Jestem samotnym facetem po trzydziestce. Stabilna praca, własne mieszkanie... Co tu może być nie tak?
Płaca nieco tylko powyżej najniższej krajowej. Na remont musiałem wziąć kredyt, którego rata wzrosła w ostatnich miesiącach o ponad 50%. Do tego większy czynsz, wzrost cen dosłownie wszystkiego. Do tego moja choroba, która kosztuje mnie 800 zł miesięcznie w postaci leków. Musiałem wziąć dodatkową pracę dorywczą, bo na nic nie starcza... Pracuję po 10-14 godzin dziennie (weekendy też) i ledwo mi to starcza.
Patologia dostaje wszystko – 500 plusy, ulgi, dofinansowania, jedzenie itp. itd., a mnie nie przysługuje NIC. Dochodzę powoli do wniosku, że samotny, uczciwie pracujący człowiek w tym kraju jest śmieciem.
Chciałem się tylko wyżalić, bo już nie mam siły... Rozważam wyjazd i sprzedaż mieszkania. Przy moim zdrowiu na dłuższą metę naprawdę nie dam rady żyć w ten sposób.
Leciałam z Rzymu do Krakowa. Wesoły chłopak, który usiadł na siedzeniu po drugiej stronie przejścia zerknął na mnie zaraz przed startem i zagadnął, że podoba mu się mój sweter (taki w norweskie wzorki, strasznie to lubię). Nic nie odpowiedziałam, tylko patrzyłam na niego przerażona, jakby mnie prąd poraził. Jego mina się zmieniła i pewnie pomyślał, że w jakiś sposób sprawił mi przykrość, ale po chwili go olśniło. "Ty się boisz latać, prawda?" - spytał, a ja tylko przytaknęłam, bo byłam sparaliżowana strachem, samolot właśnie rozpędzał się na pasie startowym. "Potrzymać cię za rękę?" - znów tylko przytaknęłam, zamknęłam oczy, złapałam go za rękę i po chwili samolot oderwał się od ziemi. Uśmiechnęliśmy się do siebie, ale ja w dalszym ciągu nie mogłam słowa powiedzieć, aż do momentu, kiedy wylądowaliśmy w Krakowie. Chciałam mu podziękować, ale na lotnisku gdzieś mi zniknął...
Tego samego dnia byłam wieczorem ze znajomymi w knajpie na Starym Mieście i zobaczyłam go, kiedy wychodził z pubu obok. Szłam w jego kierunku, ale mnie nie zobaczył, wsiadł w taksówkę i odjechał.
Parę godzin później stałam z koleżanką, opatulona jak bałwanek (czapka, szalik, gruba kurtka), przy pomniku Smoka Wawelskiego i usłyszałam za sobą znajomy głos, który powiedział po prostu "Hej, ładny sweter!" - potencjalnie najgłupsze słowa w tej sytuacji (dla ludzi z boku), które sprawiły mi jednak ogromną radość. Tak, to był on! Umówiliśmy się następnego dnia, i następnego, i następnego... Właśnie mija rok odkąd się poznaliśmy. Mieszkamy razem na Starym Mieście w Krakowie i latamy razem po świecie. Już nie boję się latać, jednak mimo to zawsze trzyma mnie za rękę.
Irytują mnie Ukraińcy. Nie zrozumcie mnie źle, mam wiele współczucia dla uchodźców i sytuacji na Ukrainie, pomagam, jak mogę, angażuję się w wolontariat itp.
Ale od początku inwazji zauważyłam drastyczny wzrost sytuacji, jak palenie na przystankach, dyskoteka w tramwaju czy krzyczące dzieci, rodzice bijący dzieci itp. Nawet uwagi nie idzie zwrócić, bo nie rozumieją lub udają, że nie rozumieją. No i oczywiście obrońcy „biednych uchodźców”, którzy robią co chcą i myślą, że jako uchodźcy mogą wszystko.
Może w ich kraju to normalne, ale u nas są inne zasady prawa i współżycia społecznego i powinni się dostosować, a jeśli komuś się nie podoba, to zawsze może ten kraj zmienić.
Mam 22 lata i jestem wierząca.
Pewnego razu podczas wypadu na piwo mój chłopak przyznał się przed dobrym kumplem, że nie śpimy ze sobą i nie zamierzamy tego robić do ślubu. Okej, kumpel zrozumiał, nie ma sprawy, nasz wybór.
