Kiedy miałam 7 lat, rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Z rodziny został mi tylko brat (wtedy 18 lat) i ciocia, która nas nienawidziła. Nasi rodzice byli dość zamożni, dlatego pozostawili po sobie bardzo duży dom jednorodzinny, domek letniskowy, samochody itp.
Mój brat był wtedy na 1 roku medycyny. Sprzedał to wszystko i kupił nam przytulne mieszkanko w bloku. Obliczył sobie, że pieniędzy wystarczy nam do końca jego studiów z zapasem. Nieraz w nasze życie próbowała wkroczyć opieka społeczna i zabrać mnie, ale mój kochany brat na to nigdy nie pozwolił.
Teraz mam 18 lat i w tym roku podchodzę do matury. A mój brat skończył studia, zrobił specjalizację i latem się żeni. Jestem najszczęśliwsza na świecie, że nigdy nie zostaliśmy rozdzieleni. Nigdy nie będę dobrze wspominać opieki społecznej i niektórych "nadgorliwych" sąsiadek, które wymyślały różne historie, że niby 18-latek nie jest w stanie zajmować się dzieckiem, bo pije, pali itp.
Teraz z dumą mogę stwierdzić, że mam najlepszego brata na świecie i rodzice byliby z niego bardzo dumni. Patrząc na moich rówieśników, nie umiem sobie wyobrazić, żeby umieli codziennie odrabiać lekcje ze swoim rodzeństwem, zaprowadzać do szkoły, oglądać wszystkie ich występy szkolne i czytać bajki na dobranoc.
Wychowałem się na wsi, takiej stereotypowej, gdzie każdy wie kto z kim i w jakiej pozycji, gdzie wszyscy się znają, a osiedlowy sklepik jest źródłem informacji.
Zawsze byłem otwarty i nie wstydziłem się samego siebie. Nigdy nie było u mnie tego popularnego "coming out'u", ale od zawsze wszyscy o mnie wiedzieli. Wynikało to z naturalnych rozmów, gdy mówiłem, że jakiś chłopak mi się podoba, a nawet umawiałem się na randki i przyprowadzałem chłopaków do domu. I wiecie co? Dobrze mi się żyło na tej mojej wsi. Nikt mnie nie obrażał, nie wyśmiewał, nie wytykał palcami, miałem wielu przyjaciół.
Starsi ludzie podchodzili do tego na swój sposób uroczo i zabawnie, raz babcia kolegi wzięła mnie na bok i zapytała, czy podoba mi się jej wnuczek, bo chyba on też woli chłopaków (nie wolał ;)). Moi rodzice kochali mnie, wspierali w życiowych wyborach, pocieszali przy złamanym sercu. Wiem, że miałem ogromne szczęście, trafiając na tak wspaniałych ludzi wokół siebie, szczególnie w latach 90.
Od dawna czytam wyznania i komentarze, i często jestem w szoku, jak wiele chamstwa i nienawiści może być w człowieku. Nazywacie nas dewiantami, chorymi ludźmi, wysyłacie na leczenie, a my jesteśmy tak samo normalni, jak wy. Chcemy po prostu kochać i być szczęśliwi. Byłem u psychiatry, żadnych nieprawidłowości nie stwierdzono, więc na jakiej podstawie wy stawiacie swoje diagnozy?
Dostałem w życiu tyle miłości, byłem zawsze traktowany jak normalny człowiek, bo nim jestem. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, wręcz przeciwnie, wspieram fundacje, udzielam się charytatywnie, razem z mężem mamy 3 adoptowane psiaki.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś miałby mnie nie tolerować tylko dlatego, że żyję z mężczyzną. Mam partnera od 10 lat, 3 lata temu wzięliśmy ślub za granicą, żyjemy spokojnie, nikomu nie wadzimy. Nie obściskujemy się w publicznych miejscach, ale zdarza nam się chodzić za rękę, jak każda normalna para. Ludzie patrzą, czasem szepczą między sobą, ale nikt nigdy nie skomentował głośno naszej relacji, nikt nas nie obraża wprost (pewnie dlatego, że mój mąż ma prawie 2 metry wzrostu i sporo mięśni).
