Niedawno dowiedziałam się o rodzinnym "trupie w szafie"... w przenośni i dosłownie.
Dawno temu do okolic gdzie babcia się wychowywała przyszli sowieci. Nie przyszli w pokojowych zamiarach... Kobiety stosowały różne sztuczki, by uniknąć gwałtu. Ruskich nie mierziła jednak ani miesiączka (smarowanie się krwią zwierząt albo własną), ciąża, połóg, starość, wiek dziecinny czy choroba. Znaczna część wolała się poddać i przecierpieć, niż się bronić. Babcia jednak innego zdania. Kiedy wparowali do jej domu, w którym była tylko ona, jej młodsza siostra i babka, zaczaiła się w szafie w pokoju siostry. Co który wchodził, dostawał w tył głowy siekierką do kości (taką, co bywa przy tłuczkach do mięsa) i lądował zaciągnięty do tejże ogromnej, gdańskiej szafy. Babcia babci ich tam odsyłała, a "babeczna" ciotka robiła słodkie oczy, coby na maksa odwrócić ich uwagę. Dlaczego nie weszli po kilku naraz?
Szafa stała w dziurze w ścianie między dwoma pokojami. Raz byli wysyłani do jednego pokoju, raz do drugiego. Było ich 6. Cytat babci: "Kochanie, nie myślałam wtedy więcej, niż było trzeba. W sumie we trzy dużo żeśmy nie myślały, tylko robiły jak szalone, bo tylko wariatkom to się mogło udać... Kłopot i myślenie się zaczęły, jak żeśmy miały 6 trupów w szafie i ani jednego chłopa, żeby je wynieść!".
Skończyło się tak, że trupy czekały dwa tygodnie na pogrzeb. Wtedy wrócił brat babci, jej dziadek i mąż, po czym trupy zostały pogrzebane (przy pomocy trzech sąsiadów) razem z szafą. Żaden ze świadków nie chce powiedzieć gdzie.
Historia pewnego znajomego. Jego siostra pracowała na Filipinach, wiec postanowił się wybrać ją odwiedzić.
Przyleciał, ale siostra akurat była w pracy i nie mogła go odebrać z lotniska, tylko zostawiła mu u portiera klucze do mieszkania. Pojechał więc do jej mieszkania, budynek niczego sobie, taki elegancki drapacz chmur, wszystko odpicowane, wchodzi do mieszkanka na 18. piętrze, też wszystko Francja-elegancja. Czuł się trochę niepewnie, bo w końcu pierwszy raz w obcym mieszkaniu, w dodatku bez właściciela i nie bardzo wiadomo co robić. No ale głód doskwiera po tak długiej podróży, więc wchodzi do kuchni i decyduje się odgrzać sobie coś w mikrofalówce. Wkłada sobie zupkę do mikrofalówki, naciska na niej jakiś czerwony guzik, który wygląda na start... i w tym samym momencie podłoga ucieka mu spod stop, meble zaczynają się trząść, szklanki i sztućce zderzać, coś spada na podłogę...
Zajęło mu ładnych parę chwil zrozumienie, że nie zrobił nic złego i przypomnienie sobie, że Filipiny są dość aktywnym tektonicznie regionem :D
Pracuję w stadninie położonej blisko dużego miasta. To miejsce oblegane przez amatorów jazdy konnej. Mamy tu stałych gości. Takich, z którymi jesteśmy już na "ty", bo od lat przynajmniej raz w tygodniu przyjeżdżają. Mają swoje ulubione wierzchowce, które dosiadają i którymi się zajmują po powrocie do stajni.
Koni teraz jest ze 20. To wspaniałe zwierzaki, które świetnie "dogadują się" nie tylko z ludźmi, ale i z całą gromadką psów i innych czworonogów, co to na naszej małej "farmie" mieszkają.
Czasem jednak, oprócz znanych nam twarzyczek stałych gości, pojawi się ktoś nowy. Jest taki jeden typ klienta, a właściwie to takie specyficzne combo, duet, dwa w cenie jednego. Taki produkt z gratisem. To mała (góra 10-letnia) dziewczynka, która bardzo by chciała jeździć konno i w związku z tym posiadła naprawdę godną szacunku wiedzę teoretyczną na ten temat. W zestawie do takiej zapalonej hipiką małolaty zawsze dodawany jest nie kto inny jak jej tata (serio - jeszcze nigdy nie widziałem tu matki z córką!).
Tata nie zna się na tym sporcie w ogóle. Ostatnio konia widział w kreskówce "Mustang z Dzikiej Doliny", opcjonalnie w "Seksie w wielkim mieście". Generalnie - nie praży, ale chce pozostać dla córki autorytetem, więc wymądrza się niczym wielki mentor pan Miyagi.
Dziś znowu taka parka nas odwiedziła. Dziewczynka od razu zaczęła chodzić po stajni z oczami niczym spodki, podziwiając nasze zwierzaki. Ojciec zaś cmokając i pomrukując postanowił podejść do sprawy profesjonalnie i osobiście wybrać kandydata na pierwszą w życiu końską przejażdżkę swej córki.
