Znajoma poprosiła mnie, abym zaopiekowała się jej kotem przez czas, który ona musi spędzić w szpitalu, bo będzie mieć jakąś operację, więc futrzak był u mnie w domu. Okazało się, że mam mocne uczulenie na sierść kocią i cały czas chodziłam z zatkanym nosem, ale kot nie miał gdzie się podziać, więc został.
Jakiś czas temu robiłam ciastka na imprezę urodzinową mojej młodszej siostry. Stwierdziłam, że dodam całkiem soku wiśniowego do lukru, aby zrobił się czerwony, więc dodałam sporo soku, aby kolor był wyrazisty. Ozdobiłam ciastka i dałam pięcioletniej siostrze oraz jej dwóm koleżankom ciastka w kształcie kwiatków. Sama siedziałam w salonie, mając widok na bawiące się w pokoju siostry dzieci, a w międzyczasie przewinął się tata, zgarniając dzieciom parę ciastek. Odmówiłam słodkości tłumacząc się dietą, więc mąż zjadł ciastka i nagle słyszę coś takiego.
- Kurna, czego dodałaś do tego lukru?
- Soku wiśniowego...
- Ale my nie mamy w domu soku wiśniowego... - powiedział tata, a ja chcąc udowodnić swoją rację poszłam do kuchni i przyniosłam z lodówki resztki soku w słoiku. Tata zrobił przerażone minę i natychmiastowo zabrał dzieciom (na szczęście jeszcze niezjedzone) ciastka.
Okazało się, że przez zatkany nos nie wyczułam 50% spirytusu w robiącej się wiśniówce. Siostra roku, ale na szczęście młode nie tknęły ciastek. Nikt poza moim tatą o tym nie wie, matki przyjaciółek siostry też nie dowiedziały się o tym. To taka moja tajemnica z ojcem, bo nawet mamie o tym nie powiedzieliśmy.
Jestem niewidoma. Wszystko, co chcę wyznać, to:
nie wpadajcie w zakłopotanie używając zwrotów typu "do widzenia" czy "do zobaczenia". Naprawdę. To normalne zwroty. Nie wydziwiajcie. Nie urazicie nimi człowieka, który nie widzi. Proszę o to w imieniu wszystkich niewidomych ludzi. Luzik, moi drodzy!
Mieszkałam sobie na takim klasycznym, osiedlu bloków z wielkiej płyty, na pierwszym piętrze. Wiecie, wszystkie dzieciaki od rana do nocy śmigają razem po podwórku, krzyczą piszczą i bawią się razem. Ja mając jakieś 7 lat, oczywiście też chciałam być dorosła, a nie wychodzić tylko z mamą.
Nadszedł wielki dzień kiedy to i ja miałam wyjść z kolegami, bez rodziców. Oczywiście przed wyjściem dwie najważniejsze rzeczy: masz być w domu o 18, a jakbyś coś chciała, to krzycz przez okno. Lato jakie w Polsce jest każdy wie - cały dzień piękne słońce i upał, po czym niebo zachodzi czarną chmurą i zaczyna lać. Tak też było wtedy, godzina powiedzmy około 16, po pięknej pogodzie zostaje ściana deszczu. Wszystkie dzieciaki uciekają, a ja niczym niestrudzona bawię się jeszcze sama. Szybko przemokłam, więc truchtam pod okna i krzyczę na cały regulator:
- Maaaamo, maaamo, mamuuusiu! - mama pojawia się w oknie. - Mamusiu, mogę już wrócić do domu? Kazałaś mi być o 18, jest dopiero 16, ale mi jest już zimno i zmokłam...
Wyobraźcie sobie, jak potem patrzyły się na moją biedną mamcię wszystkie te babcie monitorujące osiedle...