Zastanawiam się, czy takie osoby, które na tej stronie wyzywają mnie od pederastów, zboczeńców, obrzydliwców, chorych psychicznie, którzy chcą mnie wysyłać na terapię, bym mógł "wyzdrowieć", są tak bardzo zapatrzeni w swoje skrzywione postrzeganie rzeczywistości, że nie widzą tego, co prawdziwe?
Być może krew, którą oddaję, uratuje wam kiedyś życie. Być może wsparłem finansowo leczenie waszego umierającego dziecka. A może po prostu uśmiecham się do Ciebie na ulicy, a Ty odpowiadasz uśmiechem, nie mając pojęcia, że jestem gejem.
Życzę Wam, byście byli tak szczęśliwi, jak ja jestem. Może wtedy nie będziecie czuli potrzeby wmawiania innym, że są zaburzeni lub nienormalni.
Mam 19 lat, opiszę wam zdarzenie sprzed roku. Wraz z koleżankami wybrałyśmy się na imprezę uczcić urodziny jednej z nas. Impreza jak impreza, parę drinków, tańce, głośna muzyka. Normalną rzeczą było to, że zawsze któraś z nas "nadziała" się na niechcianego adoratora.
Tym razem to ja padłam ofiarą (dosłownie) starszego mężczyzny, który moim zdaniem wyglądał jak alfons na emeryturze. Nie dawał mi spokoju przez cały wieczór, był wszędzie. Troszkę mnie to przeraziło, więc poinformowałam o tym koleżanki. Na szczęście niechciany osobnik po kilkunastu odmowach tańca z nim, dał sobie spokój i zniknął. Do końca imprezy już go nie widziałam. Około 3 nad ranem stwierdziłam, że opuszczam dyskotekę i wracam do swojego mieszkania. Wyszłam sama, ponieważ postój taksówek był niecałe 5 minut drogi stąd.
Idąc ciemną ulicą moje serce stanęło, ktoś złapał mnie za ramię i przygwoździł do ściany budynku, od razu wiedziałam że to ten psychopata. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, napastnik zasłonił mi twarz swoją dłonią. Jako że jestem kobietą waleczną, ugryzłam go w palec. Nie spodobało mu się to i przypierdzielił mi z liścia. Pomyślałam "O nie! Tak być nie może" i pomimo bólu jaki przeszył moją twarz, oddałam mu z taką siłą, że aż go cofnęło.
Nagle gościu wyciągnął nóż i mówi do mnie "będziesz już grzeczna". Zamarłam, ale tylko na chwilę, w tle usłyszałam kroki i zobaczyłam biegnącego w naszą stronę mężczyznę. Jak to mówicie - typowy dres, łysa głowa, na niej kaptur, wytatuowany od stóp do głów, na sam widok przeszły mnie ciarki, szczerze nie wiedziałam przez chwilę kogo się bardziej bać, ale moje wątpliwości zostały szybko rozwiane.
Zobaczyłam, że dres nokautuje mojego przeciwnika i powala go na glebę, zadając kolejną serię ciosów. Był tak zdenerwowany, że musiałam go odciągnąć żeby nie zabił emerytowanego alfonsa. Wtedy on odwrócił się, spojrzał na mnie groźnie i powiedział:
- A ty to mądra jesteś, żeby łazić po nocach sama? Przez ciebie dostanę wyrok za tego chama, idziemy do domu, gdzie mieszkasz? Odprowadzam cię.
Nie wiedziałam, czy się cieszyć czy płakać, ale nie miałam innego wyboru i dałam się odprowadzić. Doszliśmy pod blok, ja podziękowałam, a on sobie poszedł. Ale nie na długo. Skubany wiedział już gdzie mnie szukać i przyszedł dwa dni później z jakimś polnym kwiatkiem, zapraszając mnie ma lody. Kochany łobuz.
Właśnie jemy kebaby i wybieramy imię dla naszego synka, który będzie z nami za 8 miesięcy. Pozdrawiamy!
Brat jest ratownikiem medycznym.
Pewnego razu otrzymali zgłoszenie, że pewna para się "zakleszczyła". Gdy przybyli na miejsce okazało się, że zakleszczony mężczyzna to ksiądz z jedną ze swoich parafianek. Para została załadowana na nosze i przykryta kocem.
