Byłam na wieczornej mszy. Piękne kazanie, wszystko fajnie, okej, aż w końcu stało się. Zaswędziało mnie krocze.
Chciałam się dyskretnie podrapać i już moja ręka leżała na moim kroczu, gdy jakiś moher zaczął się drzeć na cały kościół, że się masturbuję.
Noż k*rwa :/
Sprawa sprzed kilku lat.
Moja już na szczęście była żona siedziała sobie przy kompie w gabinecie, w tym samym czasie ja przysnąłem na kanapie po całym dniu w pracy. W pewnym momencie ocknąłem się przestraszony, że zapomniałem o wizycie u dentysty i zaraz się spóźnię. Wparowałem do gabinetu po dokumenty. Moja eks siedziała i gawędziła z kimś przez telefon, na mój widok wstała i wyraźnie speszona wyszła - ja grzebiąc w szufladach biurka zerknąłem na monitor, a tam był pisany przez nią list do jej kochanka - sprawa jednoznaczna, nie było możliwości pomyłki.
Wychodząc z gabinetu podszedłem do niej mówiąc, że chyba zapomniała czegoś zamknąć na monitorze. Ta z przerażoną miną zaczęła mówić różne brednie, że to nie ona pisze, a podesłała jej koleżanka, potem jakieś inne wymysły, którym rzecz jasna nie dałem wiary, bo musiałbym być debilem. Wywiązała się kłótnia, podczas której eks zemdlała, próbowałem ją ocucić, lecz nie przynosiło to skutku. Wezwałem pogotowie, zanim dotarli trwało to ok. 15 min, a eks cały czas była nieprzytomna. Przyjechała karetka, lekarz szybko wziął się za badanie, po 20 sek. wstał i wziął mnie na bok pytając co się działo. Streściłem szybko całą akcję, po czym lekarz stwierdził "Bo wie pan, to omdlenie to mocno teatralne jest".
Wtedy mnie olśniło, że to nie był pierwszy raz, kiedy nie mając argumentów albo będąc na czymś przyłapaną udawała omdlenie...
PS Już po rozwodzie zaczęła opowiadać dzieciom, że ja ją wtedy pobiłem, dlatego zemdlała... Nie dość, że sucz sama rozwaliła małżeństwo, to jeszcze kłamstwa prawi na mój temat dzieciom. Na szczęście zawczasu zabezpieczyłem "materiał dowodowy", przyjedzie czas, że się dzieci dowiedzą.
Takich akcji miałem z nią więcej - może kiedyś napiszę o tym.
Przypomniała mi się pewna historia związana z okresem świąt Bożego Narodzenia. Od początku...
Moja babcia ma przyjaciółkę, Krysię. Ta pani była kiedyś związana z naszą rodziną, ponieważ jej córka wyszła za mąż za syna mojej babci. Rozstali się po kilku latach małżeństwa. Pani Krysia ma jednak bliską rodzinę. Czasami ją odwiedzali. Starszy syn i młodsza córka. Niestety, na ostatnie święta ani jedno, ani drugie nie zaprosiło do siebie matki.
Moi rodzice zawsze na święta gotują wszystko sami, sami robimy pierogi i zbieramy do nich grzyby. Moja babcia zabrała więc ze sobą przyjaciółkę na wigilię do naszego domu. Atmosfera była miła, do czasu kiedy pani Krysia nie zaczęła narzekać... i to z jakiego powodu... Barszcz był za ostry, pierogi mdłe, pani Krysia przyprawiłaby lepiej, tu za dużo soli, a tam za mało. Cały czas coś jej nie pasowało w jedzeniu. Kręciła nosem.
Byłam zaskoczona i zirytowana.
Moi rodzice kupili jej prezent, usiadła z nami do stołu, staraliśmy się.
Niestety, z bólem muszę stwierdzić, że chyba już wiem, czemu nawet jej własne dzieci nie zaprosiły jej na wigilię.
W ramach wstępu: od kilku lat jestem wegetarianinem.
Dzisiaj, podczas ostrej kłótni z moją siostrą, nagle uderzyła mnie... plasterkiem szynki. Nie wiem co chciała przez to osiągnąć, ale po tej akcji nastała cisza i szybko skończyliśmy kłótnię i zaczęliśmy się śmiać :)
Leże na podłodze i duszę się ze śmiechu. Mama nazwała mnie skurwysynem.
