Jakiś czas temu zepsuł mi się telefon, nie miałam w domu żadnego zastępczego. Chłopak zaproponował mi, że pożyczy od swojej mamy, bo niedawno kupiła sobie nowy, a stary leży w szufladzie.
Pożyczyła z wielką chęcią. Szkoda tylko, że nie usunęła nagich zdjęć, na których była ze swoim nowym facetem podczas zabaw łóżkowych.
Nigdy nie byłam tak zażenowana. Nikomu o tym nie powiedziałam, to chociaż anonimowym się wyżalę.
Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy...
Od zawsze byłam gruba. Geny, insulinooporność i inne gówna, na które można zwalić winę. Ojca nigdy nie poznałam, a wszyscy ze strony matki byli grubi. Babcia ze 120 kg, dziadek też przy sobie. Matka 160 kg wagi. No i ja. Dziś mam 35 lat i ważę 70 kilo – dokładnie tyle ostatni raz ważyłam w wieku 11 lat. Moja mama całe życie wbijała mi do głowy, że to jest OK, taka nasza natura, a wszyscy szczupli ludzie są źli. Nasze posiłki to zawsze było smażone, tłuste żarcie. Nigdy nie widziałam na naszym stole sałatki (oprócz pomidorów w majonezie). Gdy fast foody zaczęły stawać się popularne, to McDonald leciał co weekend.
Mama nie miała wielu koleżanek, a jeśli już, to o podobnych gabarytach. Odbierałam jej zachowanie tak, jakby gardziła ludźmi chudszymi od niej. Tego samego uczyła i mnie. Miałam tylko koleżanki z dużą nadwagą. Kiedy weszłam już w wiek nastoletni, poznałam w liceum Paulinę. Naprawdę super nam się rozmawiało, jednak miała jedną wadę – była szczupła. Mama zakazała mi się z nią spotykać. Miałam tak wyprany mózg, że mimo iż miałam już 16 lat ,posłuchałam jej i odcięłam moją najlepszą przyjaciółkę z powodu wagi! Gdy żaliłam się mamie, że wszyscy się ze mnie śmieją i nigdy nie znajdę chłopaka, bo jestem gruba, to dostawałam niezły opieprz. Nie mogłam przejść na żadną dietę, bo nie miałam swoich pieniędzy. Gdy prosiłam mamę o kupienie warzyw czy owoców mówiła, że nie ma pieniędzy na moje fanaberie i mam jeść to, co jest w domu. Próbowałam się nawet głodzić, ale wtedy potrafiła mnie trzymać przy stole przez godzinę i pilnowała, żebym zjadła. Kiedy poprosiłam, żeby zabrała mnie do lekarza, bo źle się czuję i ciężko mi się ruszać, to znowu dostałam opierdol.
Nie poszłam na studia, moja samoocena była tak zniszczona, że zamknęłam się w domu. Jakiś czas po skończeniu liceum odezwała się do mnie Paulina. Mówiła, że mieszka i pracuje Irlandii i zaprosiła mnie do siebie. Odmówiłam. Paula nie dała za wygraną. Przyleciała po mnie, spakowała torbę i razem poszłyśmy na autokar... Ile ja się wtedy od matki nasłuchałam płaczu, wypominania, krzyku, że jeśli wyjadę, to ona się zabije...
Zaczęłam pracę w hotelu na sprzątaniu. Mieszkałyśmy z Paulą w jednym wynajętym pokoju. Rano wyciągała mnie na bieganie. Robiła nam obu posiłki. Zaczęłam tracić wagę. Byłam wniebowzięta. Matka całe życie wmawiała mi, że to geny, że tego nie zmienię. Po kilku latach poszłam tutaj do szkoły, znalazłam dobrą pracę. Założyłam rodzinę. Długo też chodziłam na terapię. I tak minęło 15 lat. Z Paulą nadal jesteśmy najlepszy przyjaciółkami, a z matką nie rozmawiałam odkąd wyjechałam.