- Ale te tutaj to chyba dla niej trochę za duże, nieprawdaż? - zwrócił się do mnie protekcjonalnym tonem. - Aczkolwiek śmiem twierdzić, że ten kuc, o tu, będzie dla niej w sam raz - mówiąc to wskazał na naszego poczciwego, zezowatego Błażeja, który akurat przechadzał się pomiędzy końmi, leniwie żując jakieś smętne źdźbło.
- Proszę pana - odparłem - to jest koza. Ale oczywiście ja tam decydować w wyborze wierzchowca za państwa nie będę.
Uwielbiam moją pracę. Szkoda, że stary kozioł Błażej nie skumał tej sytuacji, bo by się obśmiał cap za wszystkie czasy.;)
Sytuacja z dzisiaj. Siedzę z mamą w salonie, gdy nagle ktoś do niej zadzwonił. Była to moja cioteczka, która dzwoniła dzisiaj już kilka razy. Łzy, użalanie się nad swoim życiem i takie tam. Generalnie trochę stało się to już męczące.
Mama po około 20 minutach rozmowy przez telefon wstała i wyszła z domu. Usłyszałam tylko dzwonek do drzwi i głos mamy "Ktoś przyszedł i dzwoni do drzwi. Musze otworzyć. Będę już kończyć. Pa", po czym mama przyszła do salonu i spokojnie usiadła obok mnie.
Mistrzostwo świata :D
Mój chłopak jest wielkim kolekcjonerem bluz. Ma ich chyba z sześćdziesiąt, wiecie, Adidas, Puma i te wszystkie sportowe marki plus jeszcze jakieś inne, limitowane kolekcje znanych firm. Jedną taką, śnieżnobiałą, z czarno-złotym nadrukiem założył sobie dnia, kiedy mieliśmy spotkać się na mieście.
Już go widzę, buziaczek, tulimy się na przywitanie, uroczo i te sprawy. Ruszamy w miasto, zaszliśmy do tak zwanego skwerka, gdzie spotkaliśmy resztę naszych znajomych i tak od słowa do słowa ktoś wspomina o rannym kocie zza budy z żarciem niedaleko. Jako że zwierzęta to bardzo ważna część mojego życia (bio-chem, pani weterynarz, rozumiecie) mówię chłopakowi, że nie zostawię zwierzaka na pastwę losu. On oczywiście towarzyszy mi, bo jakże puściłby mnie samą...
Jesteśmy. Widzę kota, plus minus pięć miesięcy, krew dookoła, chyba skatowany przez człowieka. Myślę co robić, szukam numeru do całodobówki z mojego miasta, rozglądam się za jakimś pudłem, czymkolwiek.
Co robi mój chłopak? Podnosi zakrwawione, ledwo żywe zwierzątko, przytula do śnieżnobiałej bluzy i nie przejmując się szkarłatnymi plamami rusza szybko w stronę centrum.
Jestem cholernie dumna, wiem, że to takie nic, ale dla mnie to wielkie coś. Zawsze dogryzał mi z powodu zwierząt czy bywał zazdrosny o psa, tamta bluza to była świętość, nawet okruszek powodował atak szału.
Kotek, a właściwe koteczka, jak się późnej okazało, wyzdrowiała, nigdy nie wróciła do pełni sił, trafiła do mojej przyjaciółki, na widok mężczyzn, nawet swojego wybawcy ucieka i się ukrywa. Ktoś zrobił jej piekielną krzywdę, mój chłopak na szczęście nie oczekuje wdzięczności.
Biała bluza po potraktowaniu wszystkimi tutorialami z jutuba dalej ma plamę na piersi, ale jest chyba najważniejszym eksponatem w jego szafie :)
Działo się to parę lat temu na pewnej wycieczce. W opowieści ważne jest to, że podkochiwałam się (teraz w sumie też :D) w księdzu, który mnie uczył. Świetny człowiek, typowy śmieszek, pozytywnie nastawiony i z dystansem do siebie. Urodą jakoś nie grzeszył, ale mi to nie przeszkadzało. Zdawałam sobie sprawę, że to głupie (ja miałam 16 lat, on mniej więcej 30), ale miłość to miłość. Chciałam to po prostu przetrzymać i poczekać, aż zmieni parafię. Nigdy specjalnie nie okazywałam uczuć co do niego (ba, starałam się go unikać).
Na wspomnianej wyżej wycieczce grupa wraz z księdzem grała w butelkę na prawda czy wyzwanie. Ja jednak po jakimś czasie postanowiłam pójść do pokoju. Jakie było moje zdziwienie, gdy po pięciu minutach usłyszałam pukanie do drzwi! Otwieram, a tu oczywiście nasz książę (tak go nazywałam przez jakiś czas w myślach). Zastanawiam się, czego może ode mnie chcieć. Zauważyłam, że nerwowo spogląda w podłogę.
