#hIa20

Mam 26 lat i znajomi oraz rodzina coraz częściej zadają mi dziwne pytania, zupełnie nie rozumiejąc tego, że nie mam dziewczyny i nawet jej nie szukam. Dlaczego? Może dlatego, że gdzie się nie ruszę to same puste fejsowo-instagramowe lalunie, widzące jedynie czubek własnego upudrowanego noska. Ich zainteresowanie muzyką ogranicza się do tego co aktualnie "na topie" (jak wspomnę o takim zespole jak Pink Floyd, to patrzą na mnie jak na przedstawiciela obcej cywilizacji), filmami do tego co oglądają psiapsiółki (czyli też jest aktualnie modne), a namówienie którejkolwiek na to, żeby zamiast do Grecji na parę dni jechać w góry (i bynajmniej nie po to, żeby spacerować po Krupówkach i wrzucać pierdylion fotek na fejsa) byłoby równie prawdopodobne, co wspólny lot na Marsa. Piotrek, stary kumpel z liceum, już przy każdym spotkaniu podśmiewa się ze mnie, że chyba mam problem z orientacją. A kuźwa nie mam, dziewczyny mnie kręcą. Tyle że on z tą swoją Martyną to od kilku lat chodzi wyłącznie dla seksu, wywala setki złotych miesięcznie na wyszukane prezenty, ciągle znosi jej fochy i chorą zazdrość, o czym nie omieszka wyżalić się "przy piwku". A ja chciałbym po prostu bratniej duszy, z którą człowiek rozumie się bez słów i nie potrzebuje co krok udowadniać sobie nawzajem fałszywego przywiązania.

Rodzice to jeszcze dalej w przyszłość wybiegają i mama ostatnio delikatnie zaczyna się żalić, że ze mną to wnuków chyba się nie doczeka. A ja milczę, bo nie mam serca powiedzieć jej, że owszem, dzieci na 99% miał nie będę. Nawet jak życiową partnerkę kiedyś znajdę, to na co mi dzieci? Jakie życie im podaruję? Zdewastowane środowisko naturalne, morza pełne plastiku i ropy, rzeki i jeziora ścieków, a jako miejsce zamieszkania rozrastające się do niebotycznych rozmiarów, cuchnące smogiem, betonowe pustynie. Świat pełen wzajemnej nienawiści z lewicy i prawicy, gdzie chora polityka wdziera się praktycznie w każdą dziedzinę życia od sportu po gry komputerowe. Świat rządzony przez chciwe korporacje, które cały czas mnożą majątek i wpływy, niszcząc zwykłych ludzi. Ulice pełne przemocy i bluzgów, a drogi wariatów, o których mogę napisać osobną historię. Na dokładkę na każdym kroku chamska inwigilacja i cenzura, zarówno ze strony rządu, jak i wspomnianych korporacji, które chcą znać każdy szczegół z mojego życia. Nie, nie chcę nikomu przekazywać świata w tym stanie. Nigdy.

Od wielu lat staram się patrzeć na życie do bólu obiektywnie, czego ludzie zwyczajnie nie mogą znieść i uważają mnie za totalnego pesymistę i malkontenta. Ale może się mylę? Może jestem tylko życiową pierdołą, a świat wokół jest piękny i cudowny, tylko ja tego w ogóle nie dostrzegam?

#U3HBb

Latem postanowiłem się wziąć za siebie. Od dłuższego czasu przeszkadzała mi marna (jak na moje standardy) kondycja. Stwierdziłem więc, że czas znowu wsiąść na rower i zobaczyć ile kilometrów jestem w stanie zrobić w ciągu miesiąca.
Stwierdziłem też, że to dobra okazja, żeby przyswoić kilka dobrych nawyków, które po rowerze stają się wręcz koniecznością + popracuję nad swoją śmiałością. Plan był prosty - gdy zobaczę jakąś ładną dziewczynę w trakcie jazdy, to pomacham/uśmiechnę się, ogółem wykonam jakiś miły w odbiorze gest. Sprawa mogłoby się wydawać wręcz banalna, a czynność kompletnie niewstydliwa, wszak jeżdżę zawsze w przyciemnianych delikatnie okularach, co ukrywa moje rozbiegane oczy w takiej sytuacji, no i widzę tę osobę dosłownie parę sekund, w końcu jadę na rowerze.

