Wiem, że każdy mniej lub bardziej się poci, ale u mnie to zdecydowanie przesada. Zaczęło się dobre kilka lat temu wraz z okresem dojrzewania. Twarz, szyja, pachy, plecy, klatka piersiowa, brzuch spływają potem. Wygląda to tak, że pod pachami pocę się cały czas, o każdej porze roku, bez względu na pogodę czy brak aktywności. Na pozostałych częściach ciała przy wysiłku i wyższej temperaturze… tylko mówiąc „wysiłek i wyższa temperatura” nie mam na myśli treningu i 30-stopniowego upału. Wystarczy spacer w takiej temperaturze jaką obecnie mamy za oknami (około zera), czy zwykłe domowe czynności jak prasowanie, odkurzanie itp. w temperaturze 18-19 stopni i się ze mnie leje. Po chwili takiej aktywności mam krople potu na czole, twarzy, pot płynie po szyi, plecach, koszulka robi się mokra. Gdy jest cieplej niż 21-22 stopnie, nie muszę robić nic i się leje, po prostu mogę siedzieć sobie bez ruchu, a pot ze mnie płynie. A gdy zrobi się naprawdę ciepło, tak 25 stopni i więcej, to zaczyna się dramat, wygląda to tak jakby ktoś wylał na mnie wiadro wody… Pod pachami plamy do połowy bluzki, z nosa, podbródka kapie, krople wlewają się do oczu, plecy całe mokre, normalnie jakbym wzięła prysznic i nie wytarła się ręcznikiem.
Taki przykład z wczoraj, byłam u koleżanki w bloku obok, u niej na mieszkaniu było naprawdę ciepło, po kilku minutach już zaczęłam się „topić”, po 10 czy 15 minutach musiałam wyjąć chusteczki i zacząć wycierać czoło …fioletowa koszulka w 20 minut zrobiła się ciemnofioletowa z potu.
Czy próbowałam szukać przyczyny? Oczywiście: z tarczycą wszystko OK, inne hormony też, cukrzycy brak, EKG w porządku, u ginekologa też nic niepokojącego, morfologia itd. książkowe, chudzielcem nie jestem, ale nadwagi ani tym bardziej otyłości nie mam… normalnie okaz zdrowia. Wypróbowałam wszystkie możliwe blokery, antyperspiranty, maści, łykałam tabletki, piłam szałwię i inne ziółka i efektu brak. Botox raz, że za drogi, to przecież całego ciała sobie nim nie ostrzyknę.
Nikt z mojej rodziny tak nie ma, więc to nie wina genetyki, chyba po prostu „taka uroda”, tylko naprawdę ciężko taką urodę zaakceptować…
Płacę alimenty na syna w wysokości 1600 zł. W piątek po południu odbierałem go od matki i odwoziłem w niedzielę wieczorem. Alimenty ode mnie na syna na pewno nie są na niego przeznaczane. Syn ciągle chodził w tych samych ubraniach i butach, które ja mu kupowałem. Za to matka ciągle się pindrzy i jest bezrobotna. Zażądałem od matki dziecka rachunków na co przeznacza alimenty, to mnie wyśmiała. Prawnie nie mogę tego wyegzekwować i bardzo mnie to boli, że ona sobie te pieniądze przewala na swoje wydatki, a na bieżące potrzeby syna typu ubrania, szkolne składki, leki, rozrywki itp. ja muszę wykładać drugi raz. Nie żebym żałował, bo dziecku nie żałuję, ale to co ona robi jest bezczelne. Bezczelne do tego stopnia, że jakiś czas temu zażądała żebym płacił więcej i czy zgadzam się po dobroci, czy ma iść do sądu, żeby ten podwyższył alimenty do 2000. Dotychczas jako tako dogadywałem się z byłą kobietą, ale tym razem mnie zagotowała. Syn ma 11 lat i dotychczas wyglądało to tak, że miał u mnie własny pokój i mógł sobie dowolnie wynosić co chciał do domu swojej matki. Powiedziałem "dość". Od kilku tygodni wszystko co jest u mnie zostaje u mnie, a jeżeli chce z tego korzystać, musi przyjść do mnie.
