Wreszcie postanowiłam przedstawić rodzicom mojego chłopaka. Dojrzały, mądry, przystojny. Niestety, jest sparaliżowany od pasa w dół i porusza się na wózku. Mi to kompletnie nie przeszkadzało. Przecież to taki sam człowiek jak ja.
Gdy rodzice zobaczyli Maćka byli w szoku. Zaczęli tłumaczyć, że to jakaś pomyłka, że ich córka nie może być z kaleką. Stwierdzili, że potrzebuję prawdziwego faceta, który będzie w stanie utrzymać mnie oraz przyszłe dziecko. Mówili, że kaleka nic w życiu nie osiągnie (!). Nietrudno się domyślić, że byłam na nich zła, Maćkowi było przykro, ale dalej mnie kochał.
Ta sytuacja miała miejsce cztery lata temu. Maciek mi się oświadczył. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu.
Kilka dni temu zadzwoniła moja matka, mówiąc, że ojciec miał wypadek i również jest sparaliżowany od pasa w dół...
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu. Byłam wtedy w ciąży. Idąc ulicą, poczułam się słabo. Zaczęło kręcić mi się w głowie, zrobiło się ciemno przed oczami. Ukucnęłam przy jakiejś barierce, z nadzieją, że mi się polepszy i pójdę dalej lub ktoś z przechodniów mi pomoże. Przeszło obok mnie chyba z 15 osób... i nagle w końcu jeden mężczyzna około lat 30 zapytał mnie:
- Stało się coś?
- Słabo mi... - odparłam.
- Aha.
I sobie poszedł. Do tej pory nie wiem, jak to skomentować.
Nie wiem jak to inaczej nazwać, ale nie potrafię przywiązywać się do ludzi. Nie lubię długich związków i wieloletnich przyjaźni. Na początku jest fajnie, lecz z czasem zaczynają mnie oni męczyć, zwłaszcza kiedy chcą mnie bliżej poznać. Wszystko może mieć dla mnie charakter powierzchniowy, bez zbędnych uniesień czy uczuć.
Problem jest w tym, że łatwo nawiązuje kontakty, ale nie chcę ich podtrzymywać. Inni chyba mają jakąś patologiczną chęć ich podtrzymywania, frustruje mnie to. Oni czasem zachowują się naprawdę żałośnie.
U mnie w pracy zatrudnili mężczyznę.
Niby nic w tym dziwnego, nie!?
Gdyby nie fakt, że facet ma 35 lat i nie potrafi obsługiwać kalkulatora... Ostatnio poszedł do kierownika zapytać się, jak zrobić na kalkulatorze 0,19 zł.
Ciekawie się zapowiada :)
Będąc młodym chłopakiem mając ok.16 lat wpadłem w nieciekawe towarzystwo, mianowicie które lubiło narkotyki. Zaczęły się nocne tripy, jeżdżenie z meliny do meliny, nieprzespane noce i wagary. Nauka nie szła zbyt dobrze, a nadmiar opuszczonych godzin kierował do tego, że z dnia na dzień miałem mniejsze szanse zdania do kolejnej klasy. Pół roku w technikum zawaliłem i przepisałem się do klasy zawodowej w tej samej szkole.Trzymałem z tym samym towarzystwem i nocne tripy nie miały końca, zawsze było coś do roboty czy domówka, czy jakiś plener.
Przed końcem drugiej klasy zakochałem się w dziewczynie, wcześniej się z nią spotykałem, lecz nie brałem tego na poważnie, raz się z nią spotykałem, raz nie. Nie zwierzałem się jej, że mam problemy z narkotykami i coraz bardziej problemy z zdrowiem, bo był to przykry temat. Któregoś dnia postanowiłem, że powiem jej, że mam problemy z narkotykami i że im więcej czasu spędzam z nią, tym mniej myślę o tym.