- Wiesz co, Paulina? Nie wiem, jak mam to powiedzieć... Teraz jesteśmy sami, to mam przynajmniej okazję. Od jakiegoś czasu przyglądam się tobie i... Nie chciałem tego dopuścić do siebie, ale za długo tłumię w sobie te emocje. Po prostu się w tobie zakochałem.
Normalnie skamieniałam. Moje myśli wirowały, myślałam, że oszaleję! Przez chwilę sądziłam, że to sen, ale on tam nadal stał! Pisnęłam, rzuciłam mu się na szyję i... pocałowałam go. On natychmiast się odsunął, a zza rogu wyszła cała moja grupa.
Okazało się, że księdzu wylosowało się zadanie "wyznaj komuś miłość", a jedyną osobą, której nie było w pomieszczeniu, byłam ja. Każdy wiedział, że ksiądz może pozwolić sobie na takie żarty, bo miał do siebie dystans, ale tego (jak i cała grupa) po prostu się nie spodziewał.
Na nic zdały się tłumaczenia, że się domyśliłam i sama żartowałam. Niektórzy wypominają mi to do dzisiaj, choć minęło już parę lat. Bogu dzięki przynajmniej ksiądz opuścił naszą parafię.
Jednak za tydzień przyjeżdża do nas w odwiedziny. Napisał do mnie wiadomość na Facebooku, czy nie wyskoczę z nim na "randkę".
Cóż... Może tym razem podryw się uda? Trzymajcie kciuki! :D
Korzystając z pięknej pogody, postanowiłam wybrać się na po raz pierwszy i ostatni na plażę nudystów. Dlaczego ostatni?
Schyliłam się i nagle zabolał mnie brzuch. Postanowiłam sobie ulżyć i puścić bączka. Z mojego dupska zaczęła tryskać żółta jak ser woda. Moja dupa zmieniła się w fontannę. Obryzgałam ludzi siedzących za mną :(
Sytuacja sprzed 2 lat, miałem wtedy 18 lat.
Spaceruję sobie po pięknej dolince i podziwiam przyrodę. Przy drodze na ławeczce siedzi kobieta z wyjątkowo kudłatym pieskiem na rękach, zwróconym tyłem do mnie. Jako że moja przyjaciółka mnie zaraziła swoim zainteresowaniem zwierzętami, chciałem się przyjrzeć bliżej.
Kiedy przechodziłem obok kobiety, to chcąc obejrzeć zwierzaka wychyliłem głowę i zobaczyłem, że pani spojrzała na mnie z ogromnym oburzeniem.
Trudno jej się dziwić, bo "pieskiem" okazało się być dziecko, które miało niezwykle długie jak na ten wiek włosy, a które właśnie karmiła piersią.
Uznałem, że nie będę jej tłumaczyć, że myślałem, że to piesek (co sytuacji raczej by nie poprawiło), tylko spaliłem buraka i przyspieszyłem kroku :D
Jechałam kiedyś z koleżanką pociągiem na majówkę, nocnym pociągiem. Jako że jest dzień przed długim weekendem, pociąg wypełniony po brzegi. A jeśli ktoś nie wie co znaczy "po brzegi", odpowiadam: znalazłyśmy miejsce o powierzchni łącznej mniejszej niż potrzeba na postawienie wszystkich naszych czterech stóp. Pociąg jedzie, my stoimy, trudno się nawet odkręcić, a czeka nas 6 godzin jazdy.
Po 2 godzinach pan X staje na początku korytarza w wagonie i każdemu popchniętemu i nadeptanemu pasażerowi tłumaczy, że on "do kolegów na końcu przedziału", w ręku sześciopak. Po trupach, ale jakoś przeszedł, nawet jak go nie było widać, to po jękach pasażerów można się było zorientować gdzie aktualnie jest. Pół godziny później facet wraca z tym samym tłumaczeniem, w ręku tylko 4 piwa.
Sytuacja powtarza się, Pan X coraz bardziej pijany i w coraz gorszej koordynacji ruchowej, mijając nas przygważdża moją koleżankę do ściany i ciężko na nią dyszy, więc łapię gościa za chachoły i przepycham dalej. W kolejnej edycji przejścia Pan X rzyga na dziewczynę i dostaje w pysk od jej ojca, zaczyna się jatka. Na pierwszym przystanku ludzie, którzy dopchnęli gościa go końca wagonu mówią do niego "Panie, to twoja stacja!" on na to "A to już jesteśmy w Gdyni?!" (okolice Olsztyna). "Tak, panie! Gdynia! Wysiadaj pan!" i wykopsali go z pociągu :D
Reszta trasy minęła nam bez większych ekscesów :)
Mój 9-letni brat oświadczył mi dzisiaj, że będzie uczył naszego psa. Myślałam jednak, że chodzi o sztuczki i tak dalej. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do ogrodu, a tam brat siedzi z książką od matematyki i uczy psa dodawania :D
Dodaj anonimowe wyznanie