#PtPZp

Będąc we wczesnych latach podstawówki (klasa 1-3), często słyszałam komentarze na temat mojej tuszy. Tak, miałam kilka kilogramów nadwagi, ale bez przesady. Mimo wszystko zostałam wykluczona ze społeczeństwa szkolnego, a moje życie towarzyskie ograniczało się do dwóch najlepszych przyjaciółek bliźniaczek, które widziałam raz na pół roku ze względu na dzielącą nas odległość. Przez zbędne złośliwe komentarze zaczęłam coraz mniej jeść i w szkole, jak i w domu. W połowie czwartej klasy miałam poprawną wagę, zaś na początku piątej zbliżała się ona do niedowagi. W mniej więcej połowie szóstej klasy byłam na poziomie anoreksji, a i zdarzały się również przypadki bulimii.
Dopiero pod koniec tejże klasy koleżanka, która wcześniej była jedną z tych, od której dostałam najwięcej obelg, zauważyła problem. Nie moi rodzice, przyjaciółki, rodzina. Dziewczyna, której nie ufałam i której nie lubiłam. Zaczęła spędzać ze mną więcej czasu, przynosiła do szkoły jakieś drobiazgi specjalnie dla mnie i mnie „dokarmiała”. Bym po prostu nie chodziła cały dzień głodna.
Na początku siódmej klasy Martyna poszła z tym co mnie dotyczy do szkolnego psychologa, bez mojej wiedzy. Dzięki niej rozpoczęło się moje leczenie i pokazywanie mi, że choćbym zobaczyła na wadze mój numer telefonu, nie mogę się dać opinii publicznej. I choć od tej sytuacji minęło kilka lat, ja wciąż żałuję, że w pierwszej chwili obraziłam się na Martynę. Bo to ona okazała się osobą, która mi pomogła.

Pomoc nie zawsze znajduje się w spodziewanych miejscach.

#GXwPr

Mój ojciec palił papierosy nałogowo odkąd pamiętam, czyli to będzie jakieś ponad 20 lat albo i więcej. Pamiętam jak chwalił się, że sięgnął po nie jeszcze w podstawówce.
Nie przeszkadzał mi sam fakt tego, że pali. Róbta co chceta, nie moje zdrowie. Przeszkadzało mi jedynie palenie w domu, łazienka ciągle szara od dymu, tak, że wietrzyć trzeba zanim się wejdzie, już nie mówiąc o przesiąkniętych dymem firankach w salonie czy zżółkniętych ścianach. Upominanie nic nie dało, codziennie „delektowałam” się oparami kaszląc, a w zimie trudno o całkowite otworzenie okien.
Matka zaczęła palić jakieś cztery lata temu z powodu kłopotów finansowych (szkoda, że na papieroski sumka zawsze się pojawiała).
Z moim bratem zawsze miałam dobry kontakt, pomagałam mu w zadaniach czy po prostu się wspieraliśmy, jak brat z siostrą. Zawsze byliśmy dla siebie szczerzy. Do tego wiedział, jak bardzo gardzę papierosami i zadeklarował, że on też. Obiecaliśmy sobie nigdy nie truć się tytoniem.

Brat od września chodził do pierwszej technikum, nowi ludzie, nowe towarzystwo. Gdy któregoś dnia przyszedł ze szkoły i zmierzał do swojego pokoju, usłyszałam, jak mówił coś przez telefon o fajkach. Odczekałam, aż się rozłączy i wparowałam do jego pokoju. Chamsko zaczęłam drążyć temat: o co chodziło. Nie chciał mówić, ale wydusił z siebie jedynie, że chodziło o pieniądze, które pożyczył koledze na papierosy, a ten mu jeszcze nie oddał. Nie uspokoiło mnie to, i dobrze. W jego rozsuniętym plecaku dostrzegłam paczkę fajek. Może nie powinnam mu tam grzebać, ale wyjęłam je i połamałam. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poczułam taki wewnętrzny zawód. Próbował tylko wmówić, że to nie jego, ale i on, i ja dobrze wiedzieliśmy, jaka jest prawda, i że nie uda mu się mnie oszukać. Po chwili nawet nie próbował się bronić. Poszedł w ślady ojca, a jeszcze niedawno razem planowaliśmy odciągnięcie rodziców od nałogu.