Oczywiście jak można się domyślić, para nie byłą w nastroju do żartów, co innego załoga karetki. Jeden z ratowników wyciągnął rozłożone ręce ku niebu i powiedział "Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela".
Reakcja kochanków bezcenna + ubaw na pogotowiu przez tydzień.
Nie wiem czy ktoś pamięta jeszcze moje wyznanie JpXS9. Jeśli tak i jest ciekawy jak sprawy się potoczyły to zapraszam do przeczytania poniżej.
Uzgodniliśmy z mężem wyjazd do Niemiec. Przed wyjazdem miał pogadankę ze swoją matką. Powiedział jej, że rozmowa raz w tygodniu wystarczy. W miarę się tego trzymał więc tragedii nie było. Gorzej zaczęło się robić jak urodził się nasz syn. Znowu codziennie do niego pisała, a on większość z wiadomości ignorował. Więc zaczęła żądać codziennych zdjęć małego. Zmieniła obiekt zainteresowania. Teraz zamiast zdjęcia mojego męża na swoim Whatsapp'ie ma zdjęcie mojego syna...
A teraz najlepsza rzecz. Gdy pojechaliśmy do kraju to oczywiście "mamusia" musiała nas odwiedzić. Jak tylko przyjechała zaczęła awanturę, że ona wie, że to przeze mnie już tyle nie piszą itp. Wiecie co mój mąż jej powiedział? Że to nie jego problem, że ona nie potrafi zaakceptować tego, że jest dorosły. Że ma teraz swoją rodzinę, żonę i dziecko i ona nie będzie na pierwszym miejscu. Odpowiedziała, że w takim razie więcej jej nie zobaczymy. Mam od niej bloka na fejsie ale od prawie 4 miesięcy mamy spokój. Ani wiadomości ani telefonu. Mąż mówi, że sama tak wybrała.
Ze swojej strony dodam, że jednak nie każdy maminsynek jest stracony. A my od ponad 3 miesięcy jesteśmy w końcu szczęśliwi.
W przedszkolu, jak to większość małych dziewczynek, miałam swoją wielką miłość, miał na imię Szymon. Często się razem bawiliśmy, przytulaliśmy, chodziliśmy za rączkę, do tego "zakazane pocałunki w policzek" pod stołami, pożyczanie kredek, skończyło się na wzięciu "ślubu" w ogródku pod takim dużym drzewem, w czym brało udział prawie całe przedszkole, łącznie z przedszkolanką pełniącą rolę księdza :') Niestety, potem poszliśmy do szkół i zapomniałam jego nazwiska, pamiętałam jedynie imię.
Ostatnio sobie przypomniałam o mojej przedszkolnej miłości i powiedziałam o nim mężowi, który - tak się złożyło - ma na imię Szymon. Wtedy zaczął się śmiać i opowiadać o swojej przedszkolnej ukochanej Patrycji (ja mam tak na imię). Śmiejąc się z tego zbiegu okoliczności spytałam go, do jakiego przedszkola chodził.
Okazało się, że mój Szymon i Szymon z przedszkola to jedna i ta sama osoba!
Ostatnio moja babcia znalazła sobie nowe hobby. Mianowicie namiętnie ogląda wiadomości ze świata polityki.
Wczoraj wieczorem byłam również zmuszona poddać się tej czynności. Nagle słyszę od babci:
- Eh... kłócą się te durnie, jakby im ktoś soli na fiuty nasypał...
Na anonimowych czytałem kilka historii o kobietach, których partnerzy są dżentelmenami - oddają swoją kurtkę, kiedy jest zimno, przynoszą koc, myją się w zimnej wodzie, żeby partnerka miała możliwość wymycia się w ciepłej, przepuszczają w drzwiach czy przygotują kolację, kiedy zmęczona partnerka wróci do domu po pracy. Dla mnie to w sumie oczywiste - facet musi dbać o swoją kobietę, opiekować się nią itp., w ten sposób pokazując, że jego kobieta jest dla niego najważniejsza.
