Miałam jakieś 6 czy 7 lat. Wakacje. Szłam do domu, prawdopodobnie wracałam na obiad, żeby potem wrócić do zabawy z koleżankami z podwórka. Środek dnia, słonko świeci, ptaszki śpiewają.
Nagle podchodzi do mnie pan, na oko trochę więcej niż 20 lat i trochę mniej niż 30. Przystojny, szczupły, dwudniowy zarost, schludnie ubrany. Wyglądał jak taki zwyczajny chłopak, świeżo po ślubie, pierwsza praca, pierwsze właśnie mieszkanie. Mówi: "Przepraszam, nie widziałaś może gdzieś w okolicy psa? Wilczur, takiej wielkości, ciemna sierść...". Ja, jako miłośniczka istot szczekających, od razu się przejęłam. Ale widzieć nie widziałam, więc po chwili namysłu odpowiadam przecząco. Pan wyglądał na zatroskanego, coś chyba chwilę mówił - że wyszedł z nim na spacer, a ten się zerwał, czy coś w ten deseń. Po chwili namysłu zapytał, czy nie pomogłabym mu szukać psa. Mimo nieśmiałości zgodziłam się, bo szkoda mi było i pana, i pieska. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że to trochę dziwne, że mała dziewczynka ma szukać dorosłego wilczura, jakieś 40 kg wagi i ostre kły... Ale pan powiedział, żebym przeszła kawałek, on pójdzie inną drogą i spotkamy się w jakimś tam punkcie, powiedzmy przy sklepie. Osiedle znałam jak własną kieszeń, więc pognałam przed siebie, przy okazji rozglądając się za czworonogiem. Ani widu, ani słychu. Kiedy doszłam do punktu kontrolnego, ustaliliśmy, że on idzie tą drogą, ja tamtą i spotykamy się tam i tam. Okej, idę, rozglądam się, pieska niet.
Spotykamy się w kolejnym miejscu, a pan zrezygnowany mówi: "To teraz ty idź w stronę lasu, ja pójdę inną drogą i spotkamy się na jego obrzeżu". Powiedziałam "Dobrze", przełknęłam ślinę i poczekałam kilka chwil, aż przemiły pan zniknie z mojego punktu widzenia.
Nigdy wcześniej i nigdy później tak szybko nie spie*dalałam.
Mam 22 lata i jestem samotną matką. Mój syn ma niecałe 2 lata. Radzę sobie jak mogę, nie biorę benefitów (choć mieszkam w kraju, w którym Polki są z tego znane). Pracuję zdalnie, zarabiam wystarczająco, by utrzymać siebie i dziecko. Nie mam tutaj ani rodziny, ani przyjaciół, jestem całkiem sama. Tak mi się życie ułożyło.
Gdy zaszłam w ciążę, nikt nie wierzył, że sobie poradzę. Facet, z którym spotykałam się od 3 lat, zostawił mnie na wieść o ciąży. Planowaliśmy wspólną przyszłość, razem wyjechaliśmy za granicę, ja na studia, on do pracy. Stwierdził, że nie jest gotowy na dziecko, zostawił mi pieniądze na aborcję, spakował się i wrócił do Polski.
Ja o dziecku marzyłam, choć byłam bardzo młoda. Postanowiłam urodzić. Studia musiałam przerwać, ale postanowiłam zostać w Anglii. Poszłam do pracy, przez te kilka miesięcy odkładałam każdy grosz, wynajmowałam malutki, zagrzybiały pokój, brałam wszystkie nadgodziny. Gdy musiałam iść na macierzyńskie, udało mi się wynająć małe mieszkanie. Żyłam głównie z oszczędności i niewielkiego dodatku od państwa, ale pieniądze szybko się kończyły. Łatwo tutaj stracić dziecko, a ja nie miałam perspektyw. Dlatego zdecydowałam się na pracę seksualną.
Byłam zdesperowana, a wizja ciągnięcia kasy od państwa była dla mnie o wiele bardziej hańbiąca. Zaczęłam kilka tygodni po porodzie, jak tylko doszłam do siebie fizycznie i psychicznie. Pracowałam głównie na kamerkach, ale brałam też kasę za seks. Nie żałuję tego, udało mi się stanąć na nogi, kupić wózek i lepsze łóżeczko dla dziecka, zaczęłam lepiej się odżywiać, zrobiłam prawo jazdy.
W międzyczasie szukałam pracy, którą będę mogła pogodzić z wychowywaniem dziecka. Udało mi się znaleźć pracę zdalną, miałam też już sporo odłożone, więc zrezygnowałam z pracy seksualnej.
Nie wstydzę się tego, w jakim sposób zarabiałam. Najważniejsze dla mnie jest, by mój syn miał dom i był szczęśliwy. Niedługo planuję wrócić na studia. I jestem dumna, że sobie poradziłam. Szkoda tylko, że ten rodzaj pracy jest tak stygmatyzowany i oceniany. Nie zrobiłam niczego złego, nikogo nie skrzywdziłam, zrobiłam wszystko, by zapewnić mojemu dziecku dach nad głową i wszystko, czego potrzebuje. Gdybym znowu stanęła przed takim samym wyborem, podjęłabym dokładnie te same decyzje.
