#UCqz4

Szłam jakiś czas temu na zakupy do galerii handlowej. Widzę, że przed wejściem stoi grupka tzw. dresów, ogoleni na łysko, kur**mi rzucają na okrągło. Padają również niewybredne komentarze o mijających ich dziewczynach. Ważne jest to, że jeden z nich strasznie mocno gestykuluje... No dobra, macha swoimi długimi łapami na prawo i lewo. Nagle z galerii wychodzi starsza pani, coś w granicach 60-70 lat, obładowana zakupami. Ten co wszystko obrazowo pokazuje tak się zamachnął, że wytrącił kobiecinie zakupy z ręki, spadły na ziemię i owoce potoczyły się na różne strony. Babeczka patrzy przerażona, widać, że chce uciekać, a nagle jeden z nich:
- Ku**a, debilu, patrz coś roz**bał! - odwrócił się do kobiety. - Najmocniej przepraszam za kolegę, ale to ch*j niedorozwinięty jest. Już szanownej pani pomagamy.
I w kilku zaczęli zbierać te owoce, warzywka popakowali do toreb i z uśmiechem oddali kobiecie.
- Jeszcze raz wielkie sorry za tego poje*a, nie chciał nic złego zrobić.
I jak gdyby nigdy nic wrócili do obsmarowywania "dupy" jednego z nich.

Nie oceniaj dresa po dresie :)

#RR8vb

Jechałam na korepetycje z matematyki na obrzeża miasta, gdzie dojeżdża tylko jeden autobus , który jeździ średnio raz na półtorej godziny (zwłaszcza w godzinach wieczornych). Niestety nie jeździ spod mojego domu, więc musiałam najpierw jechać jednym autobusem i przesiąść się na ten właściwy.

Matematykę miałam na 18, autobus, który miał mnie tam zawieźć o 17:45. Niestety nie zdążyłam na autobus spod mojego domu. Jakimś cudem dotarłam do miejsca oddalonego o ponad kilometr od przystanku, z którego miałam ten autobus 17:45. (A była 17:40 i na ten przystanek dojeżdża tylko jeden autobus, na który już się spóźniłam, a kolejny miał być jakieś 20-30 minut później). No to biegnę! Po 4 dniach choroby prędkość mojego biegu nie była największa. Jedyna myśl, która przychodziła mi do głowy, to podjechać taksówką. Tylko znajdź tu teraz taksówkę...

Biegnę przed siebie jak szalona, patrzę, a po mojej lewej stronie stacja benzynowa, na której zatrzymała się taksówka. Zapytałam się taksówkarza, czy może mnie podwieźć, a on że oczywiście. Styrana życiem, zziajana, wkurzona na siebie i cały świat próbuję mu wytłumaczyć gdzie chcę dojechać. Udało nam się ustalić, że nie zdąży mnie podrzucić na ten autobus, więc odwiezie mnie do samego celu. Myślę sobie: no trudno, stracę hajs, ale przynajmniej dotrę na czas. Jedziemy już główną trasą i nagle widzimy, że przed nami jedzie ów autobus, którym miałam jechać.

Taksówkarz pyta: co robimy? Na to ja: może mnie pan wyrzucić na ten autobus. Taksówkarz upewnił się, że zdążę tym autobusem na matematykę i powiedział, że wyprzedzi autobus i wysadzi mnie na następnym przystanku. Na przystanku zatrzymał się tuż przed autobusem, więc miałam dosłownie kilkanaście sekund na opuszczenie auta i wejście do autobusu. No tak, ale jeszcze trzeba zapłacić za taksówkę. Miałam zapłacić około 12 zł, a miałam całe 20. Dałam panu banknot, a on wydał mi szybko resztę, która niestety w drodze przekazywania z rąk do rąk wylądowała na podłodze samochodu. Powiedziałam: już tam trudno, dziękuję bardzo; wybiegłam z samochodu i szczęśliwa weszłam do autobusu i zajęłam miejsce na jego końcu. Trudno, straciłam trochę pieniędzy, ale nie spóźnię się półtorej godziny na matematykę.

Pan taksówkarz jechał cały czas przed autobusem. Po przejechaniu około trzech przystanków autobus nagle się zatrzymał (NIE NA PRZYSTANKU). Patrzę przez przednią szybę autobusu, a przed nami na awaryjnych stoi owa taksówka, którą wcześniej jechałam. I nagle do autobusu, przednimi drzwiami, wsiada pan taksówkarz i rozgląda się po autobusie szukając mnie.

