#bVAtR

Historia niżej wspomniana przydarzyła się mojej siostrze. Mieszka ona w Holandii, gdzie prezenty daje się częściej w Mikołajki niż w Boże Narodzenie.
Otóż moja siostra wybrała się na zakupy do galerii handlowej. Jak to przed Mikołajkami, kupiła masę wypasionych prezentów dla swoich dzieci... Po skończonym szaleństwie, jak każdy normalny człowiek, chciała zapakować zakupy do samochodu. I właśnie tu jest pies pogrzebany... zapakowała prezenty do czerwonego auta (bo takie właśnie posiadała) i nawet rozmiar i kształt wehikułu się zgadzały. Niestety tylko tyle... Siostra zatrzasnęła bagażnik, do którego zapakowała prezenty i nagle olśnienie! To nie jest jej samochód.

Była godzina 18, na parkingu pełno aut. Stwierdziła, że poczeka na właściciela, wytłumaczy mu całe zajście i odzyska swoje mienie. Niestety, minęła godzina, potem dwie, potem cztery, następnie galeria się zamknęła, a właściciela auta nadal nie ma! Łzy w oczach, strach, panika i śmiech koleżanek, którym opowiadała to przez telefon. I to czekanie.

O 23 pojawił się właściciel auta... pracownik McDonalda, otwartego godzinę dłużej niż galeria. 5 godzin oczekiwania, żeby dostać się do swoich zakupów, mina właściciela auta i zażenowanie siostry... Cóż, jest to historia od trzech lat wspominana przy rodzinnym stole... A moja siostra chyba nawet zapamiętała numery tablicy rejestracyjnej i markę swojego auta.

#LRZAR

Ja i mąż jesteśmy ze sobą od ponad 20 lat. Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po 17 lat, więc jasne jest, że na przestrzeni czasu nasz wygląd się zmienił. Ostatnio gdy spojrzałam w lustro, zauważyłam u siebie pierwsze drobne zmarszczki, głównie pod oczami i w ich kącikach. Nic wielkiego, drobne linie.

Mój mąż wyjechał na tydzień, a gdy wrócił i usiedliśmy razem w salonie, długo patrzył mi prosto w oczy (często to robimy, bo po prostu uwielbiamy na siebie patrzeć). Tym razem powiedział: "O rany, masz zmarszczki. Skąd one się tam wzięły?". Patrzyłam na niego z uśmiechem, a on przybliżył się, pocałował mnie i dodał: "Wiesz co to znaczy? Starzejemy się razem. Jakie to ekscytujące!". Oczywiście zaczęliśmy się z tego śmiać.

Mój mąż dodał, że te zmarszczki oznaczają, że dużo się śmieję, ponieważ jestem szczęśliwa i jest nam razem dobrze. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo miło było to usłyszeć :)

#UL8ho

Pracuję jako streetworkerka z bezdomnymi. Praca dość niewdzięczna, często muszę rozmawiać z nietrzeźwymi, brudnymi, zawszonymi ludźmi, wiem, że często upadli oni na własne życzenie, że nie muszą tak żyć, ale mam też kilku podopiecznych, którzy "przypadkiem" znaleźli się na ulicy (są to ludzie, którzy po domu dziecka nie mieli się gdzie podziać, byli więźniowie, których rodziny odrzuciły, osoby poniżej normy intelektualnej, które powinny mieć miejsce w DPS-ie, ale OPS nie spieszy się z umieszczeniem takiego delikwenta w placówce).

Jeden z moich podopiecznych to właśnie taki gość, który jest na poziomie wesołego nastolatka - nie troszczy się o nic, nie potrafi sam ogarnąć sobie życia, ale żyje w pustostanie i zna swój mały rewir (pustostan, pobliski park, skup butelek, sklep, parafia). Właściwie nie porusza się nigdzie indziej, nikomu nie zawadza, jest dość czysty jak na takie warunki życia, tylko ma jeden mankament - pije.

Niedawno pan R. miał atak padaczki alkoholowej, przewrócił się i wbił sobie metalowy pręt w brew i skroń. Jak do niego przyszłam, miał całe oko zapuchnięte, lała się ropa i krew, a gość skarżył się na ból oka i brak widzenia. Szybka decyzja - jedziemy do lekarza. W Warszawie, gdzie pracuję, przyjmują darmowo, bez ubezpieczenia Lekarze nadziei (podkreślam, że w Warszawie, bo nie wiem jak to jest w innych miastach).