Niestety prawdopodobnie powiedział o tym swojej dziewczynie, która jest niezłą plotkarą i tydzień później cały jego rok na studiach o tym plotkował. Parę osób rzucało do mojego faceta tekstami, że jestem dobrą dupą i jak nie umie nic z tym zrobić to oni mogą mu pomóc/ że trzymam go krótko i że w takim razie lepiej żeby mnie rzucił albo zdradzał, i tak dalej, pomysły były naprawdę różne. Mam to gdzieś, nie obchodzi mnie to za bardzo, ale to kolejny raz kiedy czuję się prześladowana w tym kraju. Nie noszę beretu, nie popieram PiSu, rozumiem kobiety, które są za aborcją, nie wtykam innym nosów w łóżka i nie mówię jak mają żyć.
Mój najlepszy przyjaciel lubi naprawdę specyficzne rzeczy w łóżku i nie oceniam go za to, nadal jest moim najlepszym przyjacielem. Za to jak powiem, że nie mogę dzisiaj, bo idę do kościoła, nie pójdę na imprezę, bo jest Wielki Post to od razu wszyscy mają jakieś wielkie problemy. Pominę akcje na fejsie typu: walentynki z Jezusem, w walentynki odmawiam różaniec i wszelkie śmieszki na tych stronach. Pominę wszystkie teksty o tym że równie dobrze mogę się modlić do Latającego Potwora Spaghetii.
Pominę hejty na wszystkich katolików za WOŚP choćbym pół dobytku do puszki wrzuciła. Pominę hejty za własne zdanie. Po prostu nie mogę zrozumieć jak można być takimi hipokrytami i mówić, że każdy ma prawo do własnego zdania, a kościół niech się odczepi od mojego łóżka, a potem mówić innym, że trzeba się wypróbować, bo związek się rozpadnie.
Kiedy byłem jeszcze 10-letnim chłopakiem, zapłonął we mnie ogień romantyzmu. O ile przy poprzednich walentynkach zdarzało mi się dostawać karteczki, to pierwsze moje prawdziwe zauroczenie nastąpiło w 4 klasie. Była dla mnie idealna, więc szybko postanowiłem napisać specjalnie dla niej krótką walentynkę. Nie byłem wtedy jeszcze jakoś szczególnie pewny siebie, a był to dla mnie jedyny sposób, by jakoś się do niej zbliżyć. Po kilku „żartobliwych” poradach od starszej siostry odnośnie treści, udało mi się ją w pełni ukończyć.
Nastał ten wyczekiwany dzień. 14 lutego. Radosny, ale i nieco wystraszony poszedłem do szkoły. W końcu na którychś z zajęć weszła do naszej klasy ekipa zbierająca karteczki. Natychmiast sięgnąłem po moją i… okazało się, że zostawiłem ją w domu. Tego dnia przeżyłem jeden z największych szoków w moim życiu.
Drugi przeżyłem, gdy po latach spotkałem się z moją dawną wybranką serca, która zdążyła do tego czasu przejść operację zmiany płci.
Pozwólcie, że opowiem Wam historię zasłyszaną od mojej przyjaciółki ze studiów. Studiując w innym mieście, zatrzymała się na pewien czas w domu swojej cioci, która ma syna. To o nim będzie to wyznanie. Od razu mówię, że nic co tu opiszę nie będzie przesadzone, chociaż może będzie to brzmiało mało prawdopodobnie. Chłopak ten ma 15 lat. Jest normalnym nastolatkiem, wesołym i sympatycznym. Miałam okazję go poznać i z pozoru niczym nie różni się od innych. Ma natomiast jedną wadę – jest niesamodzielny. I jeśli macie teraz przed oczami nastolatka, który nigdzie sam nie wychodzi, to zapomnijcie o tym. Jest na tyle przywiązany i uzależniony od mamy, że robi ona za niego praktycznie wszystko. Obiadu sam nie ugotuje, nie posprząta, nie wypierze. Wszystko robi jego mama, ewentualnie tata. Gdy na obiad zupa, matka karmi go z łyżki, bo sam sobie nie poradzi. Chłopiec śpi z mamą w jednym łóżku. Do niedawna mama go kąpała. Chcecie więcej? Proszę bardzo. Po skończonym posiedzeniu na tronie... chłopiec woła „skończyłem” i mamusia leci podcierać pupkę. Nie wiem jak jest z goleniem miejsc intymnych, ale pewnie podobnie jak z pachami i wąsem, chyba nie muszę mówić. Wyjazd na dwudniowy biwak był dla niego ogromnym przeżyciem, bo w wieku 14 lat był to jego pierwszy poważny wyjazd.
Mama podobno odprowadzała go do szkoły do zakończenia podstawówki, potem chodził sam, bo szkołę widział dosłownie z okna. A mama i tak się o niego bała, czy poradzi sobie na pasach.