Rok temu napisała do mnie kuzynka, że mama jest chora. W głowie miałam, że to rak i że warto się pogodzić. Nie, nie miała raka. Tak się roztyła, że była już przykuta do łóżka pod tlenem, a mimo to nadal ciotka podawała jej kurczaki na jej życzenie. Matka trzy miesiące temu zmarła na własne życzenie – miała 56 lat.
Jestem szczęśliwą kobietą, ale nigdy nie wybaczę matce tych krzywd.
Jajka niespodzianki zawsze miały w sobie jakieś zabawki wypuszczane seriami: świstaki na sankach, hipopotamy itp. figurki. W opisywanym tu czasie, gdy miałam jakieś 5 lat, był sezon na gumki w kształcie zwierzątek – można je było wsadzić na ołówek dzięki specjalnemu otworowi w spodzie zwierzaka. Posiadałam wtedy kilka z tych gumek, w tym szczególnie lubianego niebieskiego misia. Biedny misiek był gryziony, rzucany, topiony, aż pewnego dnia został wciągnięty – w moją zatokę... Co miałam w głowie sprawdzając jak daleko mogę go włożyć, żeby dało się go wyciągnąć – tego nie wiem. W pewnym momencie się zagapiłam i ślup... miśka nie ma. Przerażona nic rodzicom nie powiedziałam... Jednak jest i happy end – kilka dni później brat rozbawił mnie tak bardzo, że wręcz zanosiłam się śmiechem. W pewnym momencie zakręciło mnie w nosie i kichnęłam. Raz. Wyglądało jakbym wykichała pół mózgu, a w środku tego mój niebieski misiek! Brat nigdy się nie dowiedział, co to takiego urodziłam nosem. A ja do dzisiaj nie wiem:
1. Jak coś tak dużego weszło do nosa kilkuletniego dziecka?
2. Czy wtedy przypadkiem nie wyczerpałam swojego życiowego limitu szczęścia, bo rozumu nie było w tym ani grama...
PS Jako jedyna w rodzinie nie mam problemów z zatkanymi zatokami ;)
Bardzo dziwi mnie pewna rzecz – namawiają cię na rodzenie dzieci za wszelką cenę. Nieważne, że z partnerem nie macie stałej pracy, mieszkania ani dobrego zaplecza finansowego. Zawsze się jakoś wszystko ułoży, a dziecko potrzebuje tylko waszej miłości. Dziecko to najlepsze, co może was spotkać.
Jeśli powiecie, że chcecie adoptować psa, ludzie łapią się za głowy i odradzają wam to, bo przecież nie macie ogrodu, z psem trzeba wychodzić na spacer przynajmniej dwa razy dziennie, w mieszkaniu będzie się męczył itd.
Uważacie, że z psem sobie nie poradzę, a namawiacie na urodzenie dziecka...
Zastanawialiście się kiedyś nad najgłupszym sposobem zepsucia telefonu?
Wydaje mi się, że odkryłam jeden z nich.
Ja, lat 28, więc nie taka stara, 4 lata po ślubie. Mój mąż to cudowny człowiek, ale od jakiegoś czasu nie układa nam się w łóżku. Praca, stres, pięcie się po szczeblach kariery, wieczne zmęczenie, problemy rodzinne, no i mamy skutek – seks stał się wyczekiwaną rzadkością. Nie mam do nikogo pretensji, taki etap w życiu, ale radzić sobie jakoś trzeba. Własna ręka przestała wystarczać, ile można, frustracja osiąga poziom krytyczny. Męża zdradzać nie chcę i nie zdradzę. Wibrator – mogę zapomnieć, bardzo przeszkadzałoby to mojemu facetowi.
No i wpadłam na genialny pomysł. Przecież komórka ma wibrację! Nie wiem jak mogłam wpaść na tak głupi pomysł. Po udanej zabawie komórka zaczęła świrować, wyłączała się, wieszała, aż całkiem padła...
Cóż – zalałam telefon.