Podczas wizyty okazało się, że oko jako takie jest całe, ale ropa spływa nie tylko na wierzch, ale też za gałkę oczną, co grozi zapaleniem opon mózgowych. Pani doktor poleciła nam udać się jak najszybciej do jednego z głównych szpitali, bo być może potrzebna będzie operacja (a na pewno wizyta u chirurga okulistyki), sama próbowała umówić nam wizytę i wyjaśnić potrzebę konsultacji, ale niestety przez dwie godziny nikt na recepcji w szpitalu nie odbierał telefonu (główny szpital w stolicy, szczycący się ludzkim podejściem do pacjenta).

Po przyjeździe do szpitala (godzina 18:00), do 22:00 czekaliśmy na rejestrację, a później dodatkowe problemy - brak ubezpieczenia pacjenta, nieznajomość przepisów prawnych przez p. rejestratorkę, niechęć w przyjmowaniu "takiego człowieka", aż w końcu, po postraszeniu telewizją, wypisano nam kartę i kazano czekać.

I tu zaczyna się nasz prywatny exodus - przeszliśmy przez salę rotacyjną, wysłano nas na ginekologię (bo lekarz nie chciał przyjmować u siebie w gabinecie, więc posadził mężczyznę na fotelu dla kobiet), chirurgię, okulistykę, laryngologię, znów do sali rotacyjnej i tak do 3 w nocy. W końcu lekarz powiedział mi (o godzinie 3:20), że umówił pana R. na wizytę na 7:00 i łaskawie zgodził się przydzielić leżankę. Dodam jeszcze, że wyśmiał mnie za to co robię, a na koniec życzył mi i moim przyszłym córkom, by taki R. "zgwałcił kiedy mnie i je, a zobaczę co to za człowiek"...
Nie rozumiem tego systemu...

#8dz6V

Mam 17 lat. Należę do dosyć zwariowanej rodzinki, którą postaram się wam opisać.

Mama to zapalona katoliczka. Do kościoła każe mi chodzić min. raz w tygodniu (sama jest ok. 4). Na tacę daje sporo (zarobek miesięczny to coś koło 2000 głównie dzięki 500+), więc na życie zostaje niewiele. Dodam też, że jeśli nie pójdę do spowiedzi raz na 2 tygodnie, to mam automatyczny zakaz na wszystko. Pozostaje tylko Biblię czytać.

Brat nr 1 - 2 lata temu wstąpił do zakonu i to zanim moja mama się taka stała. Nie powinien tam być po tym, co się stało. Molestował mnie gdy miałem 7 lat. Był w moim wieku. Nikt o tym nie wie. Wiem, że wyrzuciliby go, gdybym powiedział to jego "braciom".

Bracia nr 2 i 3 są ministrantami. Ledwo co zdają do następnych klas. Nie mają przyjaciół i tylko modlą się dniami i nocami.
Jestem całkowicie pewien, że jeden z nich będzie księdzem.

Ojczulek jest jedynym wyjątkiem (oprócz mnie). Kurwa czy chuj z ust wylatują mu naprawdę co 5 sekund. Ledwo co ukończył szkołę i teraz narzeka, że go ręce bolą od wysiłku w pracy. Regularnie bije nas (oprócz żony) i jest dla nas wredny. Dodam też, że to straszny homofob.

Jestem gejem i nie wierzę w Boga.

Coś czuję, że moja "religijna" rodzinka zdziwi się jak im powiem.

#Jo6Bf

Od zawsze byłam ja, moja mama i siostra.
Gdy ja poszłam na studia, to siostra wyszła za mąż i zamieszkała z nim w domu mojej mamy. Gdy skończyłam studia, to moja siostra urodziła pierwsze dziecko. Nie mogłam znaleźć pracy w wyuczonym zawodzie, więc wróciłam do domu rodzinnego. Mama już na emeryturze. Jak się okazało, przepisała dom siostrze już jakiś czas temu „bo ona ma rodzinę”. Nie powiem, przykro mi się zrobiło. Szwagier pracuje jako kierowca i rzadko bywa w domu. Ustaliłam z siostrą, że pomogę jej przy dziecku za wyżywienie, a w tym czasie będę się rozglądać za pracą.
Siedem miesięcy później zorientowałam się, że zostałam służącą mojej siostry i matki. Praca 24/7 za wyżywienie i dach nad głową. Nie wytrzymałam i wygarnęłam im wszystko. Że zawsze byłam na zawołanie, że mamusia nie wie co je jej dziecko, nie zna jego ulubionej bajki czy jak go położyć spać.
Po wielkiej kłótni zabrałam walizkę i pojechałam do koleżanki, gdzie pomieszkałam parę dni. Później praca na szybko w telemarketingu i wynajęty pokój.
Obecnie, dwa lata później, mam pracę w zawodzie, chłopaka i kawalerkę, którą wynajmuję.
Co u siostry? Wiem tylko tyle, że ma drugie dziecko.
Ale żal mi relacji z mamą, która uważa, że skoro siostra ma dzieci, to moim psim obowiązkiem jest jej pomaganie. Ale pomoc to nie niewolnictwo.

