Jak spotkałam świra.
Jeżdżąc w rodzinne strony, mijam dość duże rozlewiska i jeziorka przy lesie. Ostatnio była piękna pogoda, więc stwierdziłam, że zatrzymam się tam i porobię zdjęcia. Wyłączyłam podcast kryminalny (ostatnio mam na to zajawkę), wyłączyłam auto i poszłam robić zdjęcia łabądkom. Po drugiej stronie małego jeziorka stała jakaś przyczepa. Taka mniejsza wersja jak od tira, miała też komin i leciał z niej dym. I słyszę z tamtej strony jak ktoś krzyczy "dzień dobry", ale że nikogo nie widziałam, to olałam. Po chwili znowu ktoś krzyczy "podejdź bliżej", no już lekkie uczucie niepokoju miałam, tym bardziej że całą drogę o morderstwach słuchałam i wyobraźnia mi pracowała, zaczęłam więc iść w stronę auta. Nagle słyszę "chodź tu na herbatę" i wylatuje spaślak z wielkim kijem i biegnie w moją stronę. No to ja niewiele myśląc sprint i do auta, z piskiem opon odjechałam.
Nigdy się tak nie bałam.
Nie zadzwoniłam na policję, w sumie do końca nie wiem czemu. Ale już tak na spokojniej wydedukowałam sobie, że pewnie to lokalny wędkarz i może chciał mnie przegonić, żebym mu ryb nie straszyła czy coś, bo przy każdym jeziorku było po kilka aut, a tylko przy tym nie.
Gimnazjum kończyłem z szóstką na świadectwie z języka polskiego, liceum już z trójką. Uprzedzając tutejszych ancymonów, nie było w tym mojej winy. Kiepskie oceny mieli dosłownie wszyscy z klasy. Ta baba (bo inaczej jej nazwać nie można) po prostu się na nas uwzięła i rozładowywała na nas swoje nieudane życie.
Przykładów jest wiele - robiła niezapowiedziane kartkówki/sprawdziany z lektury, której nie zdążyliśmy omówić na lekcji, na rozprawki też musieliśmy być przygotowani każdego dnia, bo nie wiadomo było co jej się wymyśli, a to też nie mogliśmy się odwołać do dzieł literackich, które jej nie odpowiadają (przykładowo, jeżeli prawidłowo podałeś np. Harry'ego Pottera jako przykład, to automatycznie za ten argument dostałeś zero punktów, bo ona uważa, że to niepoważna książka). Kolejny przykład, to że praca domowa w ogóle nie była oceniana, ale już jej brak skutkował jedynką (nie minusem, jedynką) bez możliwości poprawy, za to trzeba było ją donieść w drugim terminie, bo to skutkowało drugą taką samą oceną.
Pomimo tego terroru nikomu nie wystawiła jedynki na koniec, każdemu dawała coś, żeby mógł zaliczyć przedmiot. Jednak przy takim surowym ocenianiu nie mieliśmy szans chociażby na 4 na koniec roku, bo nawet jak ktoś się wykuł i otrzymał 5 z zapowiedzianej kartkówki/sprawdzianu, to jedynki za braki pracy domowej zaniżały ocenę.
Uprzedzając, wtedy nie mieliśmy takiej świadomości swoich praw jak dzisiejsza młodzież, więc wszyscy siedzieli cicho i nikt nie poszedł z tym nawet do dyrektora, a co dopiero gdzieś wyżej.
Często podkreślała, jak to nic w życiu nie osiągniemy i tu dochodzimy do właściwego wyznania.
Na złość tej babie uczyłem się matury według klucza i z jej przedmiotu uzyskałem 86%. Mogło być lepiej, ale mało kto tyle otrzymał w roku, w którym pisałem maturę.
Teraz jestem doktorem nauk humanistycznych, i to całkiem znanym w Polsce. Moje wykłady można obejrzeć w serwisie YouTube. Mają one całkiem dużo wyświetleń.