Za ciężkie pieniądze, które odkładałem przez ostatni rok, kupiłem sobie nowy telefon. Jeden z tych z górnej półki. Przez tydzień nie nosiłem go przy sobie, bo czekałem, aż dotrze do mnie przesyłka ze specjalnym, „pancernym” etui, które to miało zabezpieczyć mój nabytek przed upadkami, rysami, trzęsieniem ziemi i niespodziewanym uderzeniem meteorytu.
Dziś, po tygodniu korzystania z nowego nabytku, postanowiłem na moment wyjąć telefon z obudowy, żeby go przetrzeć szmatką. Podczas tej prostej operacji smartfon wyleciał mi z rąk i uderzył o mięciutki dywan. Nie mam pojęcia, czy w tym momencie nastąpiło nagłe zwiększenie grawitacji, czy też może kąt z jakim urządzenie zetknęło się ziemią wpłynął na bardzo niekorzystne rozłożenie się wektorów sił wewnątrz mojego gadżetu, ale w rezultacie tego upadku cały wyświetlacz jest pęknięty, a tylna ścianka telefonu wygląda, jakby ją czołg przejechał.
Jak ktoś ma pecha, to w drewnianym kościele cegła mu na łeb spadnie...
Maciek (imię zmienione), szczęśliwy mąż i ojciec.
Niestety jego żona zostawia go dla innego i zabiera mu synka. Maciek nie wie co ma ze sobą zrobić. Do akcji wkracza jego mama, dzwoniąc do siostry Maćka:
- Hej, no wiesz o Maćku? Biedny chłopak... Tak pomyślałam, może oddacie mu waszego synka, w końcu jest chrzestnym, będzie dla niego jak ojciec, a wy zawsze możecie mieć drugie dziecko, przynajmniej Maciek nie będzie samotny...
Brak komentarza.
Dziś poznałam Krzyśka - najpiękniejszego i najinteligentniejszego faceta pod słońcem. Ma w sobie wszystko to, czego nie miał żaden chłopak, z którym się spotykałam. Niestety nie mam u niego żadnych szans i wiem, że nawet gdybym wylaszczyła się do granic możliwości, on nawet odrobinę się mną nie zainteresuje. Powód? Krzysiek jest chłopakiem mojego brata.
Sytuacja miała miejsce ponad 20 lat temu, gdy byłem w III klasie podstawówki. Mój kolega dostał od rodziców małego owczarka niemieckiego i przychodził z nim po szkole codziennie na nasze wiejskie boisko, gdzie spędzaliśmy większość czasu. Wszyscy mu zazdrościliśmy i każdy z nas chciał mieć własnego szczeniaka. Moi rodzice powiedzieli mi, że gdy tylko we wsi będą jakieś szczenięta w którymś gospodarstwie, to jeżeli dogadam się z właścicielem, to pozwolą mi jednego wziąć.
Na następny dzień w szkole zacząłem pytać każdego kolegę/koleżankę, czy nie słyszeli o kimś, kto miałby na oddanie szczeniaka. Jedna z moich koleżanek powiedziała, że ma 3 szczenięta do oddania i że może to zrobić zaraz po szkole pod warunkiem, że oddam jej w zamian mój długopis-koalę. Miałem taki długopis od wujka, który dawno temu wyemigrował do USA i kiedyś przysłał mi go z kartką z wycieczki do Australii. Zazdrościli mi go wszyscy w klasie. Długopis imitował pień eukaliptusa i miał na końcu taką małą, plastikową figurkę koali, którą można było odczepić. Z żalem, ale zgodziłem się na transakcję. Porwała długopis i powiedziała, żebym po lekcjach zaczekał na nią na boisku. Jako że wiadomość o 3 szczeniakach okazała się sensacją, na boisko po szkole udała się ze mną cała klasa.
