#Ovix8

Mając gdzieś 18-19 lat, wracałyśmy pijane z kumpelą skądś tam i zachciało nam się siusiu. Nie było nigdzie ani toi toia, ani większych krzaków, więc schowałyśmy się pod niskim balkonem. Zostałyśmy usłyszane przez mieszkańca, który na owy balkon wyszedł i zaczął głośno pytać, co się tam wyrabia. Żeby nie wyszło na jaw, co tam robiłyśmy, bez namysłu zaczęłam szczekać i udawać psa. Drzwi od balkonu się zamknęły, a my po zakończeniu siusiania szybko uciekłyśmy stamtąd.

Dopiero na drugi dzień kumpela powiedziała mi, że w odpowiedzi na pytanie tego pana ja zaszczekałam "hau, hau, hau, ku*wa!".

#TjtY6

Złapałam koronawirusa i przez parę dni byłam w szpitalu, bo pojawiły się pewne komplikacje z płucami. To był dla mnie dość ciężki okres, ale miałam wsparcie ze strony przyjaciół, którzy zasypywali mnie pozytywnymi SMS-ami i wiadomościami na FB. Robili to wszyscy oprócz Karoliny - mojej najlepszej przyjaciółki, która nie wierzy w pandemię, jest przeciwko szczepieniom i twierdzi, że to, co się dzieje na świecie, to przykrywka, aby rządy mogły wprowadzić wszędzie technologię 5G – ostateczne narzędzie zła i kontroli ludzkości.
Karolina napisała mi, że jestem głupią suką, bo dałam się przekupić, aby „udawać chorą i promować tym samym plan wdrażania Nowego Porządku Świata”.

W sumie kasa by mi się przydała. Ktoś z was orientuje się, po jakim czasie od wyjścia ze szpitala otrzymuje się przelew?

#D1OOV

W podstawówce organizowaliśmy przedstawienie. Każdy z uczniów miał zagrać jakąś rzekę. Takie przedstawienie edukacyjne o Polsce. Pupilki grały Wisłę i Odrę. Mnie nauczycielka nie lubiła. Zostałam rzeką Wieprz.
Cała szkoła ryknęła śmiechem, gdy oznajmiłam: "Cześć. Jestem Wieprzem".

Rola życia.

Na szczęście dziś się z tego śmieję :D

#QEdS4

Ktoś tu wspominał ostatnio harcerstwo. Tak, harcerstwo to były piękne czasy...

Maj, koniec roku w szkole, wszyscy myślą już o wakacyjnych obozach i biwakach.
I nagle wtedy przyszedł do nas nowy drużynowy. Student pierwszego roku, ale wyjątkowa gnida, od pięciu lat w ZSMP. I w dodatku, jak to się wtedy mówiło, był wysoko kryty, tak że nie można było sobie pozwolić na jawne żarty czy objawy niesubordynacji.

Okazja do czegoś bardziej wyrafinowanego nadarzyła się wkrótce, kiedy drużynowy zostawił kurtkę i gdzieś wyszedł. Wyciągnęliśmy mu dowód osobisty (to wtedy była taka zielona książeczka) i tam gdzie było „Znaki szczególne - brak”, dopisaliśmy mu jedno słowo - „prącia”.
Dużo bym dał, żeby zobaczyć efekt końcowy, ale z wiadomych względów nie było to możliwe, bo nikt raczej nie przegląda własnego dowodu.

Ciąg dalszy znam tylko z opowiadań. Nastąpił on we wrześniu, kiedy drużynowy chciał zmienić kierunek studiów i w dziekanacie musiał pokazać dowód osobisty. Świadkiem tej sytuacji był mój kolega.