Gdy po przejechaniu 40 km powoli zacząłem się kierować w stronę domu, zauważyłem jakąś dziewczynę, więc chcąc wykonać gest, zbliżając się nieco zwolniłem. Będąc już naprawdę blisko, skierowałem wzrok na nią, ona popatrzyła na mnie... A ja przejechałem powolutku dalej, gapiąc się jak idiota, nie robiąc dosłownie niczego.

Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że nie ma dla mnie nadziei :P

#GgAsZ

Jestem normalną dziewczyną, uczę się dobrze (średnia 4,5 przy 2 kl. liceum), ale dla wygody często chodzę w spodniach dresowych.

Ostatnio czekam w sklepie na koleżankę. Nagle podchodzi do mnie chłopczyk na oko 5 lat. I co mówi?
- Dzień dobry. Zastanawiam się, bo moja mama mówi, że są dwa typy dresów. To pani jakim jest? Pospolitym czy Anonimowym?

Chyba nie muszę opisywać wyrazu swojej twarzy ;-)

#DO4Fg

Jestem studentką filologii polskiej i za dwa tygodnie będziemy wybierać swoją ścieżkę kariery zawodowej. Wiem, że to nie jest czymś nieodwracalnym i wiem też, że bardzo często praca nie ma związku z ukończonym kierunkiem, ale spędza mi to sen z powiek.

W momencie, gdy ktoś dowiadywał się o moim wyborze słyszałam:
1) "Tylko nie na nauczycielkę..."
2) "Mam nadzieję, że nie chcesz być nauczycielką"
3) "Pod żadnym pozorem nie idź na nauczycielstwo!".
Każda z tych wypowiedzi pochodzi z ust nauczycielek. Nauczycielek, które dobrze sprawdzają się w swojej pracy, są lubiane przez uczniów i potrafią uczyć. Nauczycielek, które poniekąd były moimi autorytetami na różnych etapach mojej edukacji, bo każde z tych zdań zostało wypowiedziane przez moje wychowawczynie. Na początku myślałam sobie "Hej, nie ma mowy! Ja i uczenie dzieci? Nigdy w życiu" - i tak też odpowiadałam tym kobietom.

Dziś, po spotkaniu, na którym dowiedziałam się więcej o tej specjalizacji, jestem rozdarta. Dotarło do mnie, że to jest coś świetnego... że chyba chciałabym to robić w życiu. Tutaj wstępują argumenty - nauczycielki odradzają, wszyscy narzekają na pensję, ciągle są jakieś problemy z sytuacją ogólną edukacji... A choć powinien być to zawód szanowany i nauczycieli tak właśnie powinno się traktować, wszyscy wiemy jak jest naprawdę. Martwi mnie narzekanie na pensję, bo wiadomo, że chciałabym za coś żyć, jednak moim największym utrapieniem w tym momencie jest odradzanie obrania tej ścieżki przez osoby wykonujące już ten zawód.

Jestem w kropce.

#Vury2

Historię, którą śmiało mogę nazwać najbardziej żenującą w swoim 20-letnim życiu, zrozumieją przede wszystkim panie... Rzecz tyczy się wizyty u ginekologa.

Jak wiadomo, wizycie u tego lekarza często towarzyszy stres i zakłopotanie. Jak to u ginekologa... pozycja "bierz co chcesz", a następnie badanie piersi.

A teraz wyobraźcie sobie, że podciągacie biustonosz, a z niego wylatuje wam 2,50 zł w 1-, 2- i 5-groszówkach, których wcześniej nie miałyście gdzie wsadzić... Brzdęk monet o płytki na podłodze powoduje zmianę koloru twarzy na wściekłą czerwień i nagle po 20 latach zaczynasz się jąkać. Szybka kalkulacja w głowie "wyginać się nago w poszukiwaniu miedziaków po podłodze czy udawać, że nic się nie stało?".

