Czy waszym zdaniem lepiej jest usunąć ze swojego życia taką osobę?
Mój przyjaciel jest ze mną od lat. Kiedyś zawsze mogłem na niego liczyć, a on na mnie. Niestety w ostatnim czasie on skończył swój związek ze swoją dziewczyną. Gdy proszę o pomoc, zawsze rozmowa dotyczy tylko tej dziewczyny i jak jemu jest źle. Pomagam mu, wspieram, doradzam, ale sam nie mogę liczyć na to samo od niego. Dodatkowo zaczął mi robić ostatnim czasem pod górę. Nie chcę tego dodawać, ale długi czas już zauważam, że jest zwykłym samolubem. Kiedyś nasza relacja była naprawdę dobra, byliśmy najlepszymi kumplami i zawsze mogłem do niego przyjść po pomoc. Teraz nawet nie wiem, czy przypadkiem on tego nie wykorzystuje przeciwko mnie. Proszę bez krytyki o radę...
Pamiętacie tę akcję jednej z sieci handlowych, która mówiła, że jeśli nam dany produkt nie zasmakuje, to możemy go w jakimś tam terminie zwrócić? W całości, części albo samo opakowanie i domagać się oddania pieniędzy.
To był jakoś początek listopada. Wpadłem do owego marketu na małe zakupy. I po tym, co zobaczyłem, to nie wiedziałem, czy się śmiać, płakać, czy wręcz bić brawo za pomysłowość.
Gość, 40. jeszcze nie miał na karku. Podjechał jakimś kombi. I wyładował do dwóch wózków sklepowych cały samochód pustych opakowań po napojach/chipsach/przekąskach/słodyczach i innym jedzeniu. Po czym jak gdyby nigdy nic wszedł do sklepu, podszedł do działu obsługi klienta i domagał się zwrotu pieniędzy za zakupy.
Trochę w szoku, trochę z czystej ciekawości, stałem i przyglądałem się, co z zaistniałej sytuacji wyniknie. I wiecie co? Gość dostał zwrot kasy. Na odchodne zaśmiał się tylko do jakiegoś klienta, który również oczom nie wierzył, że "No, to urodzinki Oli wyszły prawie za free, hehehehehehe".
Cwaniactwo poziom ekspert, nie ma co.
Muszę się wyżalić, bo nie wiem co mam robić.
Zacznę od początku.
Po maturze wyjechałam z narzeczonym za granicę, znaleźliśmy pracę, wynajęliśmy mieszkanie i ogarnialiśmy sprawy związane z weselem w Polsce. Wszystko spoko, fajnie funkcjonowaliśmy, zwiedzaliśmy, układało nam się dobrze. Zaczęliśmy być parą w młodym wieku, miałam 15 lat, on 18. Braliśmy ślub po 7 latach. Po ślubie postaraliśmy się o dziecko i w ciąży on się bardzo o mnie starał. Czułam się jak taka rozkwitająca księżniczka, byłam szczęśliwa. Później poród i tak odkąd urodziła się nam córka czar prysł... Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej.
On jest dobrym tatą, ale jako mąż stał się okropny. Pracuje na budowie od 6 do 18, czasem nawet dłużej go nie ma. Ja wróciłam do pracy na 1/2, gdy mała miała 8 miesięcy i poszła do żłobka. Sama wszystko ogarniam – dziecko, pracę, dom, obiad, zakupy. On przychodzi i o wszystko się czepia. Pracuje z samymi takimi gburami, co źle traktują swoje żony i robi się do nich podobny, wszystko mu nie pasuje i o wszystko obwinia mnie.
Kiedyś porozmawialiśmy szczerze i zdecydowaliśmy się na drugie dziecko z myślą, że może to uratuje nasz związek. I co? Jestem w 6 miesiącu ciąży i czuję się jak skończone zero. Ciągle przez niego płaczę. Ciągle ja jestem taka strasznie zła, dziś mi powiedział, że "kto inny by mnie dawno w dupę kopnął". Nie chcę z nim rozmawiać, bo nie chcę, żeby mnie ciągle obrażał. A gdy zwracam mu uwagę, to mi mówi "zamknij się".
Nie wiem co mam robić, mam 2-letnią córkę i jestem w ciąży w obcym kraju, bez żadnego wsparcia.
A najgorsze jest to, że on tylko w domu jest taki, a np. na wakacjach w Polsce zgrywa wspaniałego i kochanego... Mam dość takiego życia.
