Od ponad dwóch lat spokojnie żyje sobie na obrzeżach Warszawy, gdzie mam w pobliżu tylko jeden sklep. Codziennie robię w nim zakupy i jak na mały osiedlowy sklepik pracuje tam aż 7 typowych Grażyn.
Naturalnie parę razy w miesiącu słyszę "mogę być winna grosika?", "oj… a nie ma Pan drobniej?". Chyba nikogo to nie dziwi. Przyszedł koniec miesiąca i nie oszukuję, że głód trochę mnie przycisnął jak na studenta przystało. Obszukałem całe mieszkanie… Pod łóżkiem, fotelami, każda szafka itp. Aż uzbierałem 14zł w drobnych 1gr/2gr/5gr i 10gr. Wszystko zrulowałem foliowym papierem spożywczym, wyszły ładne 4 bilony, które podpisałem flamastrem, ile i jakich monet można się tam spodziewać. Pomyślałem, że zrobię dla Pań miły gest, bo zawsze mają problem z drobnymi.
Nope! Wszystkie mnie wyśmiały i powiedziały, że takie rzeczy się wymienia w banku, po co im tyle drobnych i w dodatku nie mają zamiaru teraz tego liczyć, bo im ruch będę hamował (w sklepie byłem jedynym klientem). No cóż, jeden dzień bez jedzenia idzie wyżyć.
Następnego dnia gdy dostałem wypłatę, wybrałem się do tego samego sklepiku, aby kupić coś na śniadanie. Przy kasie nie zdziwiło mnie gdy usłyszałem:
- Mogę być winna...
Jestem Anon mam 27 lat miałem do niedawna piękną dziewczynę na potrzebę historii nazwijmy ją Klara.
Z Klarą byliśmy 6 lat w związku mamy dwójkę cudownych dzieci, 4-letnią dziewczynkę oraz prawie rocznego synka, w naszym związku były chwilem cudowne jak i te złe. Myślałem że skoro z Klarą mamy 2 dzieci to ona nigdy nie odejdzie będziemy razem na zawsze myślałem że nie muszę się już nią zajmować, przestałem zwracać na nią uwagę okazywać jej jakiekolwiek uczucia ogólnie się starać.No przyszedł dzień że Klara się wyprowadziła i wtedy dopiero zrozumiałem co straciłem, ile bym dał aby cofnąć czas żeby ukochana do mnie wróciła lecz nie mogę.
Chce aby tą krótką historia była przestrogą Dla Was Panowie, uczcie się na Moim błędzie. Jeśli macie ukochana przy Sobie nie olewajcie jej, bo jak ją stracicie to możecie już nie być wstanie jej odzyskać.
Właśnie wracam pełna szoku z pewnego szpitala.
Mój dziadek od pewnego czasu choruje na raka płuc. Co jakiś czas jeździmy z nim na rutynowe badania, żeby kontrolować przebieg choroby. Wczoraj przy badaniu okazało się, że pilnie musi zostać przetransportowany do większego miasta na zabieg, którego w naszym małym szpitalu nie mogą wykonać. Nikt z nas nie był na to przygotowany, więc jak siedział, tak pojechał - bez leków, pidżamy czy bielizny na przebranie.
Dzisiaj z babcią całkiem z rana wsiadłam oczywiście w pociąg, jechałyśmy około 100 km, żeby wszystko zawieźć i zobaczyć jak dziadek się czuje. Kiedy w końcu trafiłyśmy na oddział (oczywiście same musiałyśmy to ogarnąć, ponieważ nikt nie był chętny do pomocy), okazało się, że wizyty są od 15:00, była 11. Myślę sobie, poproszę pielęgniarkę, może się zgodzi wpuścić nas na chwilę, ze względu na odbytą podróż i to, że pacjent nie ma przy sobie nic oprócz tego co miał ubrane. Oddelegowana do oddziałowej grzecznie pytam, czy możemy wejść, bo podróż, bo to, tamto, że nie mogę czekać do 15, bo o 17 muszę być w domu. Zrugała mnie jak psa, że skoro musimy, to mamy minutę żeby wejść i wyjść. Przemilczałam. Ale kiedy weszłam i ujrzałam, nie uwierzyłam. Co się zobaczyło, już się nie odzobaczy.