Po licznych kłótniach i zarzutach ze strony matki, że jestem wyrodnym ojcem i próbie blokowania weekendowych widzeń, wyobraźcie sobie, że mój syn wymógł na niej buntem częstsze odwiedziny u mnie. Więcej czasu spędza teraz ze mną i żałuję, że nie postawiłem sprawy wcześniej na ostrzu noża. Moje relacje z dzieckiem nigdy nie były lepsze, zwłaszcza że jego matka nie ma już tyle czasu na indoktrynowane go, a syn powoli sam dostrzega, że to nie jego ojciec był potworem, a matka nim jest. Zadałem sobie drugie pytanie, dlaczego ja mam płacić alimenty mojej byłej, skoro syn i tak większość tygodnia spędza u mnie? Poczekam jeszcze trochę i skieruję sprawę na drogę sądową i może, przy sporej dozie szczęścia, to ona będzie płaciła mi alimenty.
Piszę to wyznanie ku pokrzepieniu serc wszystkich oszukanych przez byłe kobiety. Da się, naprawdę się da.
Cisza na sali. Uczniowie piszą kartkówkę. Szybko, szybko - byle zdążyć. Zostało jeszcze kilkadziesiąt sekund. Skończyłam "UFFF... Sytuacja opanowana".
Nagle zza biurka nauczycielki dobiega niby to obojętny głos - "A wiecie, że jest jeszcze druga strona?". Okrzyki przerażenia, szybki szelest kartek na całej sali.
Po drugiej stronie nic nie było. Wtedy słyszymy diabelski rechot naszej wychowawczyni :D
Roztrzepana, niezorganizowana, nieuważna, a to tylko trzy z wielu tego typu przymiotników określających moją osobę. Historii jest wiele, a jedną z nich przedstawię w tym wyznaniu.
Ostatnie naście lat, pierwsza wielka miłość leży w szpitalu w mieście oddalonym o jakieś 100 km od mojego domu. Jako dobra dziewczyna postanowiłam pojechać, odwiedzić, wesprzeć prowiantem i rozmową. Czas na powrót, a że nie miałam jeszcze samochodu, czekam na dworcu PKS. Autobus podjeżdża, wsiadam, kierowca nalicza opłatę za bilet, a ja z impetem wyciągam portfel, a wraz z nim prosto w kierowcę wyskakuje z mojej torebki podpaska. Wszyscy w autobusie nawet nie starali się powstrzymać śmiechu. Podpaska utknęła w takim miejscu, że nie dało się jej wyjąć. Mimo wszystko całą drogę do domu puszczał mi oczko z ukrycia, powodując już wtedy również u mnie ataki śmiechu i żenady jednocześnie.
Zmęczona sesją i studiami wróciłam do domu, zjadłam mamine jedzonko i poszłam spać. W końcu swoje łóżku, ukochany miś. Nagle budzi mnie dziwne przeświadczenie, że ktoś się patrzy jak śpię... Otwieram oczy, a tu chude, blade, rozczochrane, garbate, w białej szacie. Tak się przeraziłam, że nie byłam wstanie się odezwać. Nagle upiór się odwraca i wychodzi z pokoju. To wszystko było tak nierealne, że stwierdzam, że to tylko sen i z powrotem usypiam (bardzo często mam realistyczne sny).
Rano wstaję i śmieję się z "koszmaru". Idę pod prysznic. Nagle słyszę skrzypienie drzwi. Szybka analiza. Nikogo w domu nie ma, czyli morderca. Chwytam baterię od prysznica, przygotowana na obronę - moim oczom okazuje się upiór ze snu! Zaczynam krzyczeć i upiór ucieka.
Ze strachu siedzę w łazience do przyjścia mamy. Opowiadam mamie o tym co się stało, ona na to w śmiech. Otóż mój upiór to ubrana w białą nocną koszulę babunia z demencją, o obecności której nikt nie raczył mnie powiadomić...
Muszę coś z siebie wyrzucić. Nie powiedziałem nawet najlepszemu przyjacielowi, wstyd, poczucie porażki... Sam nie wiem. Jest tego zbyt dużo. Popełniłem błąd. Ogromny, życiowy błąd i teraz czuję się jak śmieć. Mam 34 lata, a czuję się jak cholernie stary, zmęczony dziad.