Obecnie jestem w związku z wspaniałą kobietą. Wcześniej miałem kilka poważnych związków, ale to nieistotne. Chodzi właśnie o bycie dżentelmenem. Gdzie i czy jest granica między byciem dżentelmenem a byciem "cipą", "piz*ą" czy "pod pantoflem"? Kilka razy spotkałem się z opiniami moich znajomych o mnie, że jestem właśnie cipą, bo moja dziewczyna nie umie gotować, sprzątać, prać czy prasować i wg nich ja to wszystko za nią robię. Otóż nie, nie robię. Sam jestem w tym słaby, ale wspólnie sobie radzimy. Czasem dowiozę jej jedzenie do domu (nie mieszkamy razem), bo widzę, że sprawia jej to radość. Kiedy przeskrobałem coś, będąc w stanie upojenia alkoholowego, na drugi dzień kupowałem kwiaty albo jakiś słodycze i przepraszałem ją za moje zachowanie. Nie rozumiem co w tym złego. Czy okazywanie szacunku swojej kobiecie, dogadzanie jej, przyznanie się do błędu/winy, to jest bycie pi*dą lub pantoflarzem?
Ja czuję się świetnie, kiedy sprawiam radość swojej kobiecie. Widzę jej szczery uśmiech. To naprawdę wspaniałe uczucie. Współczuję ludziom, którzy tego nie potrafią.
Jakiś czas temu przeprowadziłem się do własnego mieszkania. Moja mama, rasowa pedantka, z wielkim zaangażowaniem zabrała się za pomoc w sprzątaniu mojego rodzinnego gniazdka. Nie żebym ją o to prosił, no ale cóż począć – przecież jej nie zabronię. Zostawiłem parę moich gratów do zabrania w weekend. Wśród nich były oryginalne, japońskie komiksy „Dragon Ball” w swojej pierwotnej, czarno-białej jeszcze, wersji! Ta niewielka, zapakowana w foliowe woreczki kolekcja warta jest kilkanaście tysięcy złotych. Planowałem wystawić ją na eBayu i zainwestować zarobione pieniądze w remont mieszkania.
Kiedy przyszedłem po resztę rzeczy, okazało się, że komiksów nie ma. Zapytałem mamę, czy ich nie widziała. „Mówisz o tych książeczkach dla dzieci? Oddałam je do świetlicy środowiskowej, żeby maluszki miały z tego jakiś pożytek… Tyle lat miałeś je w domu, a nawet nie zacząłeś tego kolorować” - odparła moja mama.
No i co teraz zrobić? Mam iść do świetlicy i zabierać jakimś biednym dzieciakom moją drogocenną, pewnie już „pokolorowaną” kolekcję?
4 lata temu, jakieś 4 miesiące przed studniówką, szedłem do swojej szkoły jak zawsze rano i chcąc nie chcąc, podsłuchałem rozmowę dwóch dziewczyn idących za mną.
Jedna z nich żaliła się, że chciałaby iść na studniówkę, ale nie ma z kim i wszyscy będą się śmiać. Jaki miałby być powód wyśmiewania - zapytacie. Otóż okazało się, że dziewczyna ma lekki zespół Downa, co odznaczyło się na jej rysach twarzy i budowie ciała. Coś mnie tknęło i postanowiłem, że ja będę tym szczęściarzem, który ją zaprosi (nie chcąc się chwalić, byłem jednym z tych popularniejszych w szkole i dużo osób wyśmiewało moją decyzję).
Dziewczyna długo nie chciała się zgodzić ale w końcu uległa i... to była najlepsza decyzja w moim życiu. Okazało się, że dziewczyna po pokonaniu nieśmiałości wobec mnie, stała się wspaniałą tancerką, interesującą towarzyszką rozmowy i niesamowicie ciekawą osobowością, a mimo że nie wyglądała jak milion dolców, to jej optymizm i poczucie humoru sprawiło, że była piękniejsza od niejednej dziewczyny na tej studniówce.
Nie, nie jesteśmy do dzisiaj razem, ale ciągle się przyjaźnimy, a M. bije na głowę co drugą moją koleżankę z liceum, które nie miały nic do zaoferowania oprócz ładnej buzi.
Dlaczego to piszę? Nie żeby się chwalić swoją dobrodusznością czy czymkolwiek w ten deseń, ale żeby zwrócić uwagę, że choroba nie zabija człowieka i jego zainteresowań, a zwłaszcza nastolatki powinny uważać na swoje "hejty", które naprawdę mogą zranić drugą osobę. Dostrzegajmy piękno nieidealnych rzeczy, czasami warto.
Dodaj anonimowe wyznanie