Pani z dziekanatu, doświadczona urzędniczka, usiłowała do końca zachować powagę i pełny profesjonalizm, ale efekt był odwrotny do zamierzonego. Najpierw ściągnęła usta jak ryba wyjęta z wody, a po chwili zaczęła się dusić ze śmiechu. Na to zbiegli się liczni pracownicy mocno zbiurokratyzowanego wtedy dziekanatu. Próbowali zachować pozory i wyjść z tego z twarzą, mówili - „po co pan to podał, przecież takich rzeczy nie trzeba”, ale sprawa w tym rozplotkowanym środowisku szybko się rozeszła.

A drużynowy po tym cichutki się zrobił, i co najważniejsze - przestał już być taką świnią.

#kW3Wi

Rzadko kiedy mogę powiedzieć, że jestem z siebie szczególnie dumny. No ale wczoraj to, przyznaję, zrobiłem naprawdę dobry uczynek i mogę rzec, że dałbym sobie za to medal.

Miałem urodziny i wieczór spędziłem w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Jeden z nich nie zdążył mi kupić prezentu, więc wręczył w moje ręce kopertę z banknotem stuzłotowym, mówiąc „Wydaj te pieniądze tak, abyś był szczęśliwy”.
Skończyliśmy imprezowanie koło pierwszej w nocy i zamówiłem Ubera. Przyjechał młody gość, który mówił jedynie po angielsku. Zauważyłem, że miał opuchnięty łuk brwiowy i podczas jazdy przykładał w to miejsce puszkę z jakimś zimnym napojem. Zapytałem, co się stało. Okazało się, że facet jest w Polsce od dosłownie kilku dni, pochodzi z jednego z krajów na wschodzie Europy i właśnie zaczął swoją przygodę z Uberem. Jak na złość trafił mu się pechowy kurs. Zabrał dwóch podpitych typów. Jeden z nich, najwyraźniej chcąc spełnić swój „patriotyczny” obowiązek, po zakończeniu podróży z dużą siłą trzasnął kierowcę pięścią w twarz.

Oczywiście chłopak zgłosił sprawę gdzie trzeba, ale widać było po nim, że czuje się mocno przytłoczony tą sytuacją. Powiedziałem mu, że miał po prostu pecha i że raczej jesteśmy gościnnym narodem, no ale cóż – w każdym narodzie trafiają się podludzie i troglodyci.

Kiedy podjechaliśmy pod dom zorientowałem się, że parę dni wcześniej przełączyłem uberowe płatności na transakcje gotówkowe, więc w przypływie impulsu wyciągnąłem z kieszeni mój prezent i wręczając kierowcy stuzłotowy banknot powiedziałem: „Nie wydawaj mi reszty. Wracaj do domu. Odpocznij. Nie chciałbym, abyś przez tę sytuację miał zepsuty wieczór”. Zostawiłem go z rozdziawioną buzią i radością w oczach.

Idąc w stronę mojej klatki szczerzyłem się do siebie jak głupi. Prośba mojego kumpla została spełniona zgodnie z jego życzeniem, a nawet jeszcze sumienniej! Wydałem te pieniądze w taki sposób, że sprawiłem szczęście sobie i potrzebującemu wsparcia bliźniemu.

#M52Vr

Mój tata jest to człowiek dość starego rocznika, wtedy egzaminy na prawo jazdy wyglądały inaczej niż dzisiaj. W młodości starał się o prawo jazdy na samochody ciężarowe, w sumie sam nie wie po co, nigdy przedtem nimi nie jeździł ani też nie wiązał z tym przyszłości, no ale umówił się na egzamin.

Przyszedł spodziewając się najpierw wytłumaczenia chociaż jakichś podstaw, ale egzaminator od razu do niego, żeby wsiadał i zdajemy, bo mu się spieszy. Egzaminator przy okazji rozmawiał też z jakimś facetem i nawet nie patrzył, co mój ojczulek wyczynia. Wsiąść - wsiadł, ruszyć - ruszył, wiedzieć co robi - nie wiedział. Zbił dosłownie wszystkie pachołki, które wyznaczały trasę, którą ma pokonać, ale patrzy w lusterko, dwóch chłopaków, którzy też mieli zdawać, biegną za nim i stawiają wszystkie pachołki.