Ja już wiedziałam o co chodzi, więc podeszłam do miłego taksówkarza, odebrałam od niego 8 zł reszty i bardzo podziękowałam. Po czym taksówkarz wysiadł z autobusu i wsiadł z powrotem do swojego samochodu. A to tylko 8 zł!

#gardo

Od dziecka marzyłam o dostaniu popularnej lalki Baby Born. Kiedy zaczęła się moda na tę lalkę w Polsce, jej cena była ogromna. Mimo płaczu i wielu szantaży na moich rodzicach lalki nie dostałam. Dziś już mam +20 lat, ale rodzina do tej pory śmieje się, że gdybym ją dostała bardzo bym się cieszyła.

Jakiś miesiąc temu okazało się, że jestem w ciąży. Po zrobieniu testu wychodzę z łazienki i mówię do mojego narzeczonego z wielkim strachem, że będziemy mieli dziecko, gdzie nagle jego odpowiedź rozwaliła mi system. A było to mniej więcej tak:

Ja: Kochanie, jest sprawa. Jestem w ciąży. I co teraz będzie?
On (ze stoickim spokojem, rzecz jasna): No co? Zawsze chciałaś Baby Born. To teraz masz. Nie musisz dziękować.

#0IxGb

Kiedy byłam małą dziewczynką, opiekował się mną mój tato wraz z dziadkami.
Moja mama, jeśli tak ją mogę nazwać, oprócz urodzenia mnie na przymus nigdy nic więcej dla mnie nie zrobiła. Zostawiła tatę, wyjechała za granicę, tam poznała kogoś innego. Mieszkałam wraz z tatą u jego wspaniałych rodziców, nie kochałam nikogo tak bardzo jak ich. Gdy tata ciężko na nas pracował (niestety taki miał zawód), opiekowała się mną babcia wraz z dziadziem, babcia była i jest nadal wspaniałą gospodynią.

W weekendy, kiedy tato miał wolny czas, poświęcał go tylko dla mnie. Byłam mała, lecz pamiętam do dziś, jakim oczkiem w głowie byłam dla niego. Jak się ze mną wygłupiał i bawił, pamiętam naszą wspólną relację, którą kochałam! Niestety, lata uciekały, a ja dorastałam. Tato to dostrzegał i widział, że przestaję być małą dziewczynką. Widziałam, jak mu jest z tym ciężko, że powoli sama wybierałam dla siebie ubrania, powoli zaczynałam interesować się kosmetykami i co najgorsze dla taty, zaczynałam postrzegać chłopców inaczej niż jako kolegów z ''podwórka''.

Z biegiem czasu w ''naszym'' życiu pojawiła się kobieta. Gdy tato przedstawił mi ją, nie myślałam o niej jako ''konkurencja'' czy może jako ''wredne babsko''. Nie! Chciałam, by tata miał kogoś, szczególnie że tato nigdy nie potrafił rozmawiać ze mną na temat pierwszego okresu czy współżycia. Jakoś mu się to udawało wyciągnąć z gardła, ale rozmawiając z nim o tym czułam to ''dziwne'' napięcie, którego nienawidziłam. Dlatego wiedziałam, że tacie jest potrzebna kobieta, choćby w tych sprawach.

I tak po parunastu latach wspólnego życia w jednym domu z moją macochą w zakupionym przez nich domu całkowicie straciłam kontakt z tatą. Teraz mając prawie lat 19 i mając narzeczonego, lecz jeszcze mieszkając z rodzicami, strasznie mi tego brakuje. Mam wspaniałego narzeczonego oraz dziadków, dla których zawsze będę ich córką (w końcu to oni mnie wychowali), ale bardzo żałuję tych kilku lat bez taty. Mieszkamy wspólnie w jednym domu, a potrafimy się do siebie nie odezwać czy nawet się nie widzieć. Mając pokój u góry (rodzice na dole), potrafię nie zejść na dół po jedzenie, bo nie chcę znowu wdawać się z nim w dyskusje na temat szkoły czy też mojego ''chłopaka''. Kocham tatę, bo gdy czegoś potrzebuję, zaraz mi to stara się dać, ale mam ogromny żal do niego, że po prostu mnie nie przytuli czy nie pogada ze mną o czymś innym niż o ocenach.

Coraz częściej chcę szybko zniknąć z tego domu. Przynajmniej będzie miał mniej nerwów przez mnie. Jest mi strasznie smutno, bo nawet nie wiem kiedy mój tato stał się siwy na włosach, a i ja nie mam już 6, tylko 19 lat.