Jakieś osiem lat temu poznałem dziewczynę, przez wspólnych znajomych. Byłem dość świeżo po bardzo bolesnym zerwaniu, a Patrycja, jak się okazało dłuższy czas potem, znajdowała się w układzie "to skomplikowane" ze starszym facetem o mentalności Piotrusia Pana. Ale nie wnikałem w to, w końcu to jej relacja, jej życie. Patrycja była niesamowicie radosna, we wszystkim potrafiła znaleźć dobrą stronę, energia jej nie opuszczała, a ze spojrzenia zawsze biło jakieś takie ciepło. Gdzie nie poszła, przyciągała ludzi – każdy szybko zaczynał ją lubić, każdy czuł się dobrze w jej towarzystwie. Była jak taki niegasnący promyk słońca. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. Ufałem jej tak, jak dotąd ufałem tylko najlepszemu kumplowi, którego przecież znałem od dzieciństwa. Patrycja była jedyna w swoim rodzaju i nie wiem kiedy to się stało, ale zakochałem się. Tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Rozumiała mnie, potrafiła rozśmieszyć, umiała wysłuchać, zawsze szukała rozwiązania problemu, nigdy się nie poddając. Nie miałem szans, przepadłem. Kiedy przeniosła znajomość ze swoim panem "to skomplikowane" na koleżeńską stopę, zacząłem się zbierać na odwagę. Nieśmiało jak jakiś młokos, robiłem szczeniackie podchody, ale Patrycja szybko mnie przejrzała. Pogadaliśmy wtedy – właściwie rozmawialiśmy całą noc. I postanowiliśmy dać sobie szansę. Byłem szczęśliwy jak cholera, związek kwitł, znajomi nam gratulowali, zaczęły się przyjacielskie przytyki "no wreszcie!". Rok później oświadczyłem się, niedługo potem odbył się ślub. Kiedy kolejny rok po weselu Patrycja oświadczyła mi, że jest w ciąży, prawie oszalałem ze szczęścia! Zaś na wieść, że zostanę tatą bliźniąt prawie zemdlałem... Kolejne dwa lata i chłopcy na Gwiazdkę dostali młodszą siostrę. W pracy szło świetnie – awans, podwyżka, nawet z rodziną, z którą bywało różnie, zacząłem się dogadywać.
I parę dni temu dowiedziałem się, dzięki znajomej. Żona kilka miesięcy po weselu odnowiła kontakt z "to skomplikowane". Możliwe, że dzieciaki, które tak kocham, nie są nawet moje. Skonfrontowałem się z Patrycją. Na początku zaprzeczała, a wreszcie rozpłakała się i wykrzyczała, że nigdy mnie nie kochała. Byłem tylko bezpiecznym kołem zapasowym, pocieszeniem. Mogła na mnie polegać, miałem pracę, własne mieszkanie, byłem nijaki, a ona potrzebowała zapomnieć o tamtym i uciec z toksycznego domu. Chciała tylko stabilizacji w życiu. A ja, głupek, myślałem, że się kochamy. Że jesteśmy prawdziwą rodziną. Czuję się jak nikt, jak śmieć.
Było to za czasów, kiedy imprezowaliśmy sobie z moim lubym, czyli w sumie związek na świeżo, 2-3 miesiące. Teraz już nie czas na takie szaleństwa.
Klub disco polo, na scenie Zenek, wychodzi na scenę obcy facet, prosi swoją kobietę i co to, co to? Klęka! „Grażynko (czy tam inna Karyno), w obecności twojego idola Zenona chciałem zapytać, czy zostaniesz moją żoną”. No gruba akcja, śmichy-chichy, ale w sumie to mówię mojemu, że fajnie, skoro to jej idol, to zaręczyny całkiem całkiem. Dziewczyna pewnie szczęśliwa, w sumie nieźle tak oświadczyć się na czyimś koncercie.