Gdy chodziłam do przedszkola pamiętam, że ważnym i emocjonującym wydarzeniem były godziny, gdy dostawaliśmy śniadania i obiadki. Nie chodzi o sam fakt, że to jedzenie, ale o to, że naprawdę uwielbiałyśmy panią Krysię - pogodną staruszkę, która przynosiła nam te posiłki. Razem z koleżankami uważałyśmy, że była wróżką i dodawała szczyptę magii, dlatego te potrawy były takie pyszne (ahhh, wciąż tęsknię za tą pomidorową). Ważnym elementem wyznania jest to, że moja mama również pracowała w tym przedszkolu, tylko że na innej grupie i nie widywałam jej za dnia.
Któregoś ranka moja rodzicielka poinformowała mnie, że pani Krysia jest chora i przez następne kilka dni ktoś inny będzie nam dostarczać śniadania i obiady. Oczywiście, gdy przybyłam do przedszkola, ta szokująca wiadomość rozniosła się po grupie momentalnie i wszystkie dziewczynki (razem ze mną) popadły w histerię, zaczęłyśmy tworzyć czarne scenariusze co się stało z naszą wróżką, kto teraz dostarczy nam jedzenie i czy umrzemy z głodu. Po jakimś czasie jedna z nas wymyśliła teorię, którą uważałyśmy za najprawdziwszą i najbardziej prawdopodobną. Pani Krysia została otruta przez Złą Czarownicę, która przyniesie nam jedzenie i sama będzie chciała nas otruć. Przytaknęłyśmy i obmyśliłyśmy plan. Gdy tylko ta Zła Czarownica przybędzie, rzucimy się na nią (czytaj: podbiegniemy i zaczniemy skakać będąc w odległości 2 metrów) i będziemy żądać, by oddała nam panią Krysię. (Naprawdę nie wiem skąd my to wytrzasnęłyśmy).
Gdy wybiła godzina 9:00 usłyszeliśmy odgłos metalowych kółek na korytarzu. W gotowości obserwowałyśmy drzwi, z których (jak się domyślacie) wyłoniła się.... moja mama. Wszystkie dziewczynki oprócz mnie zaczęły realizować swój plan, lecz po chwili przekrzyczałam je słowem "Mamo co ty tu robisz? Jesteś Złą Czarownicą?". Po tym zdaniu moje koleżanki oskarżyły mnie o współudział w zamachu na panią Krysię, jednak wycofały swoje oskarżenia, gdy kanapki z nutellą były tak samo dobre jak za "Panowania pani Krysi".
Wkrótce dowiedziałyśmy się, że pani Krysia nie była wróżką, lecz i tak została w naszych oczach dobrą staruszką przynoszącą pyszne jedzenie ;D.
Mam traumę. Nie będę się rozczulać nad tym, co ją spowodowało, bo nie jest to istotne w kontekście tego wyznania. Ważne jest, że z jakiegoś powodu nie potrafię rozmawiać z moją mamą na trudne dla mnie tematy. Gdy w naszej rozmowie przewija się taki temat, czuję się zdenerwowana, łamie mi się głos, cała się trzęsę, prawie panikuję. Z innymi ludźmi mogę rozmawiać na takie tematy bez większych oporów.
Rok po zdarzeniu, której wynikiem jest wyżej wspomniana trauma. Jeszcze nie do końca wtedy doszłam do siebie. Był wieczór, miałam kłaść się spać. Moja mama rozmawiała ze swoim facetem i poruszyli temat tego, co przeżyłam. Bardzo się zdenerwowałam i położyłam się spać, strasznie przeżywając te emocje. No i w nocy posikałam się do łóżka... Wstyd się przyznać, ale tak było. Zmieniłam spodnie i bieliznę, położyłam się spać dalej i jakiś czas później problem się nie powtarzał. OK, myślałam, zdarzyło się jeden raz, z powodu silnych emocji. Aż do pewnego czasu. Kładłam się spać i przypomniała mi się ta sytuacja. Nie wiem czemu, ale spanikowałam, że to się powtórzy tej nocy. Bałam się nawet zasnąć, ale wkrótce sen mnie pokonał. Tej nocy znowu się posikałam, tym razem chyba zadziałał jakiś efekt placebo, przekonałam siebie, że to się stanie i się stało...
Było to rok temu i wciąż mam nietrzymanie moczu. Tylko że teraz nawet w porze dnia. Noszę wkładki higieniczne, na szczęście w nocy coraz rzadziej zdarza mi się posikać się. I nie wiem, kto powinien się tym zająć, urolog czy psycholog? Obstawiam psychologa, w końcu wszystkiemu winna trauma, a traumę dobrze by przepracować na terapii.
Witam, mam 24 lata i w sumie nigdy nie byłem na klubie ani na żadnej większej imprezie, mam też mało znajomych. Długi czas byłem zamknięty w sobie, ale w końcu poczułem w sobie taką pustkę i chęć wyjścia do ludzi. Myślę, że powoli jest coraz lepiej, jednak nadal są dni, w których nie mam gdzie wyjść czy czym się zająć, nadal czuję się za mało otwarty, żeby wyjść z ludźmi, których nie znam, więc pustka dalej momentami się pojawia. Mam często ochotę po prostu gdzieś wyjść, byle gdzie i z kim, a na to też nie zawsze jest opcja.