#fziGe

Ostatnio musiałam zmienić pracę, ponieważ obecna firma się likwiduje. Zaczęłam wysyłać CV i z zaskoczenia, praktycznie od razu, znalazłam coś innego. Tyle że będę musiała teraz z tego zrezygnować, ponieważ lekarz medycyny pracy nie dopuszcza mnie do pracy (nie czytam z tablicy nic poza pierwszymi 2-3 rzędami).

Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, zawsze to były albo badania "po łebkach," gdzie w sumie pytali jedynie, czy mam puls, albo też okuliści, którzy robili mi badania ALE pozwalali pracować, ponieważ rozumieli, że nie stać mnie co 2 lata na nowe okulary za 1000 zł.

Tutaj nie. Nie czytam? Nie ma dopuszczenia.

Może od razu dodam, że moja wada (ponad minus 20) jest z gatunku takich, przy których korekcja okularami i tak niewiele daje.
Gdyby to było tak, że kupuję okulary i już jest zero problemów, to nie byłoby sprawy.

Wyrabiałam obecne kilka lat temu i już wtedy były słabsze, a w dodatku tak naprawdę nie widzę dobrze nawet w szkłach "na moją wadę," co stwierdziłam przy przymiarkach, a co jest również po prostu zawarte w definicji niedowidzenia.Osoba niedowidząca to taka, która nie widzi dobrze nawet z korekcją typu szkła.
Nawet jeśli wyrobię zupełnie nowe okulary, to i tak nie będę w nich widzieć na tyle, żeby akurat u tego konkretnego orzecznika dostać "akcept.".

Najprawdopodobniej będę musiała właśnie zrezygnować z pracy, którą już znalazłam. Ale to nie jest największy problem, mimo wszystko.

Na ten moment nie wiem nawet, czy jest sens dalej wysyłać CV, jeśli mam mieć takie cofania jak teraz - i to w przypadku pracy lekkiej, bez dźwigania, bez monitorów, czyli praktycznie gdzie lepiej już bym trafić nie mogła, to co tu mówić o czymś cięższym?

Żadna renta mi nie przysługuje, więc jeśli nie mogę pracować, pozostaje mi tylko zacząć żreć tynk że ścian.

#5GOFE

Jestem Lidia, mam 27 lat. W gimnazjum poznałam Kubę i z czasem staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi (nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy czwórki dzieci i piątego w drodze, nie spaliśmy ze sobą, nawet się nie całowaliśmy. Po prostu przyjaźń damsko-męska istnieje). Świetnie bawiliśmy się na swoich weselach, mi i mężowi w niedługim czasie urodzi się dziecko, a Kuba ze swoją żoną są szczęśliwymi rodzicami cudownych bliźniaków.

Mój przyjaciel od urodzenia miał problemy z sercem i z nerkami, w technikum zachorował na cukrzycę, a w zeszłym roku dopadł go cholerny koronawirus... No i się zaczęło - szpital, dom, dom, szpital i tak w kółko. Święta przeleżał na łóżku szpitalnym. Cały czas powtarzałam mu "Stary, złego diabli nie biorą". Kuba każdemu powtarzał, że jest dobrze. Wrócił do zdrowia, ale na krótko. Pół stycznia to była tragedia! A co najgorsze, stracił wiarę w siebie i zaczął się poddawać.

Z odwiedzinami był dramat, więc kontakt mieliśmy głównie przez telefon. Pewnego razu gdy dzwoniłam to płakał, że przykro mu, bo żona będzie wdową, synowie go zapomną, że nie zobaczy mojego dzidziusia, ale będzie nad nami wszystkimi czuwał... Płakałam razem z nim, ale starałam się go podtrzymać na duchu "Kuba, nie pierdziel głupot, kto mi będzie dziecko bawił, jak pojadę z mężem na wakacje na Majorkę czy Cypr? Ty dwóch bąblów miałeś naraz, to wprawy nabrałeś", on na to, że ja też niejeden raz z jego chłopcami siedziałam, więc i z jednym dam radę...

Dwa tygodnie temu zadzwonił i podczas rozmowy życzył mi szczęśliwego rozwiązania ciąży, dużo zdrowia i szczęścia dla całej mojej rodziny. "To do zobaczenia, diablico" usłyszałam przed końcem rozmowy. Rozpłakałam się tak bardzo, że nie mogłam złapać tchu...

W nocy po tamtym telefonie Kuba zmarł.
Ciężko sobie z tym radzę i nie wyobrażam sobie, co czuje teraz jego rodzina, ale wiecie co? On teraz czuwa nam nami. Wiem to!