Pewnego dnia siedzieliśmy u jej znajomych, gdy ona poszła zapalić papierosa na balkon, podeszła do mnie jej koleżanka i zaczęła wypytywać, czy ja tak na poważnie kręcę. Odpowiedziałem, że tak, bo strasznie mi się podoba i jest najlepszą dziewczyną, jaką poznałem. Koleżanka odpowiedziała, żebym rzucił narkotyki i zaczął się starać, to mi się uda. Wziąłem te słowa do siebie i zacząłem się starać, a przy okazji nie miałem czasu na tamto towarzystwo i narkotyki, w głowie miałem tylko, jak uszczęśliwić moją wybrankę. Po miesiącu od odstawienia spytałem się jej, czy chciałaby ze mną spróbować związku. Okazało się, że chce i był to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Minęły 2 lata od tamtej pory nie miałem styczności z narkotykami, zdałem szkołę, zacząłem chodzić na siłownię. Miłość i poświęcenie potrafi zmienić tok myślenia. Nawet gdy jesteś zaślepiony głupotami. Ja spotkałem swoje szczęście, dla którego było warto się zmienić i poświęcić.
Przy okazji napiszę, że nie warto pakować się w bagno zwane narkotykami. Mi akurat się udało, ale znam wiele historii, które miały zupełnie inny, gorszy finał.
U każdego z nas znajdzie się coś, co można uznać za dziwny nawyk. U mnie w rodzinie były to zawsze "ubrania na niedzielę". Nie wiedział o tym nikt, poza moją mamą i mną (nie miałam rodzeństwa, a ojciec nigdy nie zwracał uwagi na to, co ma na sobie, nawet gdyby codziennie przez rok nosił tę samą bluzkę). Tak więc sama musiałam znosić nawyk mojej matki.
Polegało to na tym, że miałam oddzielne ciuchy do noszenia w niedzielę. Nie mogłam ich ubrać na żadne inne okazje. Ojcu matka też wybierała ubranie. Co niedzielę na łóżku leżała gotowa kupka do ubrania, a ojciec nie widział w tym nic niezwykłego, mimo że w inne dni sam wybierał co ubrać. Nie, nie byliśmy biedni, miałam ładne ubrania, które równały się tym "niedzielnym". Po prostu w czasie zakupów matka mówiła, że to będzie idealne na niedziele i tak miało zostać. Znała na pamięć wszystkie ciuchy, które kupiła mi na ostatni dzień tygodnia i pilnowała ich. Pamiętam, jak kilka razy przeciwstawiłam się temu. Chciałam jedną z tych "wyjątkowych" bluzek ubrać sobie na imprezę do koleżanki. Siedemnastoletnia wtedy ja zostałam zwyzywana za bycie niewdzięczną smarkulą. Zdarzyło się też raz, że zostałam uderzona z tego powodu w twarz.
Nie będzie żadnych morałów. Wyprowadziłam się, nie miałam żadnej traumy. Mam kontakt z rodzicami, choć średni. Ale mam jakąś dziwną satysfakcję, gdy jak przyjeżdżam na kawę w "niedzielnym ubraniu", moja matka zaciska usta z irytacji i nie może kazać mi się iść przebrać ani na mnie wrzeszczeć.
Ot co, to właśnie moja rodzina.
Poznałam chłopaka, wszystko super kolorowo, zamieszkaliśmy razem i przygarnęliśmy kota. Na początku wiadomo, były lekkie tarcia, bo mieszkanie małe, a oboje byliśmy przyzwyczajeni do mieszkania samemu. Ale gdyby wszystko się układało, nie byłoby tego wyznania.
Zaczęło się od lekkich przytyków - a to że nie umiem gotować, a to podczas kłótni nazwanie mnie idiotką, mówienie, że najchętniej rzuciłby mną o ścianę i oczywiście cały czas to ja stwarzałam problem i to ja marudziłam i wina też była moja.
Wiem, że nie zasługuję na takie traktowanie, więc to ukróciłam i powiedziałam, że albo z tym koniec, albo niech w końcu zrobi mi krzywdę, bo nie chce mi się tego już słuchać. To się skończyło, jednak przyszedł czas na kolejny etap.
Ja pracuję na rano, on na popołudnie i przez moja pracę zdalną cały czas go budziłam, chociaż wierzcie mi, starałam się jak mogłam tego nie robić (specyfika pracy taka, że musiałam rozmawiać z klientami).
On uważał inaczej, mianowicie, że robię to specjalnie, więc kiedy wracał z pracy, a ja kładłam się spać, on robił wszystko 12 razy głośniej, żebym zobaczyła jak to jest kiedy on nie może przeze mnie spać.
Dobra, mówię, kompromis, zaczęłam chodzić do biura, żeby nie siedzieć przez cały poranek i go nie budzić. Niby wszystko spoko, ale dalej on nie ma sobie nic do zarzucenia. Dalej siedzi po nocach i mnie budzi. Moje prośby groźby i krzyki nic nie dają, bo jak się domyślacie, to cały czas ja mam problem.