Kilka lat temu udzielałem wykładu w moim dawnym liceum jako absolwent, który osiągnął sukces w nauce.
Sam napisałem w tej sprawie do obecnego dyrektora i z wielką chęcią przystał na tę propozycję. Na trybunach była również ta baba, chociaż nie mam pewności, czy mnie pamięta. Jednak mam nadzieję, że tak - i że ściska ją z zazdrości.
Mój kumpel ma kota, z którym za sobą ewidentnie nie przepadamy. A dodam, że nigdy nie byłem fanem tych stworków, jestem typowym psiarzem.
Jakoś pół roku temu wybrałem się do niego na urodziny. Skromne towarzystwo, ale alkoholu nie brakowało. Kot jak zwykle mnie wkurzał - drapał, łaził po mnie wszędzie. Miałem ochotę go wyrzucić za drzwi. Gdy zostaliśmy z kumplem sami, daliśmy sobie, jak to się mówi, ostro w palnik. Film urwany...
Rano w domu budzi mnie telefon od jubilata, że było super, że dziękuje za przyjście, że też ma urwany film pod koniec posiadówki, ale jest jedno ale... nie ma jego kota. Stwierdza, że albo uciekł, albo może ktoś go ukradł. Wierzyć mi się nie chciało.
Po czym poczułem z boku w łóżku jakiś ruch... patrzę, a ze mną śpi jego kot.
To zdarzyło się prawie dwa lata temu, późny grudniowy wieczór. Jak zawsze wracałem z uczelni busem do domu. Wsiadłem do busa, jako że godzina była dosyć późna, to osób w busie wraz ze mną i kierowcą było chyba z 6. Jak zawsze siadłem na pierwszym lepszym wolnym siedzeniu i siedziałem zamyślony.
W pewnym momencie jeden z pasażerów, pan około 50, złapał się za klatkę piersiową i zaczął głośno oddychać. Moja pierwsza myśl - może mu niedobrze albo coś. Ale facet zaczął jeszcze głośniej oddychać i jęczeć. Kierowca coś mówił do tego pana, ale ten nie reagował. Przeanalizowałem szybko w głowie scenariusze - facet ma zawał. Podszedłem do niego i próbowałem nawiązać jakiś kontakt, bezskutecznie. Pierwsze co zrobiłem, zacząłem rozpinać jego kurtkę i prosiłem, aby ktoś zadzwonił po pogotowie. Ale kierowca zbladł, jakieś dwie babeczki nosy w telefonach. Szybko wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po karetkę, facet już stracił oddech. Podczas telefonowania trzymałem jego szczękę, aby nie przegryzł sobie języka.
Po wykonanym telefonie krzyczę do kierowcy, aby pomógł mi wynieść faceta, żeby zacząć go reanimować (w busie było ciasno, a sam nie dałbym rady go wynieść - ja 75 kg wagi i 180 cm wzrostu, a pan był z widoczną nadwagą), ale kierowca prawie mi zemdlał na siedzeniu. Spanikowany otworzyłem drzwi i zacząłem krzyczeć, że potrzebna jest pomoc, bo facet umiera mi na rękach. Na początku ludzie odsuwali się i nie reagowali. Dopiero jak użyłem niecenzuralnych słów w ich stronę, podbiegło dwóch facetów i wynieśliśmy faceta na dwór i zaczęliśmy reanimację, pokierowałem osoby aby wyglądały karetki i zaczęła się walka o życie. W czasie gdy wynosiliśmy pana z busa, on przestał oddychać i stracił tętno. Dosłownie po kilku minutach przyjechała karetka i ratownicy przejęli reanimację. Przy okazji napatoczył się gdzieś ksiądz, który wykonał ostatnie namaszczenie. Ratownicy reanimowali pana jeszcze 40 minut.
Nie, pan nie przeżył. Zostawił 10-osobową rodzinę.
