Ostatnio zauroczyła mnie pewna dziewczyna, pracownica cukierni. Wyobrażałem sobie, jak leżymy razem na kanapie i mówię jej na ucho "jesteś słodsza od produktów, które sprzedajesz". Taki ze mnie Don Juan el Romantico. Chcąc spełnić swoje wyobrażenie, udałem się przedwczoraj do wspomnianej wcześniej cukierni. Niby nic, całkowicie niewinny zamiar kupna czegoś do przegryzienia, ale wiedziałem, że jak tylko zarzucę moją blond grzywą, to będziemy mogli wybierać imiona dla naszych dzieci.
Podszedłem do lady i rzuciłem "Poproszę kawałek ciasta czekoladowego, jogurtowego i kilka babeczek". Anioł mój zapytał "Z polewą czy bez". Zaśmiałem się męsko i odpowiedziałem "Z polewą oczywiście. Wie pani, czasem lubię sobie coś liznąć".
Jej spojrzenie momentalnie mnie obudziło, w ciągu kilku sekund zdałem sobie sprawę, co ja żem uczynił. Próbowałem to jakoś odkręcić "Niech mnie pani źle nie zrozumie. Nie jestem żadnym zboczeńcem, po prostu lubię babeczki. Oczywiście takie... ymm... wypieki. Babeczki, w sensie kobiety, też lubię, ale nie mówię na nie babeczki, bo to nieeleganckie. Może nie wyglądam teraz elegancko, ale naprawdę (tu głos mi się załamał) ubiór nie świadczy, że mam jakieś brudne myśli... Tak, proszę, 30.90, reszty nie trzeba. Do widzenia".
Jakby tego było mało, wychodząc zaczepiłem koszulą o klamkę i wdepnąłem w psie gówno.
Wyznanie piszę z bunkra, wyślijcie info, jakby zaczęła się wojna. E-mail: mojezycietoje.anykoszmar666@ja.prd
Kiedy byłam dość wysoko w pierwszej ciąży, cierpiałam na wiele dość przykrych przypadłości fizycznych oraz depresję. Między innymi bezwiednie, że tak powiem "wypuszczały się" gazy. Mój mąż abym psychicznie nie podupadała, kazał mi się tym nie przejmować i obracał takie sytuacje w żarty.
Pewnego dnia byliśmy w dużym sklepie, tzw. supermarkecie. Stoisko AGD, oglądamy coś tam, nieopodal jakiś facio i nagle trzask! Myślałam, że zemdleję ze wstydu.
Facio gapi się z niedowierzaniem, a mój mąż chwycił mnie mocno za rękę i spojrzał na gościa z takim obrzydzeniem, że ten zrobił się czerwony, jak gdyby dał się przekonać, że sam zatruł powietrze.
Moja żona jest nauczycielką, ja pracuję w korporacji IT.
Jakiś czas temu nasza córka poszła do pierwszej klasy (dziś jest w II klasie liceum). Na jednej z lekcji pani pyta dzieci po kolei, czym zajmują się rodzice. Przychodzi kolej na córkę:
- Mamusia uczy w szkole, a tatuś zarabia pieniądze.
Nauczycielka powiedziała nam potem, że w pokoju nauczycielskim była największa beka w jej karierze (ponad 20 lat pracy jako nauczycielka).
Będąc na studiach miałam wypadek samochodowy (byłam pasażerem), w wyniku którego zapadłam w śpiączkę. Istotne w tej całej historii jest to, że trzy lata wcześniej również w wypadku zginęli moi rodzice, rodzeństwa ani dziadków też żadnych nie mam. Wiadomo, jest inna rodzina, ciotki, wujkowie itp, ale to już nie to samo. Ogólnie po wypadku rodziców zaczęłam swoje życie w innym mieście z dala od rodziny. Ale nie o tym to wyznanie.
W wypadku, w którym doznałam tak licznych obrażeń, brali udział również moi znajomi ze studiów, którym nic aż tak poważnego się nie stało. Były to jedyne osoby wiedzące o moim stanie. Wśród nich była jedna dziewczyna, która uratowała mi życie. Nazwijmy ją Monika.