Jak pracowałam z domu, to wiadomo, żeby oderwać się od kompa sprzątałam, robiłam pranie itp., no a teraz mimo że on ma rano na to czas, i tak nic nie jest zrobione. I wiecie, to już nie chodzi o budzenie się nawzajem, sprzątanie, tylko o to, że wina cały czas spada na mnie. Zależy mi na nim, ale boję się, ze przez to ciągłe ustępowanie w końcu zgubię gdzieś siebie.
Nie chcę dać się zamknąć w tym kręgu beznadziejności, gdzie czuję się jak sprzątaczka, do której on ma znikomy szacunek.
Wiem, że może to brzmieć jak żałosne opowieści nastolatki, ale jesteśmy dorosłymi ludźmi, a ja nie wiem co powinnam zrobić. Boję się go zostawić, a z drugiej strony czuję, że będąc w tym związku tracę poczucie własnej wartości.
Ostatnio szukając czegoś w portfelu (nie pieniędzy oczywiście, ich tam nigdy nie ma), wyciągam tysiące paragonów sprzed naszej ery, różne badziewia, które są oczywiście niepotrzebne, ale być w portfelu muszą. Robię to wszystko przy asyście mojego męża, który z zaskakującą cierpliwością ogląda powiększającą się na łóżku kupkę rozmaitych rzeczy.
W końcu dochodzę do tysiąca zdjęć: moich rodziców, sióstr, babć, siostrzeńców, koleżanek (nawet tych z podstawówki, już dawno nie utrzymujemy kontaktu), itd... W końcu, na ostatnim ostatku, wylatuje zdjęcie mojego osobistego męża, na co ja szczerze zdziwiona:
-O! Patrz! Nawet twoje zdjęcie mam!
Mój mąż na to szczerze oburzony:
-Co?! Ja w portfelu mam TYLKO twoje zdjęcie, a ty masz NAWET moje?!
Wypomina mi to cały czas, jako dowód na to, kto tu kogo bardziej kocha...
Po trzech latach usłyszałam, że chłopak mnie nie kocha, choć bardzo by chciał. Mieliśmy wspólne zwierzęta, mieszkaliśmy razem, a sama znajomość trwa dwa razy tyle.
Dopuszczając do myśli rozsądek, próbując osiągać względny spokój i zajmując siebie samą rzeczami ważnymi dla mojej przyszłości, od kilku miesięcy i tak czuję się okropnie.
Nie mogę spać, mam problemy z jedzeniem, prawie z nikim nie rozmawiam. Zmuszam się do aktywności, które kiedyś sprawiały mi przyjemność, by poczuć na nowo, jak miłe były.
Ze smutku i złości biegam czasem tak długo, póki nie płaczę z powodu bólu mięśni.
Piszcie co chcecie, ale nie miałam nawet komu tego powiedzieć.
Pochodzę z niezbyt dużej miejscowości, gdzie wszyscy się znają. Moja sąsiadka miała już niedługo świętować swoje 100 urodziny. Całe miasto już o tym wiedziało, także ta pani bardzo cieszyła się na urodziny. Szykowała już odpowiednią sukienkę i kapelusz i nie mogła doczekać się przyjęcia. Jej córki przygotowywały imprezę, zaproszono nawet burmistrza, rodzinę, przyjaciół i sąsiadów.
Na kilka dni przed imprezą córki przyjechały do niej do domu, a sąsiadka leży na kanapie i coś majaczy, po prostu gada od rzeczy, one się wystraszyły, przyjęcie gotowe, a babcia nagle wybiera się na "tamten świat". Stwierdziły, że to pewnie był udar albo zawał, tak więc szybko do szpitala (ogromne było nasze zdziwienie, kiedy przez okno zobaczyliśmy karetkę pogotowia). Położyli panią na oddział i z nerwami czekają co powie lekarz. Ordynator przychodzi do jej córek i mówi: "Nie wiem jak to paniom powiedzieć, wasza mama była pod wpływem alkoholu". Jej córki prawie zapadły się pod ziemię.
Okazało się, że sąsiadka postanowiła dobierać spirytus na swoje urodziny i próbowała za każdym razem "jak jej wychodzi" i się upiła. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i sąsiadka tańczyła na swoich 100 urodzinach.
Dodaj anonimowe wyznanie