Egzaminator nic nie widział, dopiero jak mój ojciec podszedł do niego, że już skończył, to spojrzał na trasę, tir stoi gdzie stać powinien, pachołki stoją, czyli wszystko OK, egzamin zdany.
Całe szczęście, że później tata nie miał okazji prowadzić TIR-a :)

#cxiZu

Pracuję w domu dziecka od kilku lat. Uwielbiam swoją pracę, uwielbiam moje dzieci. Bo to są MOJE dzieci. Jestem dla nich mamą na zmiany - odrabiam z nimi lekcje, zaprowadzam i odbieram ze szkoły, jestem powierniczką sekretów, gotuję, sprzątam. Przytulam je, całuję i biorę na kolana. Ale moje dzieci to nie są "zwykłe" dzieci. To są dzieci z orzeczeniami, niepełnosprawnościami. Pełen zakres - zespoły, FAS-y, autyzmy, upośledzenia. Praca jest ciężka. Czasem niebezpieczna. I wiecie co boli mnie najbardziej? Dwie rzeczy - ludzie pro life oraz głupie teksty. Dlaczego bolą mnie prolajfy? Ano dlatego, że odkąd pracuję NIKT deklarujący się jako pro life, ani jedna osoba nie zadała sobie trudu, aby przyjść i zobaczyć, jak wygląda życie takich dzieci, natomiast są pierwsi do krzyczenia "TAKIE dziecko też ma prawo do życia!", albo coś w stylu "dzieci z zespołem Downa kochają bardziej, tylko mają inne buzie!". No więc nie. Te dzieciaczki, moje dzieci, pewnego dnia będą dorosłe. I to już nie będą aniołki z "inną buzią". To będą dorośli ludzie z dużym popędem seksualnym, silni.

Sytuacja z wczoraj - dziewczynka z zespołem Downa, lat 13. Niepohamowany apetyt, przez co waży 92 kg przy wzroście 170. Olbrzymia siła i problemy z percepcją, nie zdaje sobie sprawy, że używa dużej siły. A co więcej - czyjś ból ją cieszy. Uśmiecha się i mówi "szkoda, że nie mocniej!". Ta dziewczynka poproszona o kąpiel złapała mnie za nadgarstek i... wykręciła go. Jak lalce. Ból niesamowity. Ale to przecież tylko kochany aniołek "z inną buzią", co "kocha bardziej"... No nie.
Dziewczynka ma miesiączkę, od 3 dni odmawia kąpieli, mycia zębów, przyjmowania leków. Cuchnie od niej niesamowicie (zdarza jej się czasem zabrudzić kałem, bo nie zawsze "utrzyma"), śpi i chodzi w jednym ubraniu od 3 dni.

No i ja się pytam, gdzie te prolajfy? Gdzie te osoby mówiące o świętości życia, gdy to właśnie "święte życie" siedzi w pokoju z kupą w majtkach, brudne, agresywne i stanowiące zagrożenie?

#r084z

Było to 5 lat temu. Ostatnia klasa technikum i w końcu wyczekiwana STUDNIÓWKA!
Wszyscy nie mogli się doczekać wspólnej zabawy do białego rana. Dziewczyny podekscytowane, że w końcu założą swoje wystrzałowe kreacje, chłopcy znów dyskutowali o tym ile kwitu trzeba kupić i gdzie go będą chować (tak coby nauczyciele nie wyczaili gdzie chowają się różne magiczne napoje).

No i stało się! Nadszedł ten sobotni wieczór. Dziewczyny odwalone jak stróż w Boże Ciało, chłopcy także niczego sobie. Polonez odtańczony, występy odhaczone - w końcu można zacząć zabawę! Oczywiście nie mogło zabraknąć fotografa i kamerzysty, aby uchwycił te piękne momenty.

