#XCgPY

Dość dawno temu, bo w 8. klasie, przyszłam do szkoły strasznie źle się czując, mianowicie miałam jelitówkę. Na nic było proszenie mamy, abym została w domu, jak to w tamtym czasie było, szkoła to świętość, na własny pogrzeb dopiero po lekcjach.

Ból brzucha, rozwolnienie, w dodatku temperatura na dworze była tak wysoka, że aż robiło się słabo. Lekcja, nagle czuję, że muszę wyjść za potrzebą, i to dość szybko, bo jelita dawały po garach. Wyglądałam dość niewyraźnie, więc nauczycielka, jako asekurację, wysłała ze mną koleżankę z ławki. Łazienka, ja siedzę na kibelku, koleżanka czeka za drzwiami. Nagle czuję, że robi mi się słabo, jakiś głuchy dźwięk w uszach, mgła przed oczami. Zdążyłam jednak otworzyć drzwi i zawołać koleżankę, mówiąc, że chyba zemdleję i momentalnie zsunęłam się z kibelka.

I z tego miejsca jeszcze raz dziękuję tej koleżance, która błyskawicznie przed zawołaniem higienistki, że tak dosłownie napiszę, PODTARŁA MI TYŁEK, podciągnęła majtki, spodnie i wytargała z toalety :-)

#054HU

Dzisiaj przetestowałem nowe kafelki, które przez ostatni tydzień kładłem pod prysznicem (uprzedzam pytania – myłem się w umywalce!). Muszę powiedzieć, że jestem wybitnie zadowolony z mojej pracy. Posadzka wygląda obłędnie, a same kafelki są twarde niczym kamień. Przekonałem się o tym 20 sekund po rozpoczęciu prysznica, kiedy poślizgnąwszy się, z wielkim impetem, wyrżnąłem głową w podłogę. Teraz mam przez kolejny tydzień leżeć i dochodzić do siebie. Oprócz wstrząśnienia mózgu mam na czole pięć szwów. Cóż, nawet i ten mały kłopot nie zmieni mojego zdania – posadzka wygląda obłędnie i jestem z siebie cholernie dumny!

#DOSlA

Pewnego dnia bardzo nie chciało mi się robić zadania domowego. Było to obszerne wypracowanie na A4. Co robić? Postanowiłam wykorzystać klasyczny trik- "psze pani, piesek zjadł mi prace domową".
Ale chwila. Zapewne pomyśli, że kłamie i mi nie uwierzy.

Napisałam więc napisałam owo wypracowanie, po czym dałam pieskowi, który z radością je rozszarpał. Wzięłam szczątki do szkoły i pokazałam nauczycielce. Udało się! Wszystko zgodnie z planem!

Dopiero, gdy pisałam to samo zadanie na następny termin, zrozumiałam jak bardzo byłam głupia.

#YoIgG

Mieszkam w kraju, w którym nie ma wielu Polaków, więc gdy do mojej pracy dołączył Kuba, chciałem się z nim zakumplować. Był wysoki, umięśniony, wyglądał jakby mógł położyć mnie jednym ciosem, a jednak był bardzo cichy, spokojny, nigdy nie zaczynał rozmowy pierwszy, przerwy spędzał sam. Zacząłem do niego zagadywać, przysiadać się na przerwach, zapraszać na piwo. Kuba okazał się dobrym kompanem do rozmów, gdy już otworzył buzię, to można było z nim pogadać o wszystkim, od muzyki, książek i filmu, przez politykę, po astronomię i mikrobiologię. Jednak gdy tematy schodziły na bardziej osobiste, on zamykał się w sobie i nie chciał nic mówić. Chętnie słuchał o mojej rodzinie, przeszłości w Polsce i moim życiu, ale od niego nie dowiedziałem się na te tematy nic. Kuba niechętnie też pił alkohol, jedno piwo w pubie raz na miesiąc to był maks. Zwykły, spokojny, choć inteligentny i interesujący człowiek.
Wiedziałem, że mieszka w sąsiednim mieście i dojeżdża do pracy 30 kilometrów, a sam akurat szukałem mieszkania, więc żeby pomóc jemu i trochę zaoszczędzić, zaproponowałem, że możemy wynająć coś razem. Kuba zgodził się, znaleźliśmy małe, dwupokojowe mieszkanie i tak sobie żyliśmy w symbiozie, bez kłótni i problemów.