Dziadek leżał po zabiegu, nie miał na sobie nawet bielizny i krył się pod kołdrą, mimo że wręcz topił się z gorąca, zabrały wszystko, obok stała tzw. "kaczka" przepełniona po brzegi, nie mógł nawet się załatwić. Ale to nic, kiedy prosił ze łzami w oczach, żebyśmy mogły zostać chociaż na 10 minut, usłyszałam "Nie obchodzi mnie to. Mówię od 15, a ten tu dyskutuje". Wybuchłam. Nie chciałam tego robić, ale musiałam. Po prostu nie życzę sobie takiego traktowania. Słyszał to chyba cały oddział, czego żałuję, bo szkoda było mi pacjentów, że zakłócam im spokój, a także babci, która z nerwów nie wiedziała co zrobić. Ale w tamtym momencie wpadłam w szał. Ubrałam dziadkowi bieliznę, za co także zostałam zrugana, wylałam zawartość "kaczki" i zostawiłam telefon, żeby zadzwonił do mnie jak będzie się coś działo. Nie został od wczoraj nawet umyty...
Niestety po 10 minutach walki zostałyśmy wyproszone, delikatnie mówiąc. Z nerwów się popłakałam, bo żaden pacjent nie zasługuje na takie traktowanie, a wszystko wystarczyło załatwić innym tonem i spokojnie. Obyłoby się bez zbędnych krzyków. Musiałam wyjść, widząc przerażenie w jego oczach, że musi tam zostać. Babcia czeka dalej pod drzwiami, obiecała, że przyjdzie na wizytę.
Jestem w głębokim szoku. Wiem, że dziadek nie wyjdzie z tego, może dlatego tak go traktują, bo "i tak umrze", ale męczyć i tak już umęczonego człowieka, to po prostu nieludzkie. Zero empatii i zrozumienia. Aż serce pęka.
Wielka Akademia Medyczna w Gdańsku pokazała dzisiaj swój poziom. Obym nigdy nie musiała tam wracać.
Mam 24 lata, jestem dość ładną brunetką. Miałam randkę w ciemno, więc odstawiłam się, niestety moja przyszła miłość odwołała spotkanie 10 min przed umówioną godziną, dupek. Wracam do domu zła, widzę (ja byłam zasłonięta) chłopaka ok. 28 lat, niebrzydki, ale nie mój typ. Chłopaka kojarzę z widzenia, rozmawia z dziewczyną - blond, pazurki, solarium i kilka jej psiapsiółek oglądających tę sytuację z wyższością.
- Zerwaliśmy 2 miesiące temu, a ty ciągle o mnie marzysz.
- Mówiłem, że mam dziewczynę...
- Kto by cię chciał! (śmiech)
Widzę, że chłopak ewidentnie kłamie, czerwony na twarzy, próbuje ją wyminąć, a ona dalej leci po nim jaki to on jest cienki, brzydki itp.
W oddali kilku chłopaków rechocze.
Oj, tak to nie będzie - pomyślałam. Pierś do przodu, banan na twarzy, podchodzę do chłopaka z pytaniem:
- Kochanie, długo czekałeś?
- Yyy... nie.
Widzę, że nic nie rozumie, jego była zaraz eksploduje, przyjaciółeczki w rechot, a ja go całuję, łapię pod rękę i odchodzimy. Dopiero po chwili pyta:
- CO?
I tak oto zdobyłam przyjaciela :)
Będę walić prosto z mostu... Nie czuję się ze sobą dobrze, a konkretnie z moim ciałem.
Do 8 roku życia mieszkałam z ojcem alkoholikiem, który bił matkę i znęcał się nad nami psychicznie, aż matka postanowiła od niego uciec po jednym grubszym incydencie.
Gdzie uciekłyśmy? (mam siostrę bliźniaczkę)
A do domu samotnych matek. Nie było tam za ciekawie, ponieważ była tam dziwna hierarchia matek, a polegała na tym, że osoby będące tam dłużej mają tak jakby "władzę" nad innymi, czyli zachowywały się jak zwykłe zwierzęta. Moja matka nie była najlepsza (widzę to dopiero teraz ale nie o tym jest to wyznanie).