Kiedy mój stan był niemalże tragiczny, ona podała się jako moja siostra (byłyśmy do siebie nawet odrobinę podobne), więc to ona była na bieżąco informowana o moim aktualnym stanie. To ona spędzała całe dnie przy moim łóżku, ona jako nieliczna z moich znajomych wierzyła, że uda mi się z tego wyjść. Monika była u mnie codziennie, ćwiczyła moje mięśnie, czytała mi notatki z zajęć, rozmawiała ze mną, o ile można to tak nazwać. Mówiła o swoich problemach, opowiadała co dzieje się na uczelni, codziennie dawała mi olbrzymią dawkę pozytywnej energii. Skąd to wiem? Bo wszystko słyszałam, rozumiałam, czułam każdy jej dotyk, ale w żaden cholerny sposób nie mogłam dać jej znać, że czuję i słyszę. Okropne uczucie. Ona wierzyła we mnie, a ja wiedziałam, że muszę się obudzić dla niej, żeby się jej za wszystko odwdzięczyć. W śpiączce byłam ok. 3 miesiące i przez ten cały czas dzień w dzień była u mnie Monika.
Do czasu. Któregoś dnia się nie pojawiła. Mijał jeden, drugi, trzeci dzień, a jej nie było. I wtedy zdarzył się cud. Po prawe 3 miesiącach obudziłam się. Nie wiem jak to się stało, być może chęć udowodnienia jej i zarazem odwdzięczenia się była tak silna, że to właśnie sprawiło, że wróciłam. Nie da się dokładnie opisać tego co czułam w trakcie śpiączki, ale również nie da się opisać tego, co czuła Monika jak się obudziłam. Zawdzięczam jej życie i zawsze będę o tym pamiętać. Nie mam biologicznego rodzeństwa, ale mam siostrę. Mam siostrę, jakiej nigdy nie mogłabym sobie nawet wymarzyć. Dzięki pracy, którą we mnie włożyła mogę teraz pisać to wyznanie i normalnie żyć. Wiem, że wskoczę za nią w ogień.
Tym razem nie będzie puenty, po prostu chciałam pochwalić się, ile miałam szczęścia w nieszczęściu i na jaką wyjątkową osobę w życiu trafiłam.
Teściowa opowiadała sytuację z tramwaju z lat 60. ub. wieku. Wtedy nie było jeszcze blokowisk, ludzie mieszkali głównie w starych budynkach, z reguły ze wspólną toaletą gdzieś na korytarzu. Nie zawsze biegło się za potrzebą np. na drugie piętro, mieszkając na parterze, dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn z "miękkimi" potrzebami.
Teściowa jechała tramwajem. Wtedy w tramwaju było znacznie mniej miejsc siedzących. Weszła rodzina z chłopcem ok. 10 lat. Chłopiec od razu usiadł. Ojciec do niego:
- Tyle razy ci mówiłem, że nie masz siadać w tramwaju, a ty znowu siadłeś.
Na co chłopiec powiedział:
- Mama ci tyle razy mówi, że nie masz sikać do zlewu, a sikasz.
Wysiedli na najbliższym przystanku.
Nie mam ręki. Fajny wstęp, prawda?
Historia ubytku jest krótka: tata jest stolarzem, a mi za dzieciaka zachciało się przyszpanować przed starszym bratem, że kto to ja nie jestem. Piła tarczowa wjechała w moją dłoń jak nóż w masło, prawiczek w pierwszą dziewczynę, Hanka w kartony i jeszcze masa innych porównań. W wieku 8 lat zostałem postrachem szkoły, wielu za plecami nazywało mnie Kapitanem Hakiem. Gorsze od widoku kikuta było ponowne uczenie się pisania drugą ręką.
Jakoś się z tym żyło przez lata, jednych to przerażało, innych obrzydzało, niektórzy robili festiwale czarnego humoru albo po prostu nie zwracali uwagi. Czasami nauczyciele prosili mnie, żebym przyszedł na lekcje do dzieciaków i poopowiadał o bezpieczeństwie. Były protezy i masa wydanych na to pieniędzy, dlatego też gdy zostałem zaproszony na parapetówkę u kumpla, mojej sztucznej ręki nie wziąłem. Czytałem kilka razy jak to ktoś po mocno zakrapianej imprezie budził się przytulony do protezy nogi. Nie ma głupich, musiałbym wszystkie organy sprzedać, gdybym ją zgubił.