Nadopiekuńczość, nadmierna ochrona... nie wiem jak to nazwać. Dopiszcie sobie sami.
Szedłem sobie w nocy starówką, wracając do domu. Zaczepiło mnie trzech dresów słowami typu: „Zgubiłeś się?”, „Sznurówka ci się rozwiązała”. Miałem przy sobie tylko wojskową legitymację, ale zachowałem zimną krew i zarazem zaryzykowałem. Otworzyłem ją, mówiąc: Kolego, policja, daj sobie spokój lepiej, dobrze?
Przeprosili i się rozeszli. Uff...
Najlepiej jest mieć wyluzowanych rodziców, którzy dobrze dogadują się z twoimi kumplami. Najgorzej, kiedy dowiadujesz się, że u znajomków jest impreza, twoi starzy idą, a ty nie jesteś zaproszony.
O tym, jak ludziom związanym zawodowo z kulturą nieraz jej brakuje.
Jakiś czas temu rodzice wybrali się do teatru. Na widowni zasiadł również znany satyryk, który przez lata prowadził „Śmiechu warte” i zapraszał na herbatkę w telewizji publicznej. Towarzyszyły mu dwie kobiety. Wiadomo – po zajęciu miejsc trzeba trochę poczekać na rozpoczęcie spektaklu. Nikt nikomu nie zabrania rozmów, ale wypadałoby, aby konwersacje prowadzić raczej po cichu. Czy to dotyczyło sławnego pana? Otóż nie. On i jego towarzyszki rozmawiali tak głośno, że obsługa teatru parokrotnie prosiła ich o uciszenie się.
Podczas spektaklu zachowywali się w miarę przyzwoicie. Ciąg dalszy pokazu pt. „Zobaczcie wszyscy, kim jestem” nastąpił po wyjściu z sali. Był styczeń, a zatem ustawiła się kolejka do szatni po odbiór kurtek. Widzowie powinni wiedzieć, że kolejka jest dla zwykłych ludzi, a nie dla takich gwiazd, jak „Dyżurny Satyryk Kraju”. Nie robiąc sobie nic z ogonka, gwiazdor i kobiety, które z nim były, ostentacyjnie minęli kolejkę i podeszli do szatni, Pan D*****a dodatkowo wyjął 10 zł i trzymał banknot razem z numerkiem, żeby wszyscy zobaczyli, że daje napiwek szatniarzowi.
Jak się okazuje: szewc bez butów chodzi. Praca w kulturze nie oznacza, że ktoś musi być kulturalny.
Ostatnio naczytałam się o głupich powodach i wymówkach dla rozstania się z drugą osobą. To mi przypomniało czasy mojego liceum i mój ówczesny związek. Nie jestem pewna, ale była to chyba 1 czy 2 klasa liceum. Byłam w (tak mi się wtedy wydawało) poważnym związku. Z chłopakiem byłam już 9 miesięcy, a więc jak na czasy liceum to prawie pół życia. Byliśmy blisko. Zero tajemnic, zero tematów tabu itd. Rozmawialiśmy właściwie na każdy temat. Chłopak wydawał się super porządny, ogarnięty, wiecie, taki prawie-blisko-pan-idealny. No ale od jakiegoś czasu widziałam, że coś nie dawało mu spokoju, nad czymś głęboko dumał i często przyglądając mi się popadał w zamyślenie. Myślę sobie – przytyłam, albo już mu się nie podobam, albo coś zrobiłam, albo znalazł inną... tysiąc myśli na minutę. Nie dało się z niego wyciągnąć o co chodzi, aż pewnego dnia wydukał: „jak to wygląda?”. Yyy, no ale że co jak wygląda? Wiedziałam! Wiedziałam, że kiedyś zauważy te fałdkę na brzuchu, kiedy siadam! „No, jak wygląda, kiedy macie okres – zużyty tampon czy podpaska?”. OK. Nie wiem kto miał wtedy ciekawszy wyraz twarzy. Spytałam, czy serio chce to zobaczyć? Czy jest absolutnie pewien? Wtedy jeszcze twierdził, że tak i jak się pewnie już domyślacie, nadszedł okres, prezentacja i dzień po tym zerwał ze mną, twierdząc, że w życiu nie widział nic bardziej obrzydliwego i nie może już na mnie patrzeć ani o mnie myśleć, bo od razu ma przed oczami obraz zużytego tamponu.
PS Nie wiem, czy koleś do tej pory znalazł dziewczynę :D
Dodaj anonimowe wyznanie