Otóż po dwóch latach poznała "najcudowniejszego" nazwijmy go X, który był taki dobry i zabrał nas z tej meliny. Od początku mu nie ufałyśmy, ale jakoś w trakcie postanowiłyśmy z siostrą mu zaufać. Nawet kazał mówić do niego tata i ale nie przeszkadzało nam to. Miałam 10 kiedy po 2 miesiącach zamieszkaliśmy wszyscy w jednym mieszkaniu. Po dwóch dniach złamał piętę w pracy i nie mógł ani pracować oraz poruszał się z trudem, przez co nie mieliśmy nawet na chleb a odkąd pamiętam zawsze byłam typowym biedakiem z patologicznej rodziny. Ale jest w tym jedna dobra rzecz.
Otóż to dało mi i mojej siostrze trochę czasu. Na co? A na to żeby móc przez jeszcze chwilę swojego dzieciństwa nie być molestowanym. Matkę wysłał do pracy do Niemiec żeby mógł wykonywać w tym czasie swoje obrzydliwe plany. Dodatkowo robiłyśmy jako służące i już jako małe dziewczynki (od 10 roku życia) musiałyśmy myśleć o rzeczach o jakich dziecko nie powinno myśleć. I tak przez kolejne 5 lat ciągle to samo, czyli strach o siebie i siostrę w nocy, że znów przyjdzie nas dotykać oraz o to czy znów będzie się na nas darł, że nie nie jest posprzątane a obiad niedobry. Któregoś dnia przed 15 urodzinami znów wywinął swoją jedną z wielu akcji i postanowiłyśmy zadzwonić do matki, która była w tym czasie w Niemczech.
W skróconej wersji wyglądało to tak, że chwilę popłakała a później zamknęła nas w domu bez niczego ( zabrała nam wszystko co mogła wziąć zostawiając nas nawet bez klamek czy żarówek) skończyło się policją i sądem nikt nie uwierzył bo "brak dowodów". Wylądowałyśmy dzięki Bogu w placówce w której poczułyśmy dozę normalności. Dzisiaj mając zaraz 19 lat zostały mi zaburzenia odżywiania przez które raz jestem mega chuda raz z nadwagą oraz bardzo duże zaburzenia osobowości i nie tylko. Co zyskałam? W końcu czuję, że zaczynam żyć z moim ukochanym narzeczonym, który zrobi dla mnie wszystko i nawzajem.
Dążę do tego, że jeżeli jesteście w takiej rodzinie czy innej ale boicie się każdego dnia to bez wahania wyjdźcie zamknijcie drzwi za sobą i pójdźcie szukać pomocy. Jesteście wartościowi i nikt nie ma prawa traktować was przedmiotowo. Mało anonimowe, ale czuję ulgę. PS. Walczcie o swoje życie!
Moi teściowie to zagorzali katolicy. Codziennie modlą się po kilka godzin, bardzo często jeżdżą do kościoła, uczestniczą w jakichś spotkaniach itd. Nigdy za mną nie przepadali, uważali, że mam zgubny wpływ na ich syna, bo nie jestem wierząca. Aktualnie robią mi wymówki, że namówiłam męża tylko na ślub cywilny.
Pamiętam, że jak przyjeżdżałam do niego, jak jeszcze nie byliśmy małżeństwem, to nie mogliśmy razem spać (musiałam być w osobnym pokoju), nawet o niewinnych całusach nie było mowy. Latem nie mogłam przy nich chodzić w szortach, bo uważali, że to bezbożne i dziwkarskie. Moją rodzinę wyzywali od ateistów, mimo że nimi wcale nie są. Słuchanie w radiu i oglądanie w tv innego programu niż Trwam było zakazane. Na wieść o tym, że kupiłam sobie wczoraj nowe buty (bo potrzebowałam na jesień), moja teściowa stwierdziła, że jestem materialistką.