Są dni w, których czuję dołka i jest ciężko, ale powoli do przodu.
Czy tylko mnie wkurzają reklamy środków typu Braveran w ciągu dnia?
Non stop reklamują ww. środki, nie bacząc, czy jest to kanał dla dzieci, czy telewizja Trwam.
Mam małego braciszka. Ostatnio obejrzał taką reklamę i zapamiętał jedno słowo. Erekcja. Non stop mnie męczy pytaniem: "Co to jest erekcja?". Weź tu wytłumacz kilkulatkowi. Poza tym w moim domu nigdy nie rozmawiało się na takie tematy.
Wyobraźcie sobie moje zażenowanie, gdy brat zapytał księdza chodzącego po kolędzie: "Co to jest erekcja? Bo siostra nie chce mi powiedzieć... ".
Mam ciągoty i w kierunku mężczyzn, i w kierunku kobiet, natomiast z uwagi na to, że nigdy jeszcze nie byłam w związku, nie potrafię określić swojej orientacji i strasznie mnie to frustruje. Moje jedyne doświadczenie to pocałunek i jakieś tam niewinne przytulanki z facetem w liceum, co nawet mi się podobało. Jeśli chodzi o mężczyzn, to zawsze podrywa mnie ten sam typ - zarozumialec, żądny uwagi wszystkich, niebiorący nic na poważnie i sztucznie zabawny. Niedawno po raz kolejny musiałam zakończyć taką relację po kilku randkach, bo coś mi nie pasowało. Zresztą każda moja relacja z facetem tak się kończy.
Ostatnio coraz częściej mam myśli o tym, że może jednak moim przeznaczeniem jest mieć dziewczynę, tylko ja niepotrzebnie walczę z tym, wstydząc się tej mojej drugiej natury. Zaczęłam wyobrażać sobie siebie w związku z kobietą, siebie w ciąży i anonimową ją u mojego boku i zaczęło mnie to jakoś kręcić. Problem w tym, że nie przekonam się, bo jak mówiłam podrywają mnie tylko faceci i to określonego typu, a nigdy żadna kobieta. To znaczy miałam jedną koleżankę, o której wiedziałam, że jest bi i patrzyła ona na mnie tak jak patrzyli na mnie ci faceci, z którymi randkowałam, więc wiem, że byłam w jej typie, ale ona mi się nie podobała ani z wyglądu, ani z charakteru, ani z poglądów.
No cóż ja mam ze sobą zrobić? Wiem, że wiek dwudziestu jeden lat to nie jest palący wiek na tworzenie poważnego związku, ale ja tak bardzo potrzebuję tej czyjejś bliskości, zwłaszcza wieczorami i nocami, czy czyjegoś towarzystwa na wspólne kolacje czy spacery po parku. Chciałabym być dla kogoś ważna, ale nie tak jak przyjaciółka czy rodzina. Jak osoba do pokochania. Po prostu.
Czuję się głupio, że muszę zwierzać się na anonimowych internetach, ale o mojej drugiej naturze nie wie nikt poza mną samą i nie chcę tego zmieniać. Chociaż prawie cała półka lesbijskich romansideł na mojej półce w domu rodzinnym (krzywo komentowana przez matkę uznającą takie uczucia za ZŁE), kolejna tutaj na studyjnej stancji, czy moje coroczne zainteresowania kolejnymi sławnymi kobietami mogą być dla niektórych wskazówką, którą przemilczają dla spokoju swojego i mojego.
Największy przypał w moim życiu.
Kilka lat temu zostałem zaproszony na małą imprezę, której motywem przewodnim były najoryginalniejsze przebrania. To było jedyne, główne przykazanie, więc każdy z nas musiał się przyłożyć do skombinowania sobie dobrego stroju.
Kogo tam nie było? Jeden kumpel przebrał się za kapitana Jacka Sparrowa, inny ufajdał się jakimś mazidłem i robił za Baracka Obamę. Moja przyjaciółka założyła na siebie jakieś kartony i na zawołanie "składała" się w małą, kartonową ciężaróweczkę (taki niby Optimus Prime).