Niedawno awansowałem, więc zrobiłem z tej okazji imprezę. Zaprosiłem kilka osób z pracy, dobrze się bawiliśmy i nawet Kuba, wyjątkowo, pił z nami wódkę. Gdy już wszyscy poszli, my piliśmy dalej. Byliśmy już zdrowo nawaleni, więc pomyślałem, że to dobry moment na szczere wyznania. Zapytałem go o jego przeszłość i życie w Polsce. Niczego tak bardzo nie żałuję. Opowiedział mi wszystko. Jak w bardzo młodym wieku wpadł w złe towarzystwo. Wtedy jeszcze nie wiedział, z kim ma do czynienia, ale gdy zabrali go na pierwszą "akcję", było już za późno. Poszli do faceta, który był winny sporą kasę jego "znajomym". Mieli się zgłosić po odbiór. Skończyło się na katowaniu i torturowaniu, a to wszystko na oczach rodziny tego człowieka. Później Kuba nie miał już odwrotu, bo grozili, że zabiją jego i jego matkę, a widział, do czego byli zdolni. Robił więc dla nich wszystko co tylko chcieli, bił ludzi, torturował ich, zabijał. Pośredniczył też w handlu ludźmi. Przywoził młode dziewczyny z Ukrainy, które były zmuszane do prostytucji. Najmłodsze miały 12-13 lat. Kuba wielokrotnie myślał o samobójstwie, przy życiu trzymała go jedynie mama. W końcu, kiedy ona umarła i nie miał już nikogo, uciekł za granicę, najdalej jak tylko mógł.

A teraz ja nie mogę spać. Mieszkam z mordercą, człowiekiem zdolnym do wszystkiego. Prześladują mnie myśli, że ludzie, dla których pracował, odnajdują go tutaj i zabijają nas obu. Albo jemu siądzie psychika i zrobi coś sobie lub mi. Nie potrafię już normalnie funkcjonować, żyję w ciągłym strachu i paranoi. Nie wiem już co robić.

#umFZc

Z racji tego, iż zbliżał się Dzień Matki, zapytałam mojej Mamy wprost - czy ma jakieś specjalne życzenia, czy też mam wykazać się kreatywnością i wyobraźnią.
Jednak to, co usłyszałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania...

Mamusia zażyczyła sobie szczotkę do kibelka. TAK, to jej wymarzony prezent na Dzień Matki - ładna, ceramiczna szczotka do kibelka. Dodała jeszcze, że zawsze, kiedy będzie z niej korzystać, będzie myśleć o mnie.
Ta kobieta nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

#ngds1

Pamiętacie mojego psa Volta? Dwa dni temu znowu zasłużył na nagrodę. I to konkretną.

Ale od początku. Godzina coś po 18.00. Leżę sobie na hamaku, na werandzie od strony drogi. Czytam książkę. Volt wyleguje się obok. W pewnym momencie moją posesję mija Justyna - dziewczyna z mojej miejscowości, mieszka, ja wiem, z 500 metrów dalej, przy samym lesie. Znamy się całkiem nieźle, mamy wspólnych znajomych, czasami spotykamy się na wspólnych imprezach, skąd z reguły wracamy razem. Pies też przyjaźnie reaguje na nią. Pogadaliśmy chwilę, Ona poszła do siebie, ja czytałem dalej. Mija 15 minut, może ciut więcej. Nagle Volt zrywa się na równe nogi. Postawa coś pomiędzy agresywną, a wyczuciem zagrożenia. Wołam go "Co jest Volcik?" W sumie jego imię powiedziałem już sam do siebie. W życiu nie widziałem, żeby pies potrafił tak szybko wystartować, przebiec jakieś 7 metrów dzielące go od ogrodzenia i w momencie je przeskoczyć. Popędził w stronę lasu jakby go wszyscy diabli gonili, z samym Belzebubem na czele. Ja też na równe nogi, ubrałem w pośpiechu buty i biegnę za nim. Znalazłem go 300 metrów dalej, oblizującego na przemian rozbite czoło i kolano dziewczyny. Tej samej, z którą jeszcze kilka chwil wcześniej rozmawiałem przed domem.