#ghMlv

Lubię zapach wysypiska śmieci.

Moja babcia pracowała na śmietnisku przez kilkanaście lat. Zawsze przynosiła nam zabawki, ubrania, środki czystości czy jakieś kosmetyki, które były dobre, a wyrzucano je z różnych powodów. Jej ubrania były przesiąknięte tym zapachem.
Czasami też spaliśmy u niej, kiedy nasi drudzy dziadkowie byli pijani.

Ten zapach zawsze kojarzył mi się z babcią i mimo że nie pracuje tam już kilka lat, to dalej czasami go czujemy na jej ubraniach.

#xkaet

Pojechałem ze swoją (już byłą) dziewczyną na wakacje do Hiszpanii. Miał być to zasłużony dla nas odpoczynek i możliwość spędzenia czasu tylko we dwoje. Ja, ona, podziwianie widoków, spacery, zwiedzanie. Tak przynajmniej to sobie wyobrażałem.
Problemy zaczęły się już pierwszego dnia. Dziewczyna zaczęła narzekać, że za gorąco, że buty niewygodne, że źle się spakowała, że tutaj ciągle pod górkę, że w autobusach trzeba siedzieć w maseczkach... Ogólnie wszystko było źle. Narzekała na wszystko.

Na początku jakoś to znosiłem. Szukałem sposobów, by jakoś rozwiązać jej problemy. Tu poszliśmy na zakupy, zamawiałem taksówki, na bardziej upalne godziny wracaliśmy do hotelu. Dogadzałem jej jak tylko mogłem. Zabierałem do kawiarni, drogich restauracji, ale ciągle coś było nie tak. Jednak pod koniec wyjazdu coś we mnie pękło. Zobaczyłem parę naprawdę zakochanych ludzi. Poważnie, nigdy w swoim życiu nie widziałem bardziej wpatrzonych w siebie ludzi. Szli, trzymając się za ręce. Niby nic, ale dziewczyna wpatrywała się w chłopaka z takim uśmiechem na twarzy, że aż miło się na sercu robiło. Usiedli przy stoliku obok. Żadne z nich nie wyjęło telefonu, siedzieli, rozmawiali po angielsku o planach na jutrzejszy dzień. Gdzie moja dziewczyna chyba nie odłożyła telefonu nawet na pięć sekund. I tak patrzyłem to na nich, to na nas. I nagle dotarło do mnie, że właściwie przez cały wyjazd nie rozmawialiśmy o niczym. Ona była ciągle wpatrzona w telefon.  Po wspólnym posiłku zamówiłem oczywiście kolejną taksówkę i w oczekiwaniu na nią dalej zerkałem na tą parę. Szli w drugą stronę, tak samo wpatrzeni w siebie. W tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że moja dziewczyna nigdy nie patrzyła na mnie w ten sposób. Co więcej, miałem wrażenie, że moja karta uszczęśliwia ją bardziej niż ja, a telefon był jej całym światem.

Do końca wyjazdu próbowałem zrobić wszystko, by zobaczyć szczery uśmiech na jej twarzy. To nie tak, że się poddałem. Tamta para stała się dla mnie inspiracją. Całą resztę wyjazdu skakałem jeszcze bardziej wokół swojej dziewczyny. Jednak czego bym nie zrobił, wszystko zaczynało się i kończyło na zrobieniu zdjęcia telefonem i wrzuceniem fotki na media społecznościowe...
Rozstaliśmy się po tym wyjeździe.

