#deiTS
Nie mając innego wyjścia stawiłam czoło chorobie. Początkowo miało się skończyć na operacji. OK, pomyślałam. Taki mały zabieg to dla mnie Pan Pikuś. Niestety jakiś czas później okazało się, że konieczna jest chemioterapia. Ale stwierdziłam, że i z tym sobie poradzę.
Wiedziałam, że gdybym się poddała, to moja rodzina załamałaby się totalnie. To mnie nakręcało. Dałam radę! Mój mały (wielki) życiowy sukces. Choroba, pobyt w szpitalu, czekanie na wyniki, stres, wiara (a czasem jej brak), to wszystko wpłynęło na moje obecne życie. Nauczyłam cieszyć się chwilą i nie przejmować drobnostkami.
Jednak najważniejszą rzeczą, którą odkryłam w sobie dzięki mojemu "koledze" raczkowi jest to, iż mam świadomość, że ze wszystkim sobie w życiu poradzę. Raz lepiej, raz gorzej. Nieważne. Ważne, że sobie poradzę. Wiem to!
Fajnie, że wyzdrowiałas, cieszę się, że kolejna osoba zazna spokoju od tego chorobska. Ale to wyznanie brzmi automatycznie tak, jakby ludzie, którzy przegrali z choroba sobie "nie poradzili" (skoro Ty sobie "poradziłaś" i żyjesz). W przypadku takiej choroby nie wszystko zależy od nas, stopień zaawansowania, rokowanie, obecność przerzutów to nie jest coś, na co wpływ będzie miała wola walki lub jej brak, na pewno nie w takim stopniu, którego byśmy oczekiwali. Jest dużo ludzi, którzy również mieli w sobie wolę życia, starali się ze wszystkich sił, ale nie udało się...no i co "nie poradzili sobie"? Ponieśli porażkę? (Analogicznie do Twojego sukcesu)?
<ziew>
Pierwszy raz widzę takie pozytywne podejście do tematu :o przy okazji to już raczej nie wyparcie tylko następny krok co? Nie jestem psychologiem więc się nie znam :p mimo wszystko, rusz tyłek bo możesz nie zdążyć: D pozdrawiam
Zdrowia!