#S15yA

Mój chłopak ma na imię Tomasz, więc w moim telefonie jest zapisany tuż obok taty. Wczoraj będąc w dobrym humorze napisałam wiadomość "Jesteś wspaniałym tatą!" i przez przypadek wysłałam ją do Tomka, zamiast do mojego ojca. Nie zorientowałam się aż do późnego wieczoru, kiedy to mój ukochany przyjechał pijany, bo był z kolegami "opić" fakt, że zaszłam w ciążę.

Przykro mi było wyprowadzić go z błędu, ponieważ nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego.

#iDcOU

Nigdy nikogo nie zabiłem. Osobiście wyznaję zasadę, że po umyślnym i celowym (!) zabójstwie, sprawcę powinna dopaść kara w imię zasady "oko za oko". Mimo to ostatnio nachodzą mnie dziwne myśli.

W pracy mam starą, dużą i ciężką szklaną popielniczkę (wraz z kilkunastoma petami waży ponad 2 kg). Tak się zastanawiam, czy jakby uderzyć ją kogoś w głowę, pękłaby mu czaszka?

Także w pracy do zdejmowania plomb w bańkach używa się (pewnie repliki) noża do kałacha. Ma mechanizm, który umożliwia jego założenie na prawdziwej broni, dzięki czemu można go używać jako bagnetu. Sam kałacha nie mam, więc nie wiem, czy to będzie pasowało. Niemniej jest to gabarytowo porządny kawał ostrza, z wgłębieniami po obydwu bokach. Podobno po to, aby miała którędy uciekać krew przy wyjmowaniu noża z ciała ofiary. Ale czy to naprawdę zdaje egzamin? Czy ostrze nie zaklinowałoby się po wbiciu między żebra?

Czy ja jestem normalny?

#N1yQZ

Swego czasu pracowałam charytatywnie z niepełnosprawnymi dziećmi. Dzieci były różne - od małej niesprawności fizycznej, przez zespół Downa, po porażenie mózgowe. Była też jedna dziewczynka z autyzmem.

Od początku, jak inne chore na to osoby, była bardzo wycofana. Nie rozmawiała z nikim, bała się, siedziała sama. Z czasem jednak za misję postawiłam sobie cel - dotrzeć do tej dziewczynki.

Tak mijały miesiące współpracy, a dziewczynka coraz bardziej otwierała się. Po jakimś czasie rozmawiała ze mną, przytulała się, rysowała dla mnie rysunki.
Pewnego dnia nadeszła chwila, kiedy z przyczyn rodzinnych musiałam zakończyć pracę.

Minęło kilka dni, kiedy dostałam paczkę i dołączony do niej list. List okazał się być podziękowaniem rodziców za to, ile włożyłam wysiłku we współpracę z ich córką. Rodzice dziękowali, że wieloletnia terapia nie dawała dziewczynce nic, dopiero mój kontakt z nią przyniósł niebywałą poprawę. Dziewczynka zaczęła otwierać się na świat, nawet zaczęła bawić się z rówieśnikami.W paczce był piękny wazon od rodziców i rysunek od dziewczynki. Była na nim jej rodzina i ja trzymająca ją za rękę. A na dole podpis - "Jesteś moją ukochaną siostrą"!

Tak mijały lata, a dokładniej 5. Cały czas odwiedzamy się z 13-letnią już Mają. Jestem zapraszana na każdą uroczystość rodzinną, traktujemy się jak rodzina. A do jej mamy mówię ciociu.
Pomaganie jest piękne!

#UjqWH

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w obecnych czasach jest pewna grupa matek, matek, które myślą, że jeśli przeżyły poród, to powinno się im słać róże pod stopy, że są takie wyjątkowe, silne i do tego automatycznie dostają tytuł przodującego eksperta w dziedzinie rodzicielstwa. A jak ja to widzę, będąc również matką? Że są tak powszechne, jak potrzeby fizjologiczne... Bo kobiety rodziły od zawsze i dalej będą, bo rozłożenie nóg nie jest wybitnie wymagające.  Nasze matki, babki, prababki czasem potrzebowały obu dłoni, żeby zliczyć potomstwo, a teraz jedna z drugą urodzą skromną jedynkę, a najchętniej już w pierwszej dobie życia chciałyby wydać poradnik o wychowaniu. Dodatkowo niektóre z matek uważają, że skoro są matkami, to należy się im więcej, ich potrzeby są na pierwszym miejscu, trzeba im nadskakiwać.

Dlatego właśnie coraz więcej osób pakuje nas matki niesłusznie do jednego worka i coraz częściej, czy jest powód czy go nie ma, jesteśmy obiektem kpin.
Dodaj anonimowe wyznanie