Niestety chyba nawet nałogi i złe nawyki przechodzą w genach na dzieci. Na szczęście na mnie nie przeszło, nigdy nie miałam papierosa w ustach.
Mam 22 lata. I od stycznia zdiagnozowanego raka płuc.

#UlmeE

Cieszę się jak dziecko, gdy widzę zrost, którego ostatni człon jest jednosylabowy – np. „Białystok”, „Dobrychłop”, „Starybrat” – i mogę go przeczytać na głos z akcentem na przedostatnią sylabę, który dzięki temu pada dokładnie tam, gdzie nie powinien, gdyby to były normalne dwa słowa.

Jestem ponad czterdziestoletnim facetem i zarobkowo zajmuję się między innymi korektą tekstów.

#verGG

Mam 24 lata i ze względu na swoje zainteresowania obracam się głównie w towarzystwie osób, które w wolnych chwilach oglądają anime (japońskie kreskówki). W większości są to ludzie ogarnięci życiowo, którzy okres podniecania się animowanymi pornolami mają dawno za sobą lub w ogóle nie fascynował ich ten gatunek kreskówek... ale to wyznanie będzie właśnie o osobie z tej mniejszości.

Jakiś czas temu poznałem dość specyficzną kobietę, która wydawała się mną zainteresowana. Mieliśmy podobne zainteresowania i wspólne grono znajomych, więc często spędzałem z nią wolne popołudnia. Trzeba przyznać, że flirtować nie umie, a już na pewno nie w subtelny sposób. Dla niej klepnięcia w tyłek, "macanie klaty", wymyślanie wierszy o miłości (mówiących dosłownie, że nie muszę być nieśmiały i mogę wykonać pierwszy ruch) i publikowanie ich na mojej tablicy na Facebooku są normalnym sposobem na podryw faceta. Ze względu na jej dość oryginalne zachowanie, nie byłem i nadal nie jestem nią zainteresowany, więc zaproponowałem jej spotkanie i wyjaśniłem tę kwestię najbardziej wprost jak się tylko dało. Ustaliliśmy, że możemy nadal pozostać dobrymi znajomymi, ale nic więcej. Myślałem, że zrozumiała...

...ale chyba się pomyliłem. Właśnie przesłała mi opowiadanie, które napisała i poprosiła, żebym poprawił ewentualne błędy i powiedział, czy mi się podoba, bo chce je opublikować w internecie. Przeczytałem, ale mimo to odpisałem jej, że nie mam teraz czasu i sprawdzę je jutro.
Opowiadanie to (jak mi wytłumaczyła wcześniej) napisała pod wpływem natchnienia po obejrzeniu hentaia, czyli animowanego pornola, o którym wcześniej pisałem. Jest więc to bardzo niskich lotów erotyk o pewnej parze, która spotyka się w takich samych okolicznościach co my, zakochuje się w sobie (choć facet jest bardzo nieśmiały i nie chce się do tego przyznać), a potem jest opis ich igraszek i innych zabaw dla dorosłych. I może bym uznał, że niepotrzebnie dramatyzuję, ale imiona bohaterów to nasze pseudonimy, które używamy w internecie.

Podsumowując, dostałem dziś pornosa z moim udziałem napisanego przez laskę, której dałem kosza. I wiecie co? Nie mam już zielonego pojęcia jak jej wytłumaczyć, że naprawdę mi się nie podoba i to wcale nie jest kwestia nieśmiałości...

#R7oxt

Może jestem bez serca, ale jakoś dziwię się swojej rodzinie w części wegańskiej.

Dla mnie to normalne, że w świecie zwierząt np. niedźwiedź polarny poluje na fokę czy lew na antylopę. Drapieżnik to drapieżnik. Trochę mnie denerwuje, jak w dziecięcych piosenkach pojawia się rekin, który je glony. Odczuwam takie zatajanie przed dziećmi i ich wrażliwą psychiką, skąd bierze się schabowy na stole.

Ostatnio kot na wsi upolował myszkę (polną, a nie czyjeś zwierzątko). Mysz jeszcze żyła. Rodzina „nakrzyczała” na kota, że tak nie wolno, kot został zamknięty w pokoju, a kuzynka pojechała z myszką do weterynarza ratować biedne życie.

Czy jestem bez serca uważając, że takie zachowanie to przesada?

#lwXJH

Wybrałem się na randkę w ciemno z fajną dziewczyną, która (jak się okazało na spotkaniu) jeździ na wózku inwalidzkim.

