie życzycie...
Z Patrycją znałam się od kołyski. Przez 20 lat wspólnych wzlotów i upadków nic nie było w stanie zaszkodzić naszej babskiej przyjaźni. Aż pojawił się On. Patrycja świata poza nim nie widziała, a po kilku tygodniach ich wielkiej miłości napisała mi SMS-a, że nie ma sensu, abyśmy dalej utrzymywały kontakt. Wszelkie próby wyjaśnienia sytuacji spełzły na niczym. Zabolało, nie powiem; jednak trzeba było żyć dalej.
Trzy lata później doszły mnie słuchy, że się pobrali i Pati jest w ciąży. Wiedziałam, że zawsze marzyła o założeniu rodziny, jednak wciąż miałam do niej tak ogromny żal, że w duchu zaczęłam życzyć jej poronienia. Wiem, że to podłe, kobieta kobiecie, ale rany wciąż były świeże i bardzo chciałam, aby poczuła, jak smakuje strata bliskiej osoby.
Kilka dni temu wpadłyśmy na siebie na mieście, porozmawiałyśmy chwilę. Jej synek, obecnie 7-letni, przez błąd lekarza przydusił się podczas porodu; skutkiem czego jest silne upośledzenie umysłowe i brak rokowania samodzielności w dorosłym życiu.
Moje marzenie się spełniło. W sumie nawet z nawiązką, gdyż wydaje mi się, że "łatwiej" byłoby stracić ciążę, niż żyć ze świadomością, że arogancki medyk w kilka chwil zniszczył życie zdrowemu dziecku. Pomimo że nie miałam żadnego wpływu na zaistniałą sytuację, czuję się po prostu dziwnie.
Pracowałam za granicą w modnym barze. Drogie alkohole, bogaci klienci, takie klimaty. Mieliśmy takiego ciekawego, stałego klienta. Miał ok. 27-30 lat, świetnie ubrany, przystojny. Przychodził regularnie, czasami raz w miesiącu, czasami raz na dwa. Siadał zwykle przy tym samym stoliku przy oknie i zamawiał dwie szklanki whiskey. Siedział tak sam jakiś czas, patrzył przez okno, nawet telefonu nie wyciągał. Jedną whiskey wypijał, drugą zostawiał nietkniętą i wychodził.
Na zapleczu zagadałam na jego temat do koleżanki (też z Polski) co to za typ i czemu tak robi. Wyjaśniła ze śmiechem, że "jakaś fanaberia, problemy bogatych dzieciaków", no i "kto bogatemu zabroni". W sumie też mnie to trochę rozbawiło.
Jakiś czas później od barmana, który pracuje w tym lokalu od lat, dowiedziałam się jednak, że kiedyś ten facet przychodził tu z bratem. Brat zginął dwa lata temu w wypadku i od tamtego czasu gość przychodzi sam go powspominać. Zamawia jeden drink dla siebie, drugi dla brata...
Historia ze studiów.
Razem z dwoma kumplami zawsze mieliśmy głupie pomysły i zazwyczaj je realizowaliśmy. Pewnego razu na korytarzu budynku wydziału chemicznego naszej uczelni znaleźliśmy butlę z helem (niby zużyta, ale jeszcze jakieś ciśnienie tam było). Jako że nudziło nam się przed zajęciami, kolega postanowił zrobić balonik z helem. Oczywiście balonika nie miał, ale że w portfelu zawsze nosił gumki, nie stanowiło to przeszkody.
Po kilkudziesięciu minutach zabawy latającym kondomem, przyszła pora udać się na zajęcia. Sala już otwarta, prowadzącego nie ma, to wzięliśmy nasz balonik ze sobą.
Nagle ktoś krzyknął "idzie!", wszyscy zajęli miejsca, kumpel patrzy na kondoma, nie wiedząc gdzie go schować, w końcu spojrzał do góry i go puścił.
"Balon" schował się za stalową belką podtrzymującą sufit.
Trwają zajęcia, prowadzący woła mnie do tablicy, żebym rozwiązał zadanie, a sam usiadł w jednej z ławek. Pomiędzy mną a nim na innej ławce leżała jego otwarta torba.
Stoję przy tablicy, profesor tłumaczy mi coś odnośnie zadania, które mam rozwiązać.
W pewnym momencie naszą konwersację przerywa powolutku opadający z sufitu, lekko już sflaczały kondom. Profesor zamilkł w pół zdania i z otwartymi ustami obserwował niecodzienne zjawisko, razem ze mną i resztą studentów. Do dziś pamiętam jak ciągnęła się ta chwila. Ukoronowaniem powolnego lotu kondoma było jego lądowanie wprost w otwartej torbie prowadzącego. W tym momencie profesor wyszedł z szoku i (głaszcząc się po swojej łysej głowie) powiedział "a żona się dziwi, czemu już wyłysiałem... zróbmy może 5 minut przerwy" :D
Pewnego zimowego dnia jechałam na uczelnię, na egzamin. Zaczytana w notatkach, opatulona kurtką, szalikiem i grubą bluzą - wizualnie kula ubrań. Podniosłam wzrok znad kartek i… trafiłam na przeszywający wzrok bardzo przystojnego chłopaka. On się uśmiechnął, a ja hyc! zawstydzona nos w notatki. Wiem, że spoglądał na mnie całą drogę (istotne jest to, że mam charakterystyczny kolor włosów i okulary).
Wysiedliśmy na tym samym przystanku, kiedy zobaczyłam, że idzie w moją stronę… zwiałam do metra. I tyle go widzieli. Plułam sobie w brodę, że jestem taką ofiarą losu, no ale trudno, sama jestem sobie winna.
Tydzień później jestem na siłowni, spocona i zmachana w czasie treningu, i kogo widzę? No jasne, że przystojniaka z autobusu! Pomyślałam, że to ewidentnie palec losu i że to nie może być przypadek. Tydzień uciekałam przed jego spojrzeniami (mimo iż podobał mi się do granic wytrzymałości), aż w końcu stało się! - podszedł i zapytał, czy pójdę z nim na drinka. Zgodziłam się.
Teraz świętujemy naszą drugą rocznicę i planujemy rodzinę :) Ale nie to jest puentą tej historii.
Otóż któregoś razu, kiedy byliśmy już parą, powiedziałam "Przepraszam, że uciekłam przed tobą do metra, kiedy uśmiechałeś się do mnie w autobusie, okropnie mnie zawstydziłeś". I w tym momencie mój luby skojarzył, że dziewczyna z autobusu i ta z siłowni to ta sama osoba…
Dodaj anonimowe wyznanie