Po jakichś 20 minutach gorączkowego wyczekiwania na drodze, pojawiła się moja koleżanka z koszykiem. Podbiegła do nas, rozejrzała się wokół i z miną królewny uniosła szmatkę zakrywającą koszyk. "Łoaaaaaa" - rozległy się głosy zachwytu dzieciarni. W koszyku znajdowały się 3... zwierzątka. Coś mi nie pasowało. Wziąłem jednego szczeniaka do rąk. "Hmm, on jest trochę... dziwny. Czemu ma tak mały ogon? I takie dziwne łapki?" - zapytałem.
"Bo to jest malutki piesek, głupku, wszystkie małe pieski takie są, gdy są bardzo młode! On ma dopiero parę dni!" - odpowiedziała.
"A on może już coś jeść poza mlekiem? Trochę dziwnie wygląda, to kundelek?"
"Na razie nie je mięsa, przecież mówię, że jest malutki! To owczarek szkocki, jak Lassie!"
Gdy usłyszałem, że stałem się posiadaczem owczarka szkockiego, wszelkie moje wątpliwości zostały rozwiane. Włożyłem ostrożnie szczeniaka do kieszeni i popędziłem w stronę domu. Pozostałe 2 owczarki też się rozeszły, bo gdy klasa zobaczyła, że dobiłem targu, to wszyscy też zechcieli mieć swoją wersję Lassie. Wbiegając do domu ogłosiłem wszem i wobec, że zdobyłem szczeniaka.
Z kuchni wyszła moja mama i uśmiechając się powiedziała, żebym go jej pokazał. Z dumą podsunąłem jej szczeniaka pod nos i ogłosiłem "to owczarek szkocki". Mama zrobiła wielkie oczy i zaczęła się histerycznie śmiać, trzymając się ściany. Serce mi zamarło.
- Głuptasie, to świnka morska!
Mam obsesję na temat idealności przedmiotów. Kubek w sklepie potrafię wybierać pół godziny, sprawdzając kilkanaście sztuk, czy nie ma jakichś uszkodzeń - rys, grudek w szkliwie itp.
Jeśli przedmioty nie były drogie, a uległy drobnemu uszkodzeniu, zdarzało się wyrzucenie ich.
Odczuwam dyskomfort na myśl o tym, że moja butelka z filtrem ma drobne wgniecenie, a termos ryskę. To nie przeszkadza w użytkowaniu przedmiotów, ale ja WIEM, że ta niedoskonałość gdzieś tam jest i drapie mnie mentalnie w mózg.
Kilka tygodni temu poszłam z chłopakiem do pobliskiego parku, usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy rozmawiać i niespodziewanie rozmowa ta zmieniła się w awanturę... No cóż i tak czasami bywa, ja zostałam na ławce ze łzami w oczach, a on sobie poszedł...
Po jakiś pięciu minutach podszedł do mnie starszy pan, prawdopodobnie bezdomny i poprosił o 5 zł mówiąc, że kupi sobie tylko chleb, bo jest bardzo głodny, siedziałam zdenerwowana i zasmucona, ale mimo wszystko wyjęłam portfel i dałam owemu panu 5 zł, nieznajomy wziął, szepcząc "dziękuję" i poszedł do pobliskiego sklepu.
Po kilku minutach wrócił z chlebem, usiadł obok mnie, z kieszeni wyciągnął czekoladę i resztę, która mu została, byłam w ogromnym szoku....
Pan Darek, bo tak się nazywał, otworzył czekoladę i powiedział "Słuchaj, ten chłopak nie jest ciebie wart, jesteś dobrą dziewczyną - nawet nie wiesz jak bardzo mi pomogłaś, dając pieniądze na jedzenie... Masz, częstuj się czekoladą". Z uśmiechem na twarzy powiedział mi coś jeszcze, a mianowicie, iż nikt nie ma prawa na mnie krzyczeć, sprawiać mi bólu, załamania, rozczarowania, bo żaden mężczyzna nie jest wart moich łez. "Pamiętaj, że ta prawdziwa miłość przychodzi tylko raz w życiu i prawdopodobnie nie odchodzi nigdy, a zaczyna się wtedy gdy szczęście tej drugiej osoby staje się ważniejsze niż twoje oraz wtedy, gdy jesteśmy wstanie rzucić wszystko w każdej chwili, po to by być razem, a ten chłopak nie przejmował się widokiem twoich łez".