Dobrze nam się gadało, a po kawie w restauracji wybraliśmy się do parku na przechadzkę. W pewnej chwili żartowaliśmy sobie i wpadłem na pomysł, żeby pobiec, a tym samym szybciej popchać jej wózek.

W pewnej chwili, kiedy wózek był bardzo rozpędzony, potknąłem się i wyśliznął mi się z rąk. Z przerażeniem patrzyłem, jak zatrzymuje się na trawniku obok 2 oczywiście wywrócił się razem z moją towarzyszką.

Na szczęście skończyło się to dla nas tylko drobnymi otarciami, a ona się roześmiała i powiedziała, że była już zmęczona tym, że każdy obchodził się z nią jak z jajkiem i brakowało jej odrobiny szaleństwa :D

#uMhiG

Jestem osobą w spektrum autyzmu. Wcześniej napisałabym, że mam zespół Aspergera, ale obecnie zmieniła się nomenklatura.
Tylko mój małżonek o tym wie. Nie mówiłam nikomu, nawet pozostałym członkom rodziny (diagnoza w dorosłości), gdyż świadomość autyzmu jest na żenująco niskim poziomie.
Nie mówię nikomu, bo boję się, że ludzie zaczną mnie postrzegać jako osobę upośledzoną, albo taką, która chce zwrócić na siebie uwagę, albo próbującą na coś zrzucić ujowy charakter. Ludzie mają mnie za dziwaczkę lub po prostu mnie lubią (każdy z innego powodu). Wolę, żeby tak zostało, bo brakuje mi sił na uświadomienie otoczenia. Czuję się z tym źle, bo jestem wysokofunkcjonująca i reprezentuję grupę autystyków, którzy mogą żyć (prawie) normalnie, ale jednak chcę zachować resztkę reputacji.

#jGcYy

Dość wcześnie wstaję do szkoły (5:30). O 6:30 mam autobus, 30 minut później jestem już w budynku szkoły.

Jak spędzam ten czas (czasami godzinę, czasem dodatkowo jeszcze pięćdziesiąt minut gdy mam na drugą lekcję) do czasu rozpoczęcia zajęć?

Moja szkoła znajduje się w dużym mieście, więc większość osób mieszka niedaleko niej – budynek zapełnia się około 7:45. Mam więc około 45 minut, zanim na korytarzu rozlegną się krzyki. Po wejściu do budynku wchodzę od razu na piętro, na którym rozpoczynam zajęcia, i kieruję się w stronę damskiej toalety. Tam wybieram najdalej położoną od drzwi kabinę, zamykam ją na zamek, siadam na kafelkach i nie zdejmując płaszcza... idę spać. Do ostrego zapachu chloru i środków czystości już się przyzwyczaiłam. Jestem pierwsza w toalecie, od czasu posprzątania jej przez pedantyczną panią Joasię, więc zarazków się nie boję.

Od dwóch lat nikt jeszcze nie odkrył mojej tajemnicy.

#yRIBu

Wszyscy, którzy to czytacie – błagam, kastrujcie koty!

Parę dni temu przygarnąłem cztery porzucone kociaki. Chore. Koci katar, świerzbowiec uszny. Ale z przyjaciółką myślimy, że uda nam się uratować. Jadły. Były u weta. Wet powiedziała, że wszystko jest OK. Po prostu dostały witaminy i antybiotyk na ropiejące oczki. No i generalnie spokojnie, nic im nie będzie, ale póki co są troszkę za młode na odrobaczenie. Na drugi dzień patrzę, a dwójka z nich leży. Całe zimne, ledwie miauczące. Z przyjaciółką 30 minut robiliśmy im masaż serca. Poprawiło im się... Na chwilę. U weta zmarły. Niewydolność krążeniowo-oddechowa. Udusiły się pasożytami. Dożyły wizyty tylko dzięki, a może i przez, masaż serca. Kotka „w prezencie” dała im pasożyty, które dla takich maluchów w takiej ilości są śmiertelne.

Nie mówcie, że koty na wolności sobie poradzą. Że kastracja im tylko szkodzi. To, co się dzieje z takimi maluchami jest po prostu chore. Nie dałem szczegółowych opisów, chociaż dość dokładnie powiedziałem co im było, ale uwierzcie, że szczegóły nie są one przyjemne i nie chcę traumatyzować co wrażliwszych osób...
Dodaj anonimowe wyznanie