A ja wraz z moimi dwoma kumplami kupiliśmy na Allegro kostiumy... penisów. Zrobione to było z jakiejś grubej gąbki pokrytej mięciutkim, różowym materiałem. Zakładało się to przez dziurę u podnóża jajek, trzeba było się wcisnąć niczym gąsienica, znaleźć dziury na ręce, a w żołędziu - także i na głowę. Przebrania te miały dwie wady. Przede wszystkim były cholernie ciepłe, ale w tym wypadku radziliśmy sobie rozbierając się do majtek i na gołe ciało zakładaliśmy kostiumy. Drugim problemem była dziura na nogi. Była ona tak mała, że nie dało się zrobić normalnego kroku, tylko trzeba było sobie dreptać, drept drept - to akurat było bardzo upierdliwe, bo krępowało nam ruchy.
Padła propozycja, abyśmy wszyscy w tych naszych strojach poszli do Żabki i zrobili trochę sympatycznego przypału. No i my w tych penisowych kostiumach zgodziliśmy się na taki pomysł. Gdy wszyscy byliśmy już na dole to okazało się, że jednak to było głupie przedsięwzięcie, bo z naszymi kroczkami, drept drept, będziemy spowalniać całą ekipę.
Umówiliśmy się więc, że reszta pójdzie do Żabki, a my - trzy wesołe k#tasy dotrzemy do celu na końcu. I spoko - tak też uczyniliśmy.
Dreptanie szło nam ciężko, bo co chwilę któryś z nas zaliczał glebę i musieliśmy go podnosić. Albo ktoś podchodził i chciał robić sobie z nami fotkę.
Ostatecznie, kiedy już dotarliśmy do celu, to zobaczyliśmy... zamknięty sklep i ani żywego ducha. I co teraz? Postaliśmy jak te trzy ch#je pod sklepem i zgodnie postanowiliśmy wrócić do domu kumpla. Jednak nikogo tam nie było. No i panika - co robić? Poczekaliśmy z godzinę, zimno zaczęło się robić, więc trudno - wracamy do domów. Tylko jak? Pod kostiumem mieliśmy tylko gacie i ani grosza na taksówkę!
Tak, wracaliśmy z buta. Wyobraźcie sobie trzech gości w puchatych strojach wielkich penisów wracających w weekend przez miasto, drept drept. Ostatecznie udało się złapać autobus, ale to wcale nie poprawiło sytuacji, bo kanary wpadły... i nas wyśmiały, tak, że wszyscy pasażerowie dosłownie tarzali się z radości. No ch#jnia straszliwa!
A znajomi? Przypadkiem byli świadkami kradzieży w sklepie i wezwana policja zabrała wszystkich (łącznie ze sprzedawcą) do suki. Jeździli pół nocy po mieście i szukali złodzieja. Też im się impreza udała...
Masz dziecko? To się nim zajmuj, wychowuj, interesuj!
Mam syna, Franek, lat 3. Młody uwielbia inne dzieci, lubi się z nimi bawić, potrafi się dzielić zabawkami. Ale jest jedna rzecz, którą się nie dzieli i ja to rozumiem. Taki wymęczony już na maksa rudy, pluszowy kocur. Może to głupie porównanie, ale ja też nie chciałabym, żeby ktoś bawił się moim telefonem. Dotyczy to tylko tej jednej zabawki.
Przed właściwą historią dodam jeszcze tylko, że jestem rodzicem, który stara się nie mieszać w sprawy dzieciaków, dopóki sytuacja nie robi się nieciekawa. Ale to nie znaczy, że nie reaguję. Obserwuję i wkraczam, jeżeli sytuacja tego wymaga.
Akcja właściwa:
Odwiedziła mnie koleżanka z synem Stasiem w podobnym wieku. Dzieciaki się bawią, my kawka. Ale widzę, że kolega zaczyna się interesować kocurem. Więc od razu tłumaczę Stasiowi, że nie bardzo, bo to ulubiona zabawka Franka, ale tutaj mamy całe mnóstwo innych zabawek, wybierz coś z tego.
Staś ciągnie kocura i zaczyna się histeria. Matka Stasia zero reakcji, przegląda twarzoksiążkę w telefonie. OK, udało mi się załagodzić sytuację. Chłopaki bawią się dalej, ale po 5 minutach znowu atak na kocura. Tym razem nie zdążyłam zareagować, ponieważ mój syn odepchnął kolegę, na tyle mocno, że ten wpadł pod stół. Z premedytacją nie powiedziałam ani słowa...
Koleżanka szybko się zawinęła oburzona, że dziecko mam takie niewychowane i agresywne. Wydaje mi się, że nieprędko się znowu spotkamy.
Możecie mnie zlinczować, ale uważam, że dobrze postąpiłam. Tłumaczyłam wcześniej na tyle głośno i wyraźnie, że i dziecko, i matka mogli zrozumieć, że akurat ta zabawka jest wyjątkowa i powinni to uszanować.
Po wyjściu gości wyjaśniłam tylko synowi, że mógł być trochę delikatniejszy :)
Dodaj anonimowe wyznanie