To co zastałem, zmroziło mi krew w żyłach. Rozbite kolano, łuk brwiowy, czoło, podarta sukienka, potargane włosy. Szybko zdejmuję bluzę(mam tendencje do chodzenia w spodenkach i jakiejś cienkiej bluzie, bez koszulki) i próbuję nią okryć Justynę. Właśnie, próbuję. Udało mi się to dopiero po dłuższej chwili, gdy w końcu zrozumiała, że nie stanowię dla niej zagrożenia. Od razu poznałem co się stało. Ktoś próbował ją zgwałcić. Telefon po policję, karetkę. W międzyczasie uświadamiam sobie, że prawdopodobnie widziałem kogoś wbiegającego do lasu. A może mi się to przywidziało? Nie wiem sam. Rozmowa z policją to coś, co ciężko opisać słowami. Plątanina myśli, słów, zdarzeń. Volt cały czas siedział przy mojej nodze. I podobnie się trząsł. To było dwa dni temu.

Wczoraj byłem u Justyny w szpitalu. Byli tam jej rodzice. Siedziała zwinięta w kłębek w kącie sali. Nic nie mówiła. Cały czas płakała. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak olbrzymią krzywdę ktoś jej wyrządził. Jak jednym swoim czynem zniszczył dziewczynie życie. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby ten ktoś dokończył to, co zaczął.

Wieczorem dostałem telefon. Powiedziała jedno słowo, Volt. Dzisiaj również byłem ją odwiedzić. Tym razem z psem. Na jego widok się uspokoiła. Nic nie mówiła, ale chociaż przestała płakać. Wracając ze szpitala, myślałem o tym. Jeśli będzie trzeba, oddam jej Volta. Jest moim przyjacielem, ale w tym momencie to ona bardziej go potrzebuje. Czuje się bezpiecznie przy nim. I może dzięki niemu podniesie się po tej tragedii. Życzę jej tego, z całego serca.

#hCfHI

Wkurzyłam się dziś... Wśród zwierząt, które mam, są między innymi kury. Jakoś tak wyszło, że wśród kuraków znalazło się w sumie pięć kogutów, które dość mocno męczyły kury i dodatkowo też dwójka słabszych (małe rasy - czubatka polska i sułtanka) mocno obrywały. Pojawił się problem - bo kogutów generalnie nikt nie chce, a kury u mnie mają dożywocie, chyba że się trafi sytuacja, że nie da się inaczej pomóc niż zakończyć jej życie (a i wtedy odbywa się to pod postacią eutanazji, a nie siekierą - po pierwsze - nie ma komu dokonać mordu, po drugie - jak dzieje się nie wiadomo co, to i tak takiej kury lepiej nie spożywać).

Odkąd okazało się, ze kogutów jest pięć, moja matka ględziła o tym, że jednego trzeba by na rosół przerobić. Sęk w tym, że nie było komu wykonać wyroku za pomocą siekiery. Matka truła o tym co chwila, że w końcu "po to są", że "to normalne", że "będzie przepyszny rosół" itp. itd.

Kury codziennie mają ze swojego wybiegu "wychodne", coby mogły poskubać sobie trawy albo innych smakołyków, których na wybiegu nie ma. No i dziś trafił się przy zamykaniu "błąd w obliczeniach" - jeden z kogutów gdzieś się zawieruszył i nie wrócił na wybieg. Gdy się to zauważyło, było już dla niego zbyt późno, bo tkwił w psim pysku. Cóż - zgon typu gwałtownego, wiadomo kiedy, więc i perspektywa rosołu się pojawiła.

Przerobiłam trupa na wersję "jak ze sklepu", pozostało tylko opalić resztki piór. Przyniosłam, poinformowałam matkę o tym, co jeszcze trzeba zrobić - a tu pojawiła się hipokryzja lvl master - "Nie mogę, wczoraj jeszcze go widziałam, jak chodził". A sama kurna kilka miesięcy ględziła o tym, by jednego z kogutów zabić, bo ona chce rosołu z "takiego dobrego kogutka".
Dodaj anonimowe wyznanie