Będąc we wczesnych latach podstawówki (klasa 1-3), często słyszałam komentarze na temat mojej tuszy. Tak, miałam kilka kilogramów nadwagi, ale bez przesady. Mimo wszystko zostałam wykluczona ze społeczeństwa szkolnego, a moje życie towarzyskie ograniczało się do dwóch najlepszych przyjaciółek bliźniaczek, które widziałam raz na pół roku ze względu na dzielącą nas odległość. Przez zbędne złośliwe komentarze zaczęłam coraz mniej jeść i w szkole, jak i w domu. W połowie czwartej klasy miałam poprawną wagę, zaś na początku piątej zbliżała się ona do niedowagi. W mniej więcej połowie szóstej klasy byłam na poziomie anoreksji, a i zdarzały się również przypadki bulimii.
Dopiero pod koniec tejże klasy koleżanka, która wcześniej była jedną z tych, od której dostałam najwięcej obelg, zauważyła problem. Nie moi rodzice, przyjaciółki, rodzina. Dziewczyna, której nie ufałam i której nie lubiłam. Zaczęła spędzać ze mną więcej czasu, przynosiła do szkoły jakieś drobiazgi specjalnie dla mnie i mnie „dokarmiała”. Bym po prostu nie chodziła cały dzień głodna.
Na początku siódmej klasy Martyna poszła z tym co mnie dotyczy do szkolnego psychologa, bez mojej wiedzy. Dzięki niej rozpoczęło się moje leczenie i pokazywanie mi, że choćbym zobaczyła na wadze mój numer telefonu, nie mogę się dać opinii publicznej. I choć od tej sytuacji minęło kilka lat, ja wciąż żałuję, że w pierwszej chwili obraziłam się na Martynę. Bo to ona okazała się osobą, która mi pomogła.
Pomoc nie zawsze znajduje się w spodziewanych miejscach.
Mój ojciec palił papierosy nałogowo odkąd pamiętam, czyli to będzie jakieś ponad 20 lat albo i więcej. Pamiętam jak chwalił się, że sięgnął po nie jeszcze w podstawówce.
Nie przeszkadzał mi sam fakt tego, że pali. Róbta co chceta, nie moje zdrowie. Przeszkadzało mi jedynie palenie w domu, łazienka ciągle szara od dymu, tak, że wietrzyć trzeba zanim się wejdzie, już nie mówiąc o przesiąkniętych dymem firankach w salonie czy zżółkniętych ścianach. Upominanie nic nie dało, codziennie „delektowałam” się oparami kaszląc, a w zimie trudno o całkowite otworzenie okien.
Matka zaczęła palić jakieś cztery lata temu z powodu kłopotów finansowych (szkoda, że na papieroski sumka zawsze się pojawiała).
Z moim bratem zawsze miałam dobry kontakt, pomagałam mu w zadaniach czy po prostu się wspieraliśmy, jak brat z siostrą. Zawsze byliśmy dla siebie szczerzy. Do tego wiedział, jak bardzo gardzę papierosami i zadeklarował, że on też. Obiecaliśmy sobie nigdy nie truć się tytoniem.
Brat od września chodził do pierwszej technikum, nowi ludzie, nowe towarzystwo. Gdy któregoś dnia przyszedł ze szkoły i zmierzał do swojego pokoju, usłyszałam, jak mówił coś przez telefon o fajkach. Odczekałam, aż się rozłączy i wparowałam do jego pokoju. Chamsko zaczęłam drążyć temat: o co chodziło. Nie chciał mówić, ale wydusił z siebie jedynie, że chodziło o pieniądze, które pożyczył koledze na papierosy, a ten mu jeszcze nie oddał. Nie uspokoiło mnie to, i dobrze. W jego rozsuniętym plecaku dostrzegłam paczkę fajek. Może nie powinnam mu tam grzebać, ale wyjęłam je i połamałam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poczułam taki wewnętrzny zawód. Próbował tylko wmówić, że to nie jego, ale i on, i ja dobrze wiedzieliśmy, jaka jest prawda, i że nie uda mu się mnie oszukać. Po chwili nawet nie próbował się bronić. Poszedł w ślady ojca, a jeszcze niedawno razem planowaliśmy odciągnięcie rodziców od nałogu.
Niestety chyba nawet nałogi i złe nawyki przechodzą w genach na dzieci. Na szczęście na mnie nie przeszło, nigdy nie miałam papierosa w ustach.