Przez długi czas ciężko było mi dojść do siebie, obwiniałem się, że nie zrobiłem wszystkiego co mogłem, aby go uratować. Ale najbardziej nie mogłem zrozumieć obojętności i pasywności ludzi na czyjąś tragedię. Ludzka obojętność kosztowała tego Pana życie.
Niby jestem córką wf-isty i powinnam sobie radzić z ćwiczeniami na zajęciach, ale tak nie jest. Od początku podstawówki miałam problem z wf-em, i nie chodzi tu o kondycję, biegać mogę praktycznie normalnie. Mam problem z ćwiczeniami. Zazwyczaj nie umiem zrobić ich dokładnie lub robię krzywo. Próbowałam coś z tym zrobić, ale się po prostu nie da. Sporty zespołowe też mi nie wychodzą, nigdy nie mogę się zorientować gdzie jest piłka. Gdy gramy na wf-ie w piłkę nożną, to zawsze albo nie trafię w piłkę, albo źle kopnę. Nauczyciele zawsze mówią mi, że ojciec musi się za mnie wstydzić. Tato ze mnie żartuje. Nie wiem co mam z tym wszystkim zrobić. Nawet jeżeli chcę, to i tak mi nie wychodzi.
Mieliście kiedyś takie wrażenie, że nic wam w życiu nie wychodzi?
Ja mam tak cały czas.
Od zawsze uwielbiałem książki, głównie fantastykę oraz historyczne. Nigdy nie miałem najmniejszego problemu z przyswajaniem wiedzy. W samej 6 klasie podstawówki przeczytałem 170 książek z naszej szkolnej biblioteki. W tej samej klasie miałem na świadectwie czerwony pasek.
Mam też rodziców alkoholików. Na trzeźwo zupełnie inni ludzie - mama kochana, do rany przyłóż kobieta. Tata surowy, ale w rodzaju "sprawiedliwy sędzia". Jak miałem problemy, zawsze mi pomógł. ZAWSZE.
Gorzej, jak wypili - mamy wtedy nic nie interesowało, tata stawał się agresywny. Kiedy przyniosłem świadectwo z paskiem - wielka radość. W następny weekend alkohol, wpi**dol i szlaban do końca wakacji.
W połowie gimnazjum rodzice przestali pić, zaczęło być lepiej. Ale nie miałem już weny do nauki, leciałem na trójach do końca liceum, którego ostatnią klasę zawaliłem. Poprawka w sierpniu, matura za rok. Sytuacja poprawiona. Ale na upatrzone studia mnie nie przyjęli.
Potem praca - kilka lat na zleceniu, branża raczej pogardzana - ochrona. Ale nic to, porobiłem uprawnienia, pozwolenie na pracę z bronią - coraz lepiej. Krótki epizod z pracą przy konwojowaniu pieniędzy, potem zmiana, ze względu na stawkę niewspółmierną do ryzyka. O tym się nie mówi, ale każdego roku ma miejsce kilkadziesiąt napadów na konwoje, nie chciałem ryzykować za 11 zł/godz. Zmiana na obiekt prestiżowy, placówka dyplomatyczna - wypadek poza pracą, uszkodzone kolano i staw skokowy, dwa w jednym. Pół roku bez pieniędzy (umowa zlecenie), bez pomocy rodziny nie wiem co bym zrobił. Odszkodowania brak.
Kobiety... Pierwsza starsza ode mnie kilka lat, po pół roku związku uznała mnie za niedojrzałego i zostawiła. Cóż, miała nieco racji, bywa... Druga - czas porównywalny, ale okazało się, że byłem "tym drugim". Trzecia - próba złapania mnie na dziecko, w dodatku nie moje, jak się okazało. No nic... To może w pracy lepiej? Ano nie. Podanie o przyjęcie do policji - test sprawnościowy zaliczony pół roku po urazie nogi, wynik dobry. Zaliczone testy psychologiczne. Wynik na tyle wysoki, że byłbym w czołówce listy do przyjęcia. I co? Komisja lekarska, ze względu na przebyty uraz - konsultacja u ortopedy w pierwszej kolejności. Odrzucony w selekcji ze względu na przebyty uraz (nieistotne, że jestem naprawdę sprawny i regularnie ćwiczę, biegam, chodzę na siłownię i trenuję sztuki walki) oraz przez tatuaże. Nieistotne, że zawsze chciałem służyć w policji i ze względu na pracę w ochronie (obecnie załogi interwencyjne) mam już pewne doświadczenie, również z bronią. Odrzucony i już. Odwołanie nie pomogło - anulowana decyzja o odrzuceniu za tatuaże, za nogę podtrzymana. Marzenie zniszczone.