Mam 27 lat. Cały czas pracuję, nie jestem wybitnie uzdolniony, nie jestem typem przedsiębiorcy.
Lubię pracować, na początku życia na własny rachunek pracowałem 8 godzin dziennie. Zauważyłem, że nie wystarczy to na wszystkie opłaty i by coś odłożyć. Zacząłem pracować 9 godzin dziennie. Potem 10 i już więcej nie mogłem... Więc zacząłem dorywczą pracę. Pracowałem po 12 godzin dziennie. Zmieniłem główną pracę, zostałem przy tej dorywczej też, wciąż pracowałem po 12 godzin. I nadal nie stać mnie było na życie na jakimś normalnym poziomie...
Do tego doszła pandemia, śmierć bliskiej osoby, zamknięcie i izolacja. A na to wszystko jeszcze kraj, który tak bardzo kochałem i na który tak bardzo liczyłem, że będzie piękny i będzie się rozwijał, zaczął się zwyczajnie stawać na nowo koszmarnym PRL-em.
Wyjechałem. Pracuję 8 godzin i... jest normalnie.
Tylko czemu na obczyźnie?
Byłam ze znajomym w restauracji. Znajomy nie ma nogi od kolana, stracił w wypadku.
Obok nas przy stoliku siedziała z rodzicami mniej więcej pięcioletnia dziewczynka.
No i jak to dziecko, strasznie marudziła na jedzenie, nudziła się, chodziła po lokalu, zamiast jeść.
Zaczęliśmy się ze znajomym zbierać do wyjścia i oczom dziewczynki ukazała się pusta, zawiązana na supeł nogawka spodni znajomego (czasem nosi protezę, czasem nie). Dziewczynka zainteresowała się nią i z dziecięcą szczerością zapytała, co się stało. Znajomy pochylił się nad nią i konspiracyjnym szeptem powiedział: "Nie chciałem jeść i nie urosła!".
Jak wychodziliśmy, widziałam dziewczynkę jedzącą grzecznie przy stoliku...
Dzieci czasem się gubią. Szczególnie w dużych centrach handlowych. Wiadomo - mnóstwo ludzi, zamieszanie, chaos, trudno się skupić, bo co chwilę coś odciąga naszą uwagę. I wtedy PYK! Niczym bańka mydlana, nasz potomek znika gdzieś pomiędzy półką z konserwowym groszkiem, a majonezem babuni, w najlepsze wyparowuje.
Ja też się zgubiłem. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że mam 35 lat i jestem poważnym mężem w pełni władz psychicznych. Do rzeczy.
Małżonka bardzo chciała iść po zakupy świąteczne. Wigilia tuż tuż, no przecież trzeba prezenty kupić. A musicie wiedzieć, że najbardziej na świecie nienawidzę dwóch rzeczy - szpinaku oraz zakupów w towarzystwie kobiety. Zakupy z wami przypominają mi drogę krzyżową? Jak idzie się do sklepu, to powinno się mieć bardzo sprecyzowany cel. Przykład - chcę spodnie. Spoko, zatem idę do centrum handlowego i kieruję się do sklepu, w którym wiem, że znajdę spodnie. Finito. Czas operacyjny - 10 minut. Misja zakończona. Można wracać do bazy. Ale nie - wy musicie snuć się bez celu niczym jakieś rozlazłe zombie i liczyć na to, że po wejściu do setnego sklepu znajdziecie wreszcie coś, na co można wydać ciężko zarobione peeleny...
I tym razem nie było inaczej. Najwspanialsza z żon wchodziła do każdego sklepu, oczywiście wlokąc mnie za sobą. Po zaliczeniu 20 pierwszych punktów i mając w świadomości zahaczenie o jeszcze 80 kolejnych, spasowałem. Zacząłem robić to, co robi każdy zmęczony zakupami facet, targany przez małżonkę po centrum handlowym - smętnie zwieszałem się na balustradzie przed sklepem, czekając aż moja miła zaliczy swój czekpoint i popędzi do kolejnego.
Wisząc tak sobie przed lokalem z paciorkami, włóczkami dla babć śmierdzących kulką na mole, zauważyłem wystawione po środku korytarza stoisko ze zdalnie sterowanymi helikopterami.Zawsze chciałem taki sprzęcior mieć. Popędziłem więc, aby skorzystać z okazji i pobawić się w małego pilota.