Zabawa trwała w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Godzina 6 rano, wróciłam do domu. Można by rzec, że studniówka udana. W poniedziałek w szkole tematem numer jeden była ta sobotnia noc. Wszyscy zadowoleni itd.

Nadszedł dzień kiedy dostaliśmy nagranie z tejże imprezy...
Postanowiliśmy, że wszystkie klasy maturalne razem z nauczycielami obejrzymy razem (nikt wcześniej tego nie widział). Tak więc wszyscy mieliśmy zobaczyć je po raz pierwszy.
Wszystko pięknie, wszyscy się ładnie bawią... .
Aż tu nagle moment w którym wszystkim opadła kopara! DOSŁOWNIE!
Nikt nie spodziewał się, że takie coś zostanie nagrane. Ja polewająca Pana Tadeusza, plus kolega wznoszący toast brzmiący "ZA TĘ NERWOWĄ PIZ*Ę Z POLAKA, PRZYDAŁ BY SIĘ JEJ TAKI PRAWDZIWY PAN TADEUSZ, BO DAWNO CHYBA NIE BRYKAŁA". Wszyscy oczywiście zgodnie przytaknęli i wypili wódeczkę.

Zrobiło się troszkę niezręcznie, ale postanowiliśmy oglądać do końca.
Wyprzedając wasze pytania odnośnie tego wydarzenia: kolega kupił pani kwiaty i przeprosił. Nie, nie miał potem z nią problemów. Polonistka nawet odrobinę wyluzowała, a czasami zarzuciła jakimś żartem związanym z Panem Tadeuszem :)

#RPJwf

Myślę, że każdy ma za sobą te nieodzowne dni pełne zagubienia i niepewności.
Tak, mówię o pierwszych dniach liceum.

W moim gimnazjum największa klasa liczyła sobie 15 osób, tak więc przeniesienie się do publicznego, OGROMNEGO liceum było dla mnie szokiem. Jak to nikt się nie zna? Jak to wszyscy się gubią? Była to dla mnie prawdziwa zagwozdka.

Piąty dzień właściwiej edukacji, lekcja dobiega końca, wszyscy wychodzą na korytarz i rodzi się pytanie: w której sali mamy kolejne zajęcia? Świeżo wyrobioną tradycją cała klasa zgodnie rusza za jedyną osobą, która zdaje się wiedzieć, gdzie idzie. Ktoś z tych czterdziestu osób w końcu musiał wiedzieć, gdzie jest sala F3. Wszyscy więc podążamy za naszą koleżanką z klasy, jako że ta pierwsza brawurowo wyrwała się do przodu. Dzielnie przedzieramy się przez dżunglę pełną strasznych maturzystów chcących wybić nam żebra łokciami i stłamsić nas w korku na schodach, idziemy godzinami, latami wręcz po zabytkowych korytarzach, krętymi zakrętami, schodami w górę, schodami w dół, końca nie widać. Wreszcie docieramy na miejsce, stajemy. Podchodzę do kolegi, który szedł tuż za naszą przewodniczką, jako że człowiek zgina się w pół ze śmiechu. Pytam się, co się stało.

Tak, czterdzieści osób poszło za dziewczyną do damskiej toalety.

#hxvmA

Dziś, po roku związku mój facet wreszcie powiedział, że mnie kocha. I pewnie cieszyłabym się zamiast narzekać, gdyby nie okoliczności, w których to nastąpiło.

To podniosłe wyznanie usłyszałam, kiedy źle się poczułam i wróciłam szybciej z pracy. Nakryłam go w moim mieszkaniu, w moim łóżku, z jakąś gówniarą. „Kocham cię. Z nią to tylko seks” - wypłakał. W sumie to były chyba ostatnie słowa, jakie do mnie powiedział, bo nigdy więcej nie chcę go widzieć.
Dodaj anonimowe wyznanie