Zacznijmy od tego, że od dziecka mieszkam z rodzicami i babcią. Rodzice pracowali do od 8 do 16, więc w tych godzinach byłem pod opieką babci. Babcia jak to babcia, wnuś nie może chodzić głodny. Byłem pakowany słodyczami, pierogami etc., co przełożyło się na moją wagę. Pod koniec podstawówki doszedł do tego komputer, efektu możecie sami się domyśleć. Rok temu ważyłem 120 kg przy wzroście 176 cm, otyłość kliniczna II stopnia. Rodzice nie reagowali, w końcu stwierdziłem, że coś jest nie tak i trzeba wziąć się do roboty.
Po zrobionym treningu na siłowni stanąłem na tamtejszej wadze. Wynik? Waga 96 Wzrost 180. Co to oznacza? Że nie mam już otyłości, tylko nadwagę. Może wam się to wydawać dziwne, że się z tego cieszę, bo jeszcze dużo mi zostało. Ale w szatni płakałem jak dziecko. Pierwszy raz odkąd pamiętam nie jestem otyły. Zostało do zrzucenia jakieś 10 kg. Trzymajcie kciuki. :)
Miałam wtedy może 6-7 lat, mieszkałam na wsi, nie przelewało się u nas, ale też tragedii nie było. Jako że moi rodzice nie mieli pieniędzy na wysyłanie mnie gdziekolwiek na wakacje, pojechałam do mojej cioci, wioskę obok mojej.
Dodam tylko, że w tych czasach byli naprawdę majętną rodziną.
Kiedy byłam u nich już 2 dzień, usłyszałam od "wujka" słowa, które pamiętam do dziś, "kiedy ona wreszcie stąd pojedzie, siedzi nam na głowie i żre za nasze pieniądze"...
Wtedy pierwszy raz w życiu poczułam się jak kompletne zero, jak wyrzutek, który jest nikomu niepotrzebny.
Poszłam do sąsiadów, i poprosiłam, żeby zadzwonili do mojego taty, żeby po mnie przyjechał.
Nigdy nie powiedziałam rodzicom co usłyszałam, skłamałam, że nudziło mi się tam i tęskniłam za moimi zwierzakami, nie chciałam im robić przykrości.
Krótkie przesłanie, dzieciaki rozumieją więcej niż wam się wydaje i uwierzcie, zostaje do końca w pamięci, minęło ponad 20 lat od tamtego zdarzenia, a ja nadal nie rozmawiam z moim "wujkiem".
Od kilku dni cierpiałem na dziwne schorzenie, a mianowicie miałem wrażenie, że moja kupa pachnie fiołkami. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż w łazience nie mamy żadnego odświeżacza powietrza, który mógłby mieć taki zapach. Dzisiaj nareszcie znalazłem rozwiązanie mojego problemu... podcierałem się zapachowym papierem toaletowym!
Mieszkam na wsi, bezpośrednio przy lesie. Do najbliższego sąsiada mam jakieś 300 metrów. Sąsiedzi mają 11-letniego syna. Chłopczyk uwielbia podglądać przyrodę. Biega wieczorami z aparatem, by fotografować zwierzęta. Nigdy nie odchodzi jednak dalej jak kilkaset metrów od domu.
Ojciec chłopaka jest myśliwym. Nie znaczy to, że strzela do wszystkiego co się tylko rusza, bo dzikich zwierząt jest u nas mnóstwo. Ale do rzeczy.
Pewnego sierpniowego wieczoru mały Michałek (syn sąsiada) wybrał się na pobliską ambonę, by aparatem "upolować" jakieś stworzonko. Pech chciał, że jacyś kretyni podpiłowali nogi ambony. Chłopczyk spadł przygnieciony konstrukcją myśliwskiej budki. Tata zaniepokojony faktem, że chłopak nie wrócił przed zachodem słońca rozpoczął poszukiwania. Znalazł go. Chłopak już 2 miesiąc leży w śpiączce i ma połamany kręgosłup. Jego tata porzucił polowanie, próbował popełnić samobójstwo.
Pozdrawiam wszystkich tych, którzy chcąc walczyć o dobro zwierząt zapominają o dobru drugiego człowieka.
Jedna kobieta napisała, że po prawie 50 latach była w Polsce i jest źle, "bo ludzie się nie starają". Jako jeden z przykładów "starania się" podała kogoś, kto brał proszki na ból, aby móc robić na dwa etaty.