Jako że teście mieszkają w domku jednorodzinnym, mają też psa. Suczkę konkretnie, która często biega samopas po okolicy (wieś, wiadomo jak to jest). Mycha wydała dziś rano na świat szczenięta. Teść stwierdził, że nie ma co z nimi zrobić, nie będzie trzymał w domu tyle psów.
Możecie domyśleć się, co zrobił.
Zdziwił się bardzo, kiedy po południu na podwórze zajechała policja, a pan policjant zaczął czytać mu artykuł o znęcaniu się nad zwierzętami i uśmiercaniu ich.
Czy mi się wydaje, czy wiara równa się z posiadaniem pewnej określonej moralności?
Właśnie dziś specjalnie wstałam o 4 nad ranem, żeby pozbierać ogórki. No cóż zimny poranek. Trzeba się lepiej ubrać, więc wróciłam do domu. I już tak od dwóch godzin siedzę na anonimowych, a ogórki same się nie pozbierają.
Ostatnio odbyły się 95 urodziny mojej prababci. Mimo wieku humor wciąż jej dopisuje, choć zdrowie już nie to. Rodzinę mam od jej strony naprawdę ogromną, bo babcia miała 9 dzieci, 31 wnucząt, nas prawnucząt jest 76 i trójka praprawnuków. Oczywiście cała rodzina nie mogła uczestniczyć w przyjęciu z okazji jej urodzin, bo rozsiani jesteśmy dosłownie po całej Europie, poza tym zwyczajnie byśmy się nie pomieścili. Wpadliśmy więc na pomysł zrobienia jej filmu z życzeniami. Łatwo nie było, ale jakoś daliśmy radę. Dwoje kuzynów jednak z jakichś powodów nie dostarczyło swoich nagrań i po prostu zrobiliśmy to bez nich.
W urodziny babci puściliśmy jej na laptopie zmontowany filmik. Babcia w milczeniu oglądała, a kiedy film się skończył...
- I co, to już? - babcia niezadowolona spojrzała na którąś z ciotek.
Patrzymy na nią w szoku, pytamy co się stało i czy się nie podoba może, na co babcia:
- Podoba czy nie podoba... Ja wiem, że ja dla was to już stara kwoka jestem, ale liczyć jeszcze umiem. I dwóch tu nicponi mi brakuje! Tadeusze, Mariusze czy inne. DWÓCH NIE MA!
Po czym kazała sobie przynieść telefon i obrażona do mojego brata:
- Wykręć no mi ich na tym wihajstrze, już ja tym czortom dam popalić!
Po 47 latach życia nie w Polsce przyjechałam na dłużej. Jest bardzo ciężko żyć w tym kraju.
Przyczyną - ludzie. Dziwni i niestety głupawi.
Zupełnie się NIE STARAJĄ! Brak wiedzy na poczcie, w banku, w urzędach; tylko minimum. Praca i etat to KARA, którą trzeba jakoś przetrwać i odwalić. Nawet jeśli już wiesz coś (bo poprzednio miałeś bitwę na ten temat) z uporem nie przyznają się do błędu i NIE POPRAWIĄ. Wiem teraz dlaczego LEJĄ nas wszyscy i Szwedzi, i Ukraińcy (Wołyń!), i Rosjanie, i Niemcy, Austriacy, Żydzi - a teraz Izrael. Dostajemy w dupę równo od wszystkich i płaczemy setkami lat nad tymi co zginęli. Pytam się
gdzie w tym Narodzie zapobiegliwość, inteligentny pragmatyzm, spryt albo informacje na temat tego co się dzieje na świecie? Lenistwo i pycha, a najgorsze stałe narzekania jacy to są zmęczeni - i na urlop.
Na miesiąc!
A ja widziałam ludzi, którzy brali środki przeciwbólowe żeby móc pracować na 2 pełne etaty. Tak się starali! Szczęście człowieka to PRECYZJA JEGO DZIAŁANIA - jak ci się źle dzieje to znaczy, że źle robisz. Może to ten ciężki klimat, może trzeba więcej dobrej kawy ze 3 dziennie na rozpęd? Boję się, że zjemy unijny tort i popadniemy w następną NICoś.