Alkohol lał się strumieniami, ludzie wymyślali coraz to dziwniejsze drinki i mieszanki. Można uważać to za głupie i niedojrzałe, ale byłem po ciężkim czasie w pracy i potrzebowałem rozluźnienia, toteż szybko urwał mi się film. Bywa. Nagle obudził mnie siarczysty policzek. Ktoś nie szczędził sił, żeby mnie obudzić. Otworzyłem oczy i ujrzałem krąg nieznajomych ludzi-zombie z wytrzeszczonymi gałami. Jedna dziewczyna powiedziała, że biorą mnie na pogotowie. Ja w szoku, co mi się stało, że do szpitala muszę jechać, nic nie mogłem z siebie wydusić, ledwo wstałem i zamroczony pozwoliłem im się prowadzić do drzwi. Drogę zastawił mi właśnie kumpel. Padł na kolana i zaczął drzeć japę:
- Matkoo, stary! Jak ja cię przepraszam! Wybacz mi, błagam! Ja... ja wiedziałem, że żonglowanie nożami to chu*owy pomysł, ale nie, że ci rękę uje*ie.
Mój najlepszy przyjaciel był tak narąbany (prawdopodobnie nie tylko wódką), że zapomniał o braku ręki. I nie, nie żonglował już nożami, chciał, ale mu je zabrali.
Jedno jest pewne. Ani on, ani ja nie powinniśmy już pić.
Ostatnio gdy jechałam busem, byłam świadkiem takiej sytuacji. Kobieta w ciąży siedziała sobie (wszystkie miejsca zajęte) kiedy weszła Starsza Pani. Chciała, żeby ciężarna ustąpiła jej miejsca.
SP: Ciąża to nie choroba.
K: Starość też nie.
Mam wrażenie, że pandemia wyciąga z ludzi wszystko co najgorsze.
W październiku i mnie dopadła tzw. Wuhanka, gorączka, osłabienie, stępiony węch i smak. I nagle okazało się, że ludzie traktują mnie i moją rodzinę jak trędowatych. Moi rodzice, którzy nie mieli ze mną kontaktu i nie trafili w kwarantannę, byli wielkimi łukiem omijani przez sąsiadów i część znajomych. Dodatkowo rozpoczęła się wielka wymiana plotek i innych bajkowych historii na mój temat. Szczytem szczytów było, gdy moja znajoma zadzwoniła do mojej mamy z pytaniem, czy to prawda, że ledwo dycham pod respiratorem i raczej z tego nie wyjdę (sic!).
Chcąc zdementować taka piękna plotkę, odezwałam się do owej znajomej informując, że przechodzę izolację w domu i z dnia na dzień odzyskuję siły. Poza odpisaniem mi zdawkowego "aha", żadnej innej interakcji nie uświadczyłam. Jeszcze pół roku wcześniej byłyśmy ze sobą blisko, więc byłam zawiedziona takim obrotem sprawy, ale jednak stwierdziłam, że równie dobrze w tym czasie mogła mieć swoje problemy, którymi nie chciała się dzielić.
Kilka tygodni temu ta sama koleżanka miała urodziny i wysłałam jej SMS-a z życzeniami, który pozostał bez odpowiedzi. Pomyślałam trudno i zaczęłam żyć dalej. Tego samego wieczoru na twarzoksiążce solenizantka dodała post, że znajduje się w szpitalu z powodu Covid-19 i dziękuje wszystkim za życzenia. Nie powiem, współczułam, jednak stwierdziłam, że odezwę się za kilka dni, bo zapewne po takim poście zrobi się u niej wielki ruch SMS-owy, telefoniczny i messengerowy.
Po dwóch dniach piszę, co u niej, pytam jak się trzyma i czy czegoś nie potrzebuje. Odpowiedź wbija mnie w fotel.
Odpisuje, że się na mnie zawiodła, że weryfikuje znajomych, że tyle ludzi zrobiło ją w wała.
Zdumiona dopytuję, o co chodzi.
Okazuje się, że ona wręcz wymagała ode mnie biegania do niej z zakupami i codziennego pytania o to jak się czuje, bo przecież covid jest taki straszny!
Po naszej wymianie wiadomości wrzuciła posta na fb, jak to zweryfikuje znajomych, bo są straszni.
Serio? Może ktoś też jest chory, może komuś ktoś zmarł, może ktoś czeka na wynik biopsji, może ktoś zwyczajnie ma gorszy nastrój, może ktoś sam był w takiej sytuacji i nie doczekał się od niej zainteresowania?
Naprawdę mam wrażenie, że covid wyciąga potwory z szafy.
Kiedy miałam jakieś 10 lat, mój ojciec alkoholik wymyślił głupi żart. Policja nazwała to żartem makabrycznym. Mianowicie położył się w kuchni na podłodze, z jego klatki piersiowej płynęła krew, obok leżał zakrwawiony nóż i list pożegnalny, który zauważyłyśmy dużo później.