Siedziałam i patrzyłam na tego faceta jak na kosmitę - dosłownie. Po długiej chwili wyszeptałam, "nie, dziękuję, jestem na diecie", pan Darek uśmiechnął się i powiedział "rozumiem", schował czekoladę do kieszeni. Jeszcze przez pół godziny dotrzymywał mi towarzystwa, rozmawiając ze mną na temat życia i miłości. Odchodząc dodał, że prawdziwa miłość nie jest łatwa, ale trzeba o nią walczyć, bo raz znalezionej nie da się zastąpić żadną inną.
Kilka dni później również spotkałam pana Darka, zaprosiłam go kawę i obiad, a jak się okazało pan Darek ma syna, który choruje na białaczkę, ale w początkowym stadium zaawansowania. Dowiedziałam się również, że miał mieszkanie, żonę, która zostawiła go z chorym dzieckiem, a także pracę, którą stracił po tym, jak sprzedał mieszkanie, tym samym lądując na ulicy, wszystko co miał stracił, chcąc pomóc synkowi, który jak się okazało, nie jest jego biologicznym dzieckiem... Zrobiło mi się go żal, mimo tego co przeszedł wciąż walczył, ponieważ miał dla kogo.
Teraz mam nowego przyjaciela i współlokatora w jednym. Dzięki panu Darkowi zrozumiałam co jest w życiu najważniejsze. Codziennie powtarza słowa - "Byłem kim byłem, jestem kim jestem, stanę się kim zechcę"...
Opowiem wam dzisiaj historię, jak to mój kochany tatuś uratował związek parze nastolatków :D
Mieszkamy w małej wsi, jak to na wsiach bywa jest również świetlica wiejska, w której dzieci mogą się bawić, ale również wyprawiane są różne imprezy np. na sylwestra, urodziny, zabawy andrzejkowe.
Przechodząc do sedna. Tego dnia wyprawiane były urodziny (bodajże 18) w owej świetlicy; alko i te sprawy to podstawa. Na urodziny zaproszona była para (dajmy na to Kasia i Tomek) i jak to młodzi - trochę popili i po alko nie zawsze łatwo się dogadać.
Była około 2 w nocy, impreza trwa w najlepsze, ja siedzę w domu i oglądam film. Taki nocny marek ze mnie ;) Nagle słyszę jakieś krzyki przed domem, ktoś się kłóci. Wyglądam przez okno, a tam owa para stoi na drodze i wydziera się na pół wsi. Oczywiście obudzili moich rodziców. Tata lekko podirytowany wyszedł na dwór (ja podreptałam za nim), schował się za krzakami i czeka. Para kłóci się w najlepsze, lecą najgorsze wyzwiska, mowa o zdradzie, no po prostu niczego nie brakowało. W dodatku nieźle wstawieni. Tomek już nie wytrzymał, powiedział ostatnie słowa, obrócił się plecami i odmaszerował. Kasia została na środku ulicy i zaczęła płakać.
Chłopak szedł już koło naszego domu i wtem tatuś się odezwał: "Nie bądź głupi, zawróć". I nagle Tomek stanął jak wryty. Spojrzał w niebo, otworzył ramiona niczym ksiądz i powiedział "Dzięki Ci". Chyba myślał, że to Bóg do niego przemówił, no ale pomogło :D Tomek jak petarda wrócił do swojej dziewczyny, zaczął przepraszać, no i jak to para słodkich gołąbeczków dali sobie buziaka, pogodzili się i wrócili na imprezę.
I tak oto mój tata stał się bohaterem tego pamiętnego wieczoru i nie dopuścił do rozstania obcych mu ludzi :)
Dodaj anonimowe wyznanie