#MJrKZ

Mieszkam w większym mieście i od kilku już lat dojeżdżam do pracy autobusem miejskim, zazwyczaj stojąc przez całą podróż. Około godziny 7 rano autobusy są przepełnione, dzieci jadą do szkoły, dorośli do pracy i z jakiegoś powodu dokładnie tymi samymi kursami jeżdżą emerytki z wielkimi wózkami…

Emerytki (rzadziej emeryci), które za każdym razem popychają mnie, napierają na mnie, depczą po nogach, uderzają wózkiem, a nigdy żadna z nich nie powiedziała zwykłego „przepraszam”. Nigdy.

Emerytki, które narzekają, że dzieci w autobusie nie ustępują im miejsc siedzących (co zazwyczaj jest prawie niemożliwe ze względu na ogólny tłok i ścisk), głośno wyzywają, domagają się szacunku i mają pretensje, że jedzie tyle ludzi.

Emerytki, które tak samo dokładnie około godziny 7 rano zajmują miejsca w kolejkach w piekarni, w spożywczym, w kiosku, i absolutnie zawsze ich zakupy trwają co najmniej kilka-kilkanaście minut, podczas gdy zdecydowana większość innych ludzi chce zrobić szybkie zakupy typu drożdżówka do pracy lub sok do szkoły. Sama nieraz musiałam wyjść ze sklepu z niczym, bo przez czekanie aż emerytka wybierze „chleb życia” spóźniłabym się do pracy.

Nie tak dawno byłam świadkiem sytuacji, jak grupa emerytów „napadła” w autobusie na młodą dziewczynę, studentkę. Bo dziewczyna nie ustąpiła którejś miejsca (miała słuchawki na uszach i czytała książkę), ponieważ zwyczajnie nie zauważyła jej od razu. A zanim zorientowała się w sytuacji, ta sama emerytka zbuntowała przeciwko niej kolejnych kilku emerytów i wszyscy zaczęli ją głośno wyzywać, przeklinać i wytykać palcami. Wysiadając dziewczyna przeprosiła, powiedziała, że nie zauważyła, ale to jeszcze bardziej ich rozjuszyło, prawie rzucili się na nią z łapami, a dziewczyna wysiadała z płaczem.

Sama też doświadczyłam przemocy słownej ze strony emerytów, nieraz tuż po tym, jak ustąpiłam komuś miejsca... Emerytka ledwo usiadła, a już zaczęła krzyczeć na mnie, że dzisiejsi młodzi ludzie nie szanują starszych (nie jestem już „młoda”, a szacunek zdaje się, że okazałam) i mnie wyzywać, szukając potwierdzenia u innych emerytów w zasięgu wzroku i słuchu. I cóż, znalazła.

Bardzo się starałam, ale wszystkie te sytuacje doprowadziły do tego, że po kilku latach nienawidzę emerytów. Nienawidzę ich za egoizm, złośliwość i kłótliwość, za uważanie się za „święte krowy”. Byłam świadkiem, jak upokarzali słabszych ludzi od siebie (często dzieci), jak wyzywali innych, jak obgadywali i złorzeczyli, popychali i śmiali się z cudzego nieszczęścia. Jak celowo przeciągali swoje zakupy, widząc, że kilka kolejnych osób z kolejki zerka nerwowo na zegarki, jak mając cały dzień wolny wybierają akurat godzinę 7 rano na zakupy i podróże, a potem mają pretensje do wszystkich naokoło i jeszcze domagają się szacunku.

I za co ten szacunek?

#LcN4w

Kiedy miałem około 5 lat, jak to w weekend z rana leżałem na kanapie i oglądałem telewizję w piżamce. Jako że zawsze musiałem coś robić ze swoimi rękoma, to i tym razem nie było inaczej – grzebałem sobie w dupie, tak po prostu. Później wąchałem i tak w kółko, nie widziałem w tym nic dziwnego...

W pewnym momencie zapach palca wydał się dziwnie znajomy. Przypominał mi zapach jakiś chipsów (pewnie Cheetosy – pomyślałem), ale za nic w świecie nie mogłem przypomnieć sobie smaku, a naszła mnie ochota po powąchaniu zapachu.
Zawołałem mamę i powiedziałem, że chciałbym takie Cheetosy, jak będzie w sklepie, nie pamiętam smaku, ale pachną jak mój palec teraz... No i dałem mamie do zaciągnięcia się, po czym jak gdyby nigdy nic dalej oglądałem bajki i upajałem się pięknym zapachem z dupy.
Dodaj anonimowe wyznanie