Miesiąc później ten sam klub, gra MIG. Tańczę, tańczę i nagle wołają mnie na scenę. Z imienia i nazwiska! Cholera jasna! Myślę sobie, czy za dużo wypiłam, czy to się dzieje naprawdę. Zlewa mnie zimny pot, ale robi mi się gorąco. Czy to już, czy to ten moment? Ale jak to już? Tak po trzech miesiącach? Skąd on wiedział, jaki mam rozmiar palca? I w ogóle MIG? Spoko, lubię ich, ale bez przesady, wolałabym oświadczyny na koncercie Sheerana. I nic nie dał po sobie poznać! Co mam powiedzieć? Co mam zrobić? Powiedzieć „tak”? Uciec? Dobra. Idę. Zaciskam pięści, z nerwów boleśnie wbijam paznokcie w dłonie. Czuję, że pocą mi się ręce. Wchodzę na scenę. DJ prosi mnie do konsoli i mówi: „Dowód zgubiłaś”.
Zakochałem się w swojej uczennicy.
Wiem, że zaraz obrzucicie mnie kamieniami i zlinczujecie, ale musiałem to w końcu napisać.
Wszystko zaczęło się, gdy podjąłem pracę w liceum ogólnokształcącym.
Już od pierwszych dni zwróciłem na nią uwagę. Denerwowała mnie swoim zachowaniem na zajęciach; jest wiecznie nieobecna, w ogóle nie zwraca uwagi na omawiane tematy, ciągle wpatruje się w okno lub jakiś punkt na ścianie.
Mimo wszystko jest niesamowicie dobra z mojego przedmiotu. Nie udziela się podczas zajęć, jednak ze wszystkich prac pisemnych otrzymuje praktycznie same oceny bardzo dobre i celujące.
Pewnego dnia postanowiłem sprawdzić jej wiedzę w inny sposób i pod koniec lekcji wyrwałem ją z zamyślenia, pytając z ostatnich tematów. Po paru minutach jej średnia nieco poszła w górę, podciągnięta przez szóstkę.
Zastanawiałem się, dlaczego w ogóle nie próbuje się udzielać, skoro jest naprawdę zdolną osobą z wiedzą wychodzącą nawet poza zakres rozszerzony.
Może to zabrzmi śmiesznie, ale naprawdę mnie zaintrygowała. Czekałem na lekcje z jej klasą, by przez te czterdzieści pięć minut co jakiś czas na nią zerkać. Byłem bardzo ciekawy, o czym tak ciągle myśli...
Po pewnym czasie zacząłem zwracać na nią większą uwagę, zwłaszcza podczas dyżurów na przerwach, apelach, przypadkowych spotkaniach na korytarzu...
Poza lekcjami nigdy nie rozmawialiśmy, więc tym bardziej byłem zaskoczony, gdy pewnego dnia przyszła do mnie z dość nietypową prośbą. Potrzebowała dużej ilości bardzo szczegółowych informacji o różnych postaciach historycznych i mało znanych wydarzeniach. Wiedziałem, że pomoc jej zajmie naprawdę dużo mojego czasu, ale mimo wszystko postanowiłem się zgodzić.
Była mi bardzo wdzięczna i od tamtego dnia spędzaliśmy razem więcej czasu. Jeszcze nigdy wcześniej poznałem tak inteligentnej i bystrej nastolatki, która szybko okazała się świetnym partnerem do rozmów. Urzekła mnie swoją... niecodziennością. Jest niezwykle specyficzną osobą, ale właśnie to mnie do niej przyciągnęło.
Niedawno miała mi powiedzieć, co takiego tworzy (była w trakcie jakiegoś większego projektu).
Nie zdążyła — została potrącona na pasach. Z informacji, które udało mi się zdobyć, wynika, że odniosła dość spore obrażenia, ale jej stan się poprawia i powoli wraca do zdrowia.
A ja teraz siedzę i piję sam, ciągle o niej myśląc. Przy okazji postanowiłem to napisać (dopóki jestem trzeźwy).
I pomyśleć, że do niedawna miałem się za odpowiedzialnego, twardo stąpającego po ziemi faceta... Tymczasem w głowie zawróciła mi dwa razy młodsza uczennica, dla której zrobiłbym wszystko, jednocześnie wiedząc, że mi nie wolno.