Pan doktor nie wytrzymał, parsknął śmiechem i oznajmił, że mają kontrakt z NFZ, więc wizyta jest bezpłatna.
Nawet nie pamiętam, jaka była diagnoza.

#jICvz

Jest wielka nagonka na koronę. Wszystko pozamykane, obostrzenia itp. Ale po co to, jeśli sam sanepid, po zgłoszeniu osoby zakażonej, potwierdzonej badaniem, po zgłoszeniu wszystkich domowników, nakłada obowiązek izolacji tylko na wybrane z nich?? Jeden z domowników nie został zarejestrowany na kwarantanne ponieważ... Uwaga! Nie podał numeru PESEL. Przy zgłoszeniu nieprzestrzegania przez niego zasad kwarantanny okazało się, że wcale nie musi jej odbywać. Dlaczego? Bo nie odebrał od nich telefonu i nie podał swoich danych. A rejestrując kolejno nas, podaliśmy, że mieszka z nami jeszcze jedna osoba. Podaliśmy jej imię, nazwisko i numer telefonu.

Facet wychodzi sobie parę razy dziennie po piwko, bo jest alkoholikiem, w dupie to ma, że był przez nas powiadomiony, że jesteśmy chorzy i musi pozostać w domu. Sam kaszle i pluje, ale co tam - hulaj dusza, w dupie ze wszystkimi, on browara musi mieć, podczas gdy mamusia załatwia mu wolontariusza, aby przyniósł synkowi pod drzwi jedzonko... No ku#!a mać! Coś jeszcze lepszego powiem - gdy po paru dniach udało się go zgłosić do sanepidu, dzięki czemu jest w końcu formalnie na kwarantannie, zadzwoniliśmy na policję zgłosić, że on parę razy dziennie wychodzi po piwo. Komisariat oddzwonił i stwierdził, że nic z tym nie zrobią, bo tym zajmuje się inna placówka - która z kolei nie odbiera telefonów, sanepid też kieruje nas gdzieś... Nic, wielka olewka, a on będzie tak sobie wychodził, dopóki wystarczy mu kasy.

Uprzykrza nam życie swoim pijaństwem, obsikiwaniem całej łazienki, nocnym wyciem... już nie będę mówić o zapachu, jaki po sobie pozostawia, przechodząc obok. Nieprzestrzeganie kwarantanny bezkarne, jak i zakłócanie spokoju domowników - czy to w dzień, czy w nocy. Policja reagować nie zamierza, bo to niska szkodliwość jest. Żeby ktokolwiek z mundurowych się tym panem zainteresował, musiałby nas chyba pozabijać.

Pozdrawiam i bardzo dziękuję za ten cały system i rządzących, którzy takie komedie tworzą.

#gMSFg

Jestem gejem, a że mieszkam w malutkiej mieścinie, to każdy o tym wie.

Właśnie odprowadzałem chłopaka na pociąg, on pojechał, a ja zmierzam ku schodom do wyjścia, gdy do moich uszu dochodzą obraźliwe względem mnie przezwiska od takich dwóch, może trzech typowych dresiarzy. Mi to lata co gadają i dumnie idę w dół. Tak dumnie, że źle ułożyłem stopę, przez co poleciałem pięknie twarzą z 7 m w dół.

Poczułem ogromny ból, ruch ograniczony i nagle podbiegają do mnie dresy i jeden "Stary, ku**a, myślałem, że nie żyjesz", drugi do niego, że po karetkę trzeba dzwonić, ja już mówię, że nie, a ten pierwszy, że mam zamknąć ryja, w międzyczasie odplątał mnie i położył na plecach (ściągnął swoją bluzę i podłożył mi pod głowę, wow), gdy drugi w cudny sposób rozmawiał przez telefon, co chwilę używając pospolitych jak na ich język przekleństw, a gdy skończył, powiedział do tego drugiego, że jak nie dojadą w 20 minut, to mnie biorą sami. Ja już w myślach modlę się, by jednak nie uznali jego telefonu za jakiś głupi żart i przyjechali. No i tak sobie leżę, nade mną stoją dwa osiłki niewiedzące co mają robić, wkoło nikogo nie ma, to siadają po turecku obok mnie i patrzą się. Ja udaję, że tego nie widzę. Z 5 minut ciszy mija, mnie już aż tak nie boli, gdy słyszę "Ej, stary, długo się tak zabawiasz?". Ja takie wtf, o co ci chodzi, a on, że "wiesz, ten tego, z chłopakami", drugi walnął mu w bara, że co go to obchodzi i zaczęli się sprzeczać o mój homoseksualizm. Chcąc to przerwać powiedziałem im to czego chcieli i wtedy jak zbawienie przyjechała karetka.