Życie to suka. A ja powoli zaczynam mieć dość wiecznych niepowodzeń.
Kolejna historia o tym, że wykształcenie nie zawsze idzie w parze z mądrością życiową, a człowiek posiadający tytuł profesora może nie mieć ani odrobiny empatii.
Sytuacja dzieje się na uczelni publicznej, jednej z najlepszych w Polsce. Prestiżowy kierunek, jeden z ważniejszych przedmiotów na drugim roku, miniony rok akademicki, sesja zimowa. Koleżanka ma możliwość zaliczenia owego przedmiotu, pisząc kolokwium zaliczeniowe. Dla wszystkich studentów został przewidziany jeden termin. Niestety, zmarła jej mama i pogrzeb został zaplanowany właśnie na dzień tego zaliczenia. Sytuacja wyjątkowa, pomyślała więc, że prowadzący zrozumie i pozwoli jej przystąpić do kolokwium w innym terminie. A prowadzący, prof. dr hab. inż, co na to? "To pani sprawa, a nie moja, musi pani wybrać".
Wybór był oczywisty. Uczelnia wzbogaciła się o 400zł (hajs z warunku), a profesor o nieoficjalny tytuł największego sku***syna wydziału.
Postanowiliśmy z narzeczonym powiększyć rodzinę o psa. Stwierdziliśmy, że w końcu mamy warunki, żeby trzymać psa w domu i poświęcać mu czas. Był jednak jeden problem.
Narzeczony uparł się na psa rasowego, a ja na kundelka ze schroniska - najlepiej najbrzydszego i najsmutniejszego. Na początku były rozmowy, później ostrzejsze dyskusje, a na końcu kłótnie. Ale postawiłam na swoim. Pojechaliśmy do schroniska i zaadoptowaliśmy małą sunię.
I wiecie co? Mój narzeczony stwierdził, że to była nasza najlepsza decyzja. Daliśmy tej naszej małej bidzie dużo uczucia, a ona odwzajemniła się przywiązaniem. Daje nam dużo radości, a gdy patrzy na nas oczami pełnymi miłości to od razu dzień jest lepszy.
Adoptując jednego psa świata nie zmienimy, ale świat zmieni się dla tego jednego psa. :)
Historia może nie tak śmieszna, ale mnie teraz śmieszy, jak mały człowieczek potrafi się zachować w sytuacji podbramkowej.
Kilka lat temu w zimę (miałam chyba z 10 lat) pojechaliśmy z moim młodszym rodzeństwem i rodzicami w kilkugodzinną podróż do Niemiec - do mojej cioci. Pewnego dnia dorośli stwierdzili, że pojedziemy do innego (dość dużego) miasta na zakupy do galerii handlowej.
Nudziło mnie jak moi rodzice wraz z ciocią wybierają i oglądają jakieś ubrania, więc stwierdziłam, że wyjdę przed sklepik i tam sobie na nich poczekam. Jakie było moje zdziwienie, gdy po 5 minutach zaczęłam się rozglądać i nie zobaczyłam nikogo z mojej rodziny... Zaczęłam się kręcić w kółko, płakać i zaczepiać innych ludzi, którzy dziwnym, niezrozumiałym dla mnie wtedy trafem nie potrafili mówić po polsku...