Mam 22 lata. I od stycznia zdiagnozowanego raka płuc.
Cieszę się jak dziecko, gdy widzę zrost, którego ostatni człon jest jednosylabowy – np. „Białystok”, „Dobrychłop”, „Starybrat” – i mogę go przeczytać na głos z akcentem na przedostatnią sylabę, który dzięki temu pada dokładnie tam, gdzie nie powinien, gdyby to były normalne dwa słowa.
Jestem ponad czterdziestoletnim facetem i zarobkowo zajmuję się między innymi korektą tekstów.
Mam 24 lata i ze względu na swoje zainteresowania obracam się głównie w towarzystwie osób, które w wolnych chwilach oglądają anime (japońskie kreskówki). W większości są to ludzie ogarnięci życiowo, którzy okres podniecania się animowanymi pornolami mają dawno za sobą lub w ogóle nie fascynował ich ten gatunek kreskówek... ale to wyznanie będzie właśnie o osobie z tej mniejszości.
Jakiś czas temu poznałem dość specyficzną kobietę, która wydawała się mną zainteresowana. Mieliśmy podobne zainteresowania i wspólne grono znajomych, więc często spędzałem z nią wolne popołudnia. Trzeba przyznać, że flirtować nie umie, a już na pewno nie w subtelny sposób. Dla niej klepnięcia w tyłek, "macanie klaty", wymyślanie wierszy o miłości (mówiących dosłownie, że nie muszę być nieśmiały i mogę wykonać pierwszy ruch) i publikowanie ich na mojej tablicy na Facebooku są normalnym sposobem na podryw faceta. Ze względu na jej dość oryginalne zachowanie, nie byłem i nadal nie jestem nią zainteresowany, więc zaproponowałem jej spotkanie i wyjaśniłem tę kwestię najbardziej wprost jak się tylko dało. Ustaliliśmy, że możemy nadal pozostać dobrymi znajomymi, ale nic więcej. Myślałem, że zrozumiała...
...ale chyba się pomyliłem. Właśnie przesłała mi opowiadanie, które napisała i poprosiła, żebym poprawił ewentualne błędy i powiedział, czy mi się podoba, bo chce je opublikować w internecie. Przeczytałem, ale mimo to odpisałem jej, że nie mam teraz czasu i sprawdzę je jutro.
Opowiadanie to (jak mi wytłumaczyła wcześniej) napisała pod wpływem natchnienia po obejrzeniu hentaia, czyli animowanego pornola, o którym wcześniej pisałem. Jest więc to bardzo niskich lotów erotyk o pewnej parze, która spotyka się w takich samych okolicznościach co my, zakochuje się w sobie (choć facet jest bardzo nieśmiały i nie chce się do tego przyznać), a potem jest opis ich igraszek i innych zabaw dla dorosłych. I może bym uznał, że niepotrzebnie dramatyzuję, ale imiona bohaterów to nasze pseudonimy, które używamy w internecie.
Podsumowując, dostałem dziś pornosa z moim udziałem napisanego przez laskę, której dałem kosza. I wiecie co? Nie mam już zielonego pojęcia jak jej wytłumaczyć, że naprawdę mi się nie podoba i to wcale nie jest kwestia nieśmiałości...
Może jestem bez serca, ale jakoś dziwię się swojej rodzinie w części wegańskiej.
Dla mnie to normalne, że w świecie zwierząt np. niedźwiedź polarny poluje na fokę czy lew na antylopę. Drapieżnik to drapieżnik. Trochę mnie denerwuje, jak w dziecięcych piosenkach pojawia się rekin, który je glony. Odczuwam takie zatajanie przed dziećmi i ich wrażliwą psychiką, skąd bierze się schabowy na stole.
Ostatnio kot na wsi upolował myszkę (polną, a nie czyjeś zwierzątko). Mysz jeszcze żyła. Rodzina „nakrzyczała” na kota, że tak nie wolno, kot został zamknięty w pokoju, a kuzynka pojechała z myszką do weterynarza ratować biedne życie.
Czy jestem bez serca uważając, że takie zachowanie to przesada?
Dodaj anonimowe wyznanie