W szpitalu troszkę poleżałem ze względu na złamany bark i żebra. Jakoś trzeciego dnia mojego pobytu odwiedza mnie nikt inny jak panowie dresiarze. Zapytali jak u mnie, poprzeklinali, przedstawili się i nasze drogi się rozeszły...

No niezupełnie. Bo jak ich gdzieś widzę to do mnie podbijają i zaczynają z tekstem "Siema, geju, jak tam?".
Grunt, że to nie oni zrzucili mnie ze schodów i że są mili. Na swój własny sebkowy sposób, ale jednak.

#xmKwG

Dokładnie w chwili, gdy piszę te słowa, naprzeciwko mojego domu, dosłownie pod oknem mojego pokoju stoi samochód, w którym jakaś pani oralnie zadowala kierowcę. W biały dzień, na osiedlu domków jednorodzinnych. Jak gdyby nigdy nic.

Naszła mnie taka refleksja – nie byłem tak blisko seksu od dobrych trzech lat!

#lnVmR

Kiedy byłam jeszcze w podstawówce do osiedlowego, murowanego śmietnika wprowadził się bezdomny. Dzieci jak to dzieci - naśmiewały się z niego, wrzucały mu patyki na koc za kontenerem, na którym spał itp. Ja szczerze powiedziawszy trochę się go bałam. Był wysoki, tęgi, miał długie skołtunione włosy i pokaźną brodę.

Któregoś deszczowego dnia byłam u swojej koleżanki, zobaczyłyśmy przez okno, jak pana bezdomnego, siedzącego na ławce, obcina inny mężczyzna. Bez włosów i brody nie wyglądał już tak strasznie i w sumie zrobiło mi się go trochę żal. Razem z innymi dziećmi postanowiliśmy go odwiedzić. Okazało się, że to sympatyczny pan o imieniu Stanisław i nie jest ani trochę przerażający, a miły i serdeczny. Zbierał różne rzeczy w śmieciach i układał sobie obok miejsca, gdzie spał - działający zegarek, słoik ze starymi, sztucznymi kwiatami, poduszkę. W naszych małych, pełnych pomysłów główkach zrodził się plan. Charytatywne zbiórki dla pana Stacha! Codziennie każde z nas dawało mu niezjedzoną kanapkę ze szkoły (lub specjalnie przygotowaną w domu), jakieś owoce czy coś słodkiego. Braliśmy o jeden więcej kartonik mleka rozdawany w szkole, aby móc się podzielić ze Staszkiem.
Staliśmy się jego małymi przyjaciółmi, którym opowiadał ciekawe historie. Któregoś dnia ktoś z mieszkańców wezwał policję czy też straż miejską. Ślad po panu Stanisławie zaginął, a nam było bardzo smutno.

Teraz mam 20 lat. Ostatnio będąc w osiedlowej bibliotece i przeglądając książki niespodziewanie usłyszałam "dziękuję". Powiedział to siwy starszy pan z laską, schludnie ubrany, odrobinę zgarbiony. Nie bardzo rozumiałam o co chodzi i pewnie moja mina wyglądała dosyć zabawnie, ale on uśmiechnął się i odszedł. Wydawało mi się, że gdzieś go już widziałam i bardzo mnie to zaintrygowało, więc z ciekawości zapytałam bibliotekarkę (moją sąsiadkę), czy go zna lub wie jak się nazywa. I wiecie co usłyszałam?
- To pan Stanisław.
Dodaj anonimowe wyznanie