Grałam z siostrą na komputerze, on zaczął nas wołać, że umiera i żeby zawołać mamę, która była w pracy (często tak krzyczał jak dużo wypił, więc nie zwracałyśmy uwagi). W końcu do niego poszłam, żeby się odczepił.
Wiadomo, zaczęłam krzyczeć, płakać. Starsza siostra zadzwoniła po mamę i karetkę. Przyjechała policja.
Okazało się, że to była krew zabitej świni.
W psychice ten widok pozostanie na zawsze.
Kilka lat później ojciec umarł. Zapił się. Różnie mnie ocenicie, ale to była dla mnie dobra wiadomość. Koniec piekła.
Jak to rodzina, na pogrzebie siedziałam za trumną. Przez całą uroczystość płakałam. Nie, nie było mi smutno. Zanosiłam się szlochem, bo cały czas myślałam, że wyjdzie z trumny i powie "żartowałem". Jak kiedyś.
Miałem kiedyś nauczyciela od informatyki, który jak miał zły dzień, to uwielbiał się wyżywać na uczniach. I tak się złożyło, że akurat miał taki dzień, a ja się spóźniłem na lekcję, i to jeszcze po tygodniowej nieobecności z powodu choroby, więc automatycznie zostałem workiem treningowym. Najpierw na mnie pokrzyczał, że się spóźniłem (przeprosiłem za spóźnienie, ale to nic nie dało), kiedy skończył zapytałem co robimy, bo klasa kontynuuje to co robili ostatnio, a ja nie wiem co, to się na mnie wydarł, że powinienem zeszyt uzupełnić i on mi teraz nie powie. Pokazałem mu idealnie uzupełniony zeszyt, to spojrzał na mnie z nienawiścią w oczach, ale dalej nie uznał za stosowne powiedzieć co robimy. Zapytałem kolegi na stanowisku obok, ten zaczął mi tłumaczyć i oczywiście wtrącił się nauczyciel, wywiązał się taki oto dialog:
- Maciek (imię kolegi, zmienione), przestań tłumaczyć koledze zadanie, to nie twoja rola.
- Faktycznie, to nie jego rola, ale skoro pan nie potrafi wywiązać się ze swoich obowiązków, to widać musi pana zastąpić.
- Ty gówniarzu, jak śmiesz! Gówno wiesz o życiu! (i tak dalej).
Ja się grzecznie spakowałem, bo stwierdziłem, że nie będę słuchał jak się na mnie wyżywa, przechodzę obok biurka, ten łapie mnie za rękę, że nigdzie nie pójdę i dalej się drze. Spokojnie poprosiłem go, aby mnie puścił, ale ten dalej się darł i mnie trzymał. Miał pecha, od podstawówki trenuję judo, więc tę łapę mu wykręciłem prostą dźwignią. Najpierw zszokowany się zamknął, potem znowu zaczął się drzeć, że jak mnie rodzice wychowali, że jestem bękartem i takie tam.
Wyszedłem z sali (która od momentu, w którym mu odpysknąłem siedziała cicho, w pełnym napięciu obserwując całą sytuację). Poszedłem do wychowawczyni, ta zadzwoniła do rodziców, oczywiście wszyscy uznali, że to moja wina i na mnie zaczęli krzyczeć, ojciec przyjechał do szkoły i poszedł do nauczyciela od informatyki.
Tutaj muszę dodać, że mój ojciec jest naprawdę spokojnym człowiekiem, w ciągu całego życia widziałem go wkurzonego może ze 2 czy 3 razy. Od nauczyciela od informatyki wyszedł tak wkurzony jak nigdy, i o dziwo wkurzony był na nauczyciela od informatyki.
Poszedł z tym do dyrektorki, zażądał wezwania rzecznika dyscyplinarnego dla nauczycieli. I się zaczęła jazda bez trzymanki. Przyjechał rzecznik z policją, przesłuchiwali mnie, nauczyciela (który oczywiście powiedział, że on nic nie zrobił i ja go zaatakowałem bez powodu), całą klasę, na koniec obejrzeli nagrania z kamer z klasy (laboratorium informatyki miało kamery, żeby nikt sprzętu nie ukradł, o czym nauczyciel zapomniał chyba).
Skończyło się na tym, że nauczyciel został dyscyplinarnie zwolniony, dostał zakaz pracy nauczyciela, wszyscy nauczyciele uważali już na mnie, a wszystko dlatego, że nie chciał mi powiedzieć co robimy na lekcji...
Dodaj anonimowe wyznanie