Czas mijał szybko, więc postanowiłem zajrzeć do sklepu i zobaczyć, czy moja ukochana już skończyła swoje buszowanie. Nie było jej tam. Telefonu nie odbiera. No, to pięknie - przyjdzie mi tu umrzeć z nudów! Ale oto w mej głowie wykwitł szatański pomysł.
Pobiegłem do punktu informacyjnego i zagadałem z babeczką tam pracującą. Po chwili całe centrum handlowe wypełnił donośny głos z megafonu:
- Pani Klaudia Anonimska! Powtarzam! Klaudia Anonimska! Niezwłocznie proszona jest do informacji po odbiór dziecka! Tomaszek bardzo płacze i tęskni!
Małżonka, czerwona jak dojrzała wiśnia, zjawiła się w ciągu minuty, wściekła chwyciła mnie za rękę i powlokła do wyjścia. A ja, pociągając nogami, rozdzierająco zawyłem "Ale mamoooo! Ja chcę na lodyyy!".
Misja zakończona sukcesem. Dziś poszła na zakupy sama!
PS. Już wiem co znajdę pod choinką! Helikopterek! No, co? Nigdy nie podglądaliście prezentów, gdy byliście dziećmi? :)
Pewnie wywołam g*wno burzę jeśli to trafi na główną, ale po prostu mi smutno...
Od 12 lat czekałem na przeszczep organu. Gdy 5 miesięcy temu otrzymałem telefon, że jadę na przeszczep, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi :)
Musicie wiedzieć, że przeszczep wiąże się z przyjmowaniem leków immunosupresyjnych, czyli czegoś, co osłabia układ odpornościowy niemal do zera.
Jestem propagatorem szczepień, ale jeśli chodzi o aktualną sytuację, pandemię i wszystko co dzieje się dookoła oraz to, że szczepionka to "prawie" martwy wirus, miałem nie lada dylemat, czy poddać się szczepieniu. Po namowach ze strony rodziny zrobiłem to, zaszczepiłem się, choć lekarze mówili, że wiąże się to z ryzykiem...
Jutro jadę na usunięcie narządu, na który, jak wspomniałem, czekałem od 12 lat, tylko dlatego, że "prawie" martwy wirus zawarty w szczepionce był na tyle żywy, że przy przyjmowanej immunosupresji wywołał ostry odrzut...
No i cholera, komu teraz wierzyć, ludziom głoszącym teorie spiskowe, że szczepionki zabijają, czy tym, którzy trąbią, że szczepienia działają :(
Wracałem pociągiem z pracy. W moim przedziale siedziały trzy osoby: ja - zmęczony życiem trzydziestolatek, elegancka pani po pięćdziesiątce (nie wiem jak miała na imię, więc nazwę ją Jadzia) i młoda dziewczyna ubrana na czarno (uznajmy, że Wiktoria).
Jadzia, jak to pani w średnim wieku, próbowała zainicjować jakąś rozmowę. A to o pogodzie, a to o spóźnionych pociągach. W końcu, jak można się domyślić, temat zszedł na współczesne czasy.
- Dzisiaj to nawet nie ma dobrej muzyki - stwierdziła Jadzia. - Młodzież to teraz tylko jakiegoś łubudubu słucha. Posłuchaliby Skaldów czy Czerwonych Gitar.
Nie zgadzałem się z tym, ale żeby uniknąć niemiłej dyskusji pokiwałem tylko głową. Myślałem, że temat jest już zamknięty. Ale nie! Milcząca do tej pory Wiktoria podniosła głowę i zaczęła z uśmiechem śpiewać "Kwiaty we włosach" Czerwonych Gitar.
Po Jadzi spodziewałem się wtedy wszystkiego, ale to co zrobiła zupełnie mnie zaskoczyło.
Otóż Jadzia po chwili zaczęła śpiewać razem z Wiktorią!
Tworzyły całkiem niezły duecik.
A ja?
Hm... nie pozostało mi nic innego, jak tylko się do nich przyłączyć :D
Po kilku minutach skończyliśmy śpiewać, a dalsza droga przebiegła nam w bardzo przyjemnej atmosferze.
Ta sytuacja była chyba jedną z najfajniejszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały.
Pozdrawiam Was, Anonimowi! :)
Dodaj anonimowe wyznanie