W mojej małej główce pojawiły się myśli co ja teraz zrobię, gdzie będę spać, bo przecież jest zimno, albo jak się z kimś dogadam, żeby nie było mi nudno...
W pewnej chwili zauważyłam mojego tatę, który cały czas stał za mną jakieś dwa metry ode mnie i nie miał zielonego pojęcia, co ja właściwie robię.
Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, jak go zobaczyłam, mimo że w mojej głowie już zaczęłam sobie układać życie w tej galerii.
W skrócie opowiem swoją historię, aby zrobić tło...
Związek trwał około 10 lat, około 9 lat mieszkaliśmy razem, 2 lata po ślubie, brak dzieci (były w planie). W połowie sierpnia złapałem żonę na zdradzie, przyznała się do trwającego ponad 2 miesiące romansu. Początkowo sama chciała walczyć o związek, prosząc o przebaczenie. Zaproponowałem terapię małżeńską twierdząc, że zobaczymy co z tego wyjdzie (nie chciałem żyć w związku, gdzie w kółko bym ją kontrolował, brzydził się nią, nie szanował i wypominał) - sam też bardzo chciałem, żeby się udało to wszystko odbudować, o czym ja zapewniłem i miała we mnie wsparcie (bardzo ją kocham). W naszym związku nie było patologii, moich zdrad itp., finansowo też nam się nieźle układało. Z perspektywy czasu dostrzegłem swoje błędy i zaniedbania (wszystko bym oddał za to, aby cofnąć czas i je naprawić - myślę, że wystarczyło trochę więcej rozmów, więcej adoracji, mniej rutyny dnia codziennego + więcej szaleństwa), ale z drugiej strony nie było szczerych rozmów o tym czego jej brakuje czy jakichś chociaż poważniejszych prób (rozmów, fochów, kłótni, cichych dni) aby ona dała mi do zrozumienia, czego jej tak naprawdę brakuje.
Na początku października postanowiła jednak odejść do kochanka. Stwierdziła, że nie może przestać o nim myśleć i że go kocha, a do mnie uczucie się wypaliło (kocha mnie jak członka rodziny). Wybłagałem o jeszcze tydzień, aby się zastanowiła. Decyzji nie zmieniła. Obecnie wiem, że mieszka już wspólnie z kochankiem. Podzieliłem szybko majątek wspólny, podpisaliśmy rozdzielność majątkową, złożyłem pozew o rozwód. Od tamtej chwili nie utrzymuję z nią kontaktu ani ona ze mną.
Koniec historii.
Pogodziłem się z faktem - zakochała się, przestała mnie kochać, nic nie mogę zrobić więcej (i tak walczyłem, błagałem, prosiłem) - przynajmniej wiem, że zrobiłem wszystko, aby choć spróbować dać szansę nam i osobie, którą kocham całym sercem...
Są dni, gdy mam doła myśląc o tym, że jestem do niczego, dlatego wybrała innego, są dni, kiedy myślę o niej jej o najgorszej $u¢€. Akceptuję te uczucia i stany, gdyż to jest w tym etapie ponoć naturalne zjawisko.
Od kilku dni nie radzę sobie jednak ze swoją psychiką, gdyż wyobrażam sobie, że ona chce wrócić i myślę co powinienem zrobić, jak się zachować. Logika mówi, że ona nie wróci, zresztą znam ją i wiem, że jak coś zadecyduje, to tak zrobi - to tylko moja fantazja podstawia mi takie scenariusze. Nie wiem, jak sobie z tym radzić. Już wolę jej nienawidzić czy całym sercem kochać, widząc jak będzie u boku innego szczęśliwa. Wizje jej powrotu są dla mnie bardziej obciążające niż sam fakt pogodzenia się z tym, że ten rozdział w życiu należy zamknąć.
Macie jakieś pomysły jej walczyć z tymi nic niewnoszącymi myślami, które tylko mnie udręczają, dając jakieś płonne nadzieje?
Dodaj anonimowe wyznanie