To nie jest pracowitość, to skrajna głupota. Zdrowie jest najważniejsze. Znam kilkoro ludzi co tak robiło, w wieku 25-35 lat, czyli "młody i produktywny". Niestety pojawiał się jakiś uraz i zamiast wziąć urlop zdrowotny na tydzień, dwa czy nawet na miesiąc, to ci znajomi ignorowali to, biorąc tabletki. Jak tabletki nie pomagały, był lekarz, 2-3 dni wolnego, powrót do pracy, bo przecież zakład zatrudniający kilkuset ludzi upadnie bez jednego szeregowego pracownika. Aktualnie takich kilku znajomych, którzy się "starali", albo do końca życia nie może podnosić rzeczy +10 kg, albo w ogóle czegokolwiek podnosić, mają zakaz wykonywania pracy przez lekarza.
Sama się starałam i zarabiałam dużo, ale szefostwo się pozmieniało i niszczyli pracownikom zdrowie psychiczne. Osobiście wolę pracować za mniej, niż mieć zniszczone zdrowie czy psychikę.
Dodatkowo narzekanie, że pani w urzędzie nic nie wie, nie stara się... Przepisy, czasami, zmieniają się bardzo szybko, albo są sprawy, którymi podczas ostatnich 10 lat ktoś na tym stanowisku zajmował się aż dwa razy, albo ktoś pracuje pierwszy miesiąc i jeszcze nie wie wszystkiego.
Inna sprawa dotyczy często pracodawców, którzy nie szanują pracownika. Starałam się, robiłam wszystko najlepiej jak potrafiłam, szefowa cały czas: za wolno, źle, beznadziejnie... Przestałam się starać, robiłam minimum: moje wyniki według szefostwa były identyczne. Pomyślałam, że może jak nabrałam wyprawy i teraz to co uważam za robienie powoli, wcześniej uważałam za robienie szybko. Chciałam sprawdzić, czy jak teraz się postaram, to będzie lepiej... Nie było, szefowa mówi mi, że cały czas jest tak samo... Po co się starać? Dostawałam takie same reprymendy jak pracowałam i jak się obijałam. Cały czas było źle, nigdy dobrze.
Zamiast wytykać palcem "że nikt się nie stara", warto się zastanowić, dlaczego tak jest.
Gdy byłam małą dziewczynką, czyli spory kawał czasu temu, miało miejsce dość dziwne zdarzenie.
Obudziłam się w nocy i poczułam, że muszę załatwić ''grubszą sprawę''.
Poszłam w stronę łazienki i zamiast w spokoju się wysrać, mój mózg podpowiedział mi ''hola, hola, obudzisz rodziców dźwiękiem spłuczki''.
Jakiś szatański plan stworzył się w mojej głowie i do dzisiaj nie wiem, jak można być tak głupim.
Weszłam do pokoju rodziców i po upewnieniu się, że śpią, nawaliłam im kloca na dywan, wstałam i wróciłam do pokoju spać.
Niestety nie mieliśmy psa.
Rano moim tłumaczeniem było mniej więcej tyle: ''Myślałam, że tam była toaleta...''.
Moi rodzice do bogatych nie należą, ja skończywszy technikum próbowałam znaleźć pracę w zawodzie - nic z tego. Decyzja - wyjazd za granicę, i powiem wam, wcale nie było mi lekko. Pracowałam u gospodarza na polu dosłownie 11 h na dobę, a następnie 4 h w magazynie, pokój dzieliłam z sześcioma dziewczynami. Harówka, spanie i tak przez sześć miesięcy. Oszczędzałam, nie palę, nie piję, więc uzbierałam sporą sumkę.
A teraz najlepsze: gdy wróciłam do domu, CAŁA rodzina sobie o mnie przypomniała, koleżanki zapraszały na kawę, tylko zawsze w okazywało się, że wszyscy mają problemy finansowe. A to jakaś awaria, a to choroba, a to już sama nie wiem. A mnie po prostu było przykro, bo gdy odmówiłam, okazywało się, że jestem chytrą suką. Pieniądze przeznaczyłam na rozkręcenie własnej firmy, niby nic wielkiego, ale pracuję na swoim.
Miałam dość docinków rodzinki, dlatego gdy ZNOWU kuzynka próbowała mnie przekonać, aby ją wspomóc (naprawdę nie miałam gotówki), wpadłam na pomysł. Moja kuzynka to taka dama, co pracą się nie splami. Zaproponowałam jej przy rodzinnym obiedzie, że załatwię jej pracę w Holandii. Dobre pieniądze, tylko trzeba się narobić (nie miałam takiej możliwości tak naprawdę). Jej mina bezcenna, jej rodzice namawiali ją, że to okazja, a ona wiła się ja piskorz i zaczęła się wykręcać.
Więcej o kasę nie poprosiła :)
"Mama" podała mnie do sądu za pomówienia... bo napisałam na blogu w jaki sposób się nade mną znęcała w latach młodszych i o mojej zniszczonej psychice.
Powiadają, że matkę ma się tylko jedną i powinno się ją szanować i że nie powinno się nikomu życzyć niczego złego, ale jednak.
Dodaj anonimowe wyznanie