Wyjeżdżam. Tam nie jest słodko i trzeba bardzo ciężko i starannie pracować. Ale jest lepiej. Nawet jeśli jest tyle samo kretynów, to są dobrze przeszkoleni i wykonują swoją pracę bo inaczej… polecą na pysk.
Żegnaj Kochana Polsko mojego Kochanego Ojca, który spał w pracy na biurku, bo musiał robić ważne raporty dla naszego lotnictwa.
Nie staracie się - nie spodziewajcie się niczego dobrego.
Ex-pat.
Już od czasów podstawówki byłam ładna. Czarne pukle włosów sięgające do pasa, lazurowe oczy. Wiecie, taki ideał dziecka. Potem, w gimnazjum też byłam najładniejszą dziewczyną w szkole, na studiach także. Wszyscy zazdrościli mi urody, a ja oddałabym wszystko żeby wyglądać normalnie.
Może się to większości z Was wydawać głupie, ale ładnym dziewczynom naprawdę bywa ciężko. Mężczyźni już od czasów późnej podstawówki rościli sobie prawo do niewybrednych komentarzy, dotykania mnie. Niby mimochodem, ale zawsze. Pamiętam jak nauczyciel od plastyki dotykał mnie w mało nauczycielski sposób "bo jestem taka śliczna". Przejażdżka komunikacją miejską to koszmar, tak samo imprezy. Zawsze się ktoś przyczepi. Ciągle zaloty, nudny flirt, teksty z pytaniem o numer telefonu, a w skrajnych przypadkach śledzenie do domu. Nie wychodzę nigdzie bez gazu i paralizatora, bo kilka razy musiałam go użyć i szybko uciec. Chwyty z samoobrony mam wytrenowane do perfekcji. Mam wrażenie, że facetom przy mnie odbija.
Mam tylko jedną przyjaciółkę bo reszta kobiet mnie nie toleruje, pomimo tego, że naprawdę nie flirtuję z ich facetami. Zawczasu już staram się być oschła. Ale przypadków samców alfa, którzy z obrączką na palcu proponują mi randkę jest sporo. Nawet wśród mężów koleżanek. Nic dziwnego, że mają mnie za latawicę. Zbudowanie związku w oparciu o mój charakter, a nie wygląd to w moim przypadku coś nieosiągalnego. Jak mam rozmawiać z kimś o muzyce czy filmach jak nie może oderwać ode mnie wzroku? I albo coś dukają nieśmiało albo przechodzą w tryb "macho" czyli popisówki i głupie teksty.
Na doktoracie nie poradziłam sobie tylko dlatego, że strasznie gnębiły mnie inne kobiety bo profesorowie byli dla mnie strasznie mili. Wiecie, zawsze kazali siadać koło siebie, wzywali do gabinetu z byle pierdołą. Nie miałam życia przez to bo wszyscy myśleli, że dostałam się tylko dlatego, że jestem ładna. Zrezygnowałam na drugim roku.
W pracy jest podobnie. Szef proponuje awans, przysiada się na skraju biurka i ciągle mnie wzywa do siebie. Już krążą plotki o jakimś romansie, a ja naprawdę nic nie robię. Kocham tę pracę, ale nie chcę kolejnej łatki "tej co wszystko się udaje przez urodę" lub jak kto woli "tej co dała dupy za awans".
Każdy związek szybko się rozpada bo mężczyźni są o mnie zazdrośni. Nawet się bardzo nie dziwię bo nikt nie wytrzymałby ciągłej adoracji swojej kobiety.
Z utęsknieniem czekam na starość aż się pomarszczę i przestanę być atrakcyjna. Może ktoś wtedy powie "mądra kobieta" zamiast ciągle "piękna". Uroda według mnie absolutnie nic nie znaczy, nie mamy na nią w żaden sposób wpływu. Jaki jest sukces osoby w tym, że wygrała w loterii genetycznej? Żaden.
Musiałam się wygadać, pokazać drugą stronę medalu. To, że jak ktoś ładny to na pewno głupi. Przykre to strasznie.
Dodaj anonimowe wyznanie