Jestem na tyle żałosny, że nie mogę nawet zebrać się w sobie i iść ją odwiedzić.
Mam 31 lat i wrażenie, że mając 13 lat myślałam tak jak teraz (chyba to przez to, że musiałam szybko dorosnąć). Mój ojciec był alkoholikiem, skończył z piciem, kiedy urodziła się moja młodsza siostra, od tamtej pory był to główny temat do pochwalenia się. Nie mówię, że to nie lada wyczyn przestać pić po ciągach jakie miał, ale do pracy to raczej się nie kwapił, żył ot tak sobie, a mama kombinowała. Później był ich wyjazd za granicę, żeby chociaż trochę polepszyć finanse, ja zostałam z młodszą siostrą, miała wtedy 8 lat. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że za ostro ją traktowałam, miałam trochę żalu, że zamiast samej zacząć układać życie, muszę się nią opiekować i swoją frustrację przekładałam na nią, chociaż zawsze o nią dbałam jak umiałam. Teraz na szczęście ma się dobrze i mamy fajny kontakt, a ja ciągle nie mogę ułożyć swojego życia... Mam za sobą same toksyczne związki, ciągle przewijają się używki.
Ostatni związek to porażka, a w nim pokładałam największe nadzieje. Zakochany na zabój przystojny, prosty chłopak, również po przejściach. Myślę – to musi być to, trochę go naprostuję i będzie tak po prostu normalnie (rodzina, dom). Sielanka długo nie trwała. Każdego dnia walczyłam, żeby nie zwariować – wahania nastroju, jego problem z uzależnieniem... Mamy wspólnie dziecko, wspaniałą córeczkę. Zdradził mnie, gdy mała miała 8 miesięcy. To był moment, że nie wytrzymałam i chciałam się rozstać, wtedy potoczyła się lawina złych zdarzeń. Czułam się jak w filmie (nie wiem, czy kojarzycie serial "Sprzątaczka"? To bardzo podobnie, tyle o ile mam gdzie mieszkać). Agresja, niby walka o dziecko z jego strony, chociaż absolutnie mu jej nie broniłam. Ciężko to wszystko opisać, ale najgorsze co może być, to słyszeć od osoby, którą się kochało, że mnie zabije, że jestem suką, szmatą etc.
Teraz mam chwilę oddechu i czasu do działania, bo jest zatrzymany już po raz drugi. Ciągle mnie martwi, czy po tym wszystkim dam radę dobrze wychować swoje dziecko. Czy będę na tyle silna, by przetrwać to co jeszcze mnie czeka, gdy on wyjdzie na wolność.
Jestem ministrantem i dosyć mocno angażuję się w kościele. Sytuacja zdarzyła się rok temu podczas przygotowań do jednej ze mszy dla dzieci.
Nie pamiętam dokładnie jaki temat był wtedy przerabiany, ale wiem, że miałem zostać wzniesiony do kościoła jak nieboszczyk - w trumnie.
Niefortunnie tego samego dnia naciągnąłem sobie mięsień, co dość ważne dla historii.
Sytuacja właściwa. Próba rozpoczęta, kładę się do trumny, co przyszło mi z niejaką trudnością, ze względu na mój uraz.
No dobra, leżę w tej trumnie, kiedy nagle koledze przypomniało się, że musi po coś skoczyć na probostwo. Poszedł razem z księdzem, zostawiając mnie w trumnie.
Leżę sobie spokojnie, kiedy nagle ktoś wchodzi... Myśląc, że to kumpel, wypaliłem bez patrzenia na gościa:
- Chcesz się położyć? Może to twój czas? He, he. Ja już tak tu pocierpłem, że czuję się jak nieboszczyk.
Jedyne co usłyszałem to stłumione dźwiękiem stłuczonego szkła "Kyrie Eleison" z ust typowej babci moherowej z kościoła.
Uprzedzając pytania: Babcia została bardzo szybko uświadomiona o pomyłce i uspokojona.
Zajęła nawet pierwszą ławkę na mszy z moim debiutem aktorskim.
Tyle strachu w oczach nie widziałem nigdy.